|
Jak pisałem w zeszłym tygodniu, w Europie
coraz popularniejszy staje się westernowy styl jazdy, jego
prekursorem w Polsce spokojnie można nazwać pana Aleksandra
Jarmułę. Będąc poniedziałek w Tarnowie, umówiłem się z nim
na spotkanie. To było dziwne uczucie sięgnąć tak przez ocean
i prawie dwa kontynenty. Część koni pana Jarmuły pochodzi z
Alberty, w tym rozpłodowy ogier od pana Kneblewskiego z
Alberty. Spotkaliśmy się rano w hotelu Tarnowia i zaraz
potem ruszyliśmy jego białym Jeepem Cheerokee na północ za
miasto. Nie było to daleko, ale wąziutka szosa ruchu
międzynarodowego na Warszawę była pełna samochodów i
ciężarówek. Mimo to jechaliśmy dość szybko. W pewnym
momencie skręciliśmy w lewo w jeszcze węższą drogę, która
wiła się wśród pól i zabudowań. Na bramach niektórych
wjazdów na posesje pisało nawet „rancho” i gdyby nie to, że
odległość między domami była nie taka to może czułbym się
jak w Albercie. W pewnym momencie skręciliśmy w prawo na
posesję. Ładny stylowy dom, ale niewydumany na pokaz tylko
bardzo naturalny. Wysiedliśmy z Jeepa i Aleksander zaprosił
nas do pomieszczenia na parterze.

Był to super bar z dużą
salą z drewnianymi stołami, stołkami przy barze, które były
prawdziwymi siodłami końskimi, na ścianach zdjęcia z zawodów
hippicznych, dyplomy, obrazy. Zostaliśmy poczęstowani kawą i
pysznym ciastem i zaraz potem ruszyliśmy na obejście rancza.
Pierwszy w sporym corral znajdował się siedemnastoletni koń
weteran, na którym Aleks zdobywał pierwsze nagrody i dawał
pierwsze pokazy westernowej jazdy. A potem po przejściu w
głąb terenu były następne, duże ogrodzone przestrzenie. W
pierwszym wybiegu biegały konie wielkopolskie i mieszańce z quater horses. Konie, które w sezonie ( wiosną latem i
jesienią) używane są dla chętnych do jazdy konnej. Ideą
Aleksandra jest stworzenie dostępności konnej jazdy dla
każdego, nie tylko dla elity. Koń to duże zwierze. Rasowe
konie arabskie, czy angielskie są duże szybkie i narowiste.
Trzeba nie lada umiejętności by je opanować. Nie każdy może
opanować strach przed ugryzieniem czy kopnięciem. A koń „quater”?
Jest nieduży i bardzo przyjacielski. Aleks, podobnie jak
Roman z Alberty wychowuje swoje konie w przyjaźni do ludzi.
Gdy weszliśmy na ogrodzony teren gdzie biegały „quaters”,
mieszańce i jeden prawdziwy hucuł, konie przybiegły jak
stęsknione psy. Dwa źrebaki prawie się pobiły o to, który ma
być pierwszy głaskany. Może nie dziwiłbym się specjalnie, że
tak się łaszą do swojego właściciela, który ciągle z nimi
przebywa, ale one dopadły również mnie i jeden przez
drugiego domagały się pieszczoty. To było ciekawe uczucie,
gdy ok. dwudziestu koni pragnie się do mnie docisnąć na
siłę, jednocześnie bardzo uważając by nie zrobić mi krzywdy.
Chociaż jeden próbował delikatnie pociągnąć mnie za kaptur
kurtki, by dać mi znać, że za mało był głaskany. Fajnie się
czuło w tym tłumie końskich ciał. Nie ma możliwości by się
ich obawiać tak wyraźnie dają do zrozumienia, że nas lubią.
W pewnym momencie Aleks złapał pięknego hucuła za grzywę i
lekkim skokiem znalazł się na jego grzbiecie. Trzymając go
jedną ręką za grzywę, kierował nim wspaniale, kłusował,
galopował. Koń, jakby się urodził z nim na grzbiecie,
najwyraźniej to lubił. Wszystko to bez siodła i ogłowia.
Idea pana Aleksandra ma ogromny sens. Nie każdy chce jeździć
zawodowo na zawodach, nie każdy chce się uczyć wyczynowej
jazdy. By jazda konna stała się naprawdę popularna, musi być
dostępna i przyjemna.
|


Człowiek, który przychodzi uczyć się jazdy
nie powinien się obawiać konia. Nie powinien się obawiać ze
dzieciom, które przyprowadza może stać się krzywda.
Bezpieczeństwo, dostępność i wspaniałą możliwość
natychmiastowego oswojenia się z koniem zapewniają właśnie
konie Aleksandra Jarmuły, których część pochodzi z mojej
dalekiej Alberty. W tym piękny ogier „quater” od pana Romana
Kneblewskiego z zeszłotygodniowego artykułu. Poklepałem go i
pozdrowiłem od dalekich prerii i chyba to wiedział, bo
patrzył za mną trochę z tęsknotą za wielka pusta
przestrzenią gdzie ciągle biegają dzikie mustangi. Trzeba
było się niestety pożegnać i jechać dalej (w Polsce jestem
tylko tydzień). Pożegnałem gościnne progi Aleksandra Jarmuły,
prawdziwego kowboja, wygrywającego zawody rodowitymi
teksaskimi i albertanskimi kowbojami, chociaż urodzonego i
mieszkającego w Polsce. Mam nadzieję, że uda mu się
wprowadzić w życie dostępną i przyjemną jazdę konną dla
każdego. Taki jest zresztą trend w całej Europie wiec, czemu
nie w Polsce.
Wracaliśmy znowu zapchaną szosą Warszawa –
Tarnów. Aleks opowiedział mi ciekawostkę o starszej pani,
która raz w tygodniu wózkiem golfowym „Melexem”, jedzie tą
międzynarodową szosa po zakupy do miasta, blokując cały ruch
30 km/h szybkością i nikt nie może nic z tym zrobić, bo „Melex”
jest oficjalnie dopuszczony do ruchu po drogach. Tym razem
jednak jej nie było wiec bez przeszkód dotarliśmy do dworca
w Tarnowie skąd ruszyłem do Krakowa. W Krakowie od wczoraj
sypie gęsty śnieg, pierwszy prawdziwy śnieg tej zimy i Kaja
twierdzi, że to ja go przywiozłem z Kanady i jest cała
szczęśliwa, bo w piątek ma spotkanie swojego życia i ten
śnieg jest jej koniecznie potrzebny.
Z zimowej dzisiaj Polski
Marek Mańkowski
"Goniec" 28
styczeń 2007 |