|

.JPG)
„Za lasami, za górami,
za siedmioma rzekami żyła sobie księżniczka. Pewnego razu
weszła na wysoką wieżę zamku, rozejrzała się dookoła i
wykrzyknęła: O rany! Ale ja mam wszędzie daleko!…”
Ta bajka pasuje jak
ulał do Calgary. Jak spojrzycie na mapę to zobaczycie, że
dookoła nic nie ma, przynajmniej nic znanego. Kiedy tak
sobie siedziałem na Nosowych Wzgórzach mając widok na
miasto, na góry i na prerie, jak ta księżniczka na wieży i
myśląc to samo co ona, los się uśmiechnął, bo gdy wróciłem
do domu czekała na mnie wiadomość że przyjeżdża z Nowego
Yorku Janusz Szlechta. Nowy York znajduje się prawie 4
tysiące km na wschód. Samolotem trochę bliżej, ale z
przesiadką w Chicago wyszło 10 godzin podróży, jak z Calgary
do Polski.

Janusz przyjechał.
Janusz nie wiedział ze na preriach jak komuś ucieknie pies
to jeszcze po trzech dniach widać jego ogon. I mało nie
brakowałoby się nie dowiedział. Przyleciał w nocy w piątek.
W sobotę pojechaliśmy odwiedzić polskie sklepy w Calgary. Są
trzy. Odwiedziliśmy dwa, trzeci pokazałem z daleka. Janusz
rozdał kalendarze z NY a sklep Mietka uraczył nas pyszną
kiełbasą gratis i kaszanką na drogę, gratis też. To
prawdziwa staropolska gościnność calgaryjska. Przejechaliśmy
przez downtown. Nie myślę, że to dla niego była atrakcja. To
nawet nie miniaturka Nowego Yorku. Ale za to widok ze skarpy
przez rzekę na miasto chyba go poruszył.
  
Wije się tam Bow River
(zamarznięta), a w parku stoi sobie popiersie Mikołaja
Kopernika, tez zamarznięte. Popiersia nie udało się dojrzeć
wśród świerków parkowych, ale jest tam na pewno sam je
widziałem, mam zdjęcie i nie zawaham się go użyć.
Pojechaliśmy też do KAWA. Tak się nazywa ta kawiarenka. Nie
Coffe, ale KAWA. Tak zwyczajnie po polsku. A niech się
Kanadyjczycy dziwią. Jak się dziwią to wejdą zobaczyć. I
wchodzą. Bywałem tam w różnych porach, różnych dniach
tygodnia i zawsze jest tam ruch. A jednocześnie można się
tam odosobnić i oderwać od świata. Chyba sprawia to wystrój
i nastrój. Można tam spotkać ciekawych ludzi i ciekawe
charaktery. Młodych i starych i średnich. KAWA stała się tez
miejscem spotkań śmietanki towarzyskiej calgaryjskiej
Polonii. W KAWA można się nie tylko napić kawy, ale również
zamówić lampkę wina czy kieliszeczek likieru, zjeść pyszny
jabłecznik, czy inne ciasteczko, zamówić gulasz na lunch.
Odbył się tam nawet mały Sylwester. Na ścianach mała galeria
ciekawych obrazów lokalnych malarzy. Gdy przyjeżdżam tam
prawie każdego niedzielnego poranka, po wcześniejszym
zaopatrzeniu się polską prasę w sali parafialnej polskiego
kościoła, staram się zawsze zająć z Beatą dwa wygodne fotele
niedaleko kominka by przy monsunowej „coffe latte” zatopić
się na kilkadziesiąt minut w lekturze nowej „Agory”
„Polityki” „Przekroju” czy po prostu czytanej właśnie
książki. Dobrze jest mieć takie miejsce. To pozwala nawet na
obczyźnie czuć się u siebie.
  
Urocza kawiarenka jest
prowadzona przez polsko-węgierskie małżeństwo – Les i
Ottilia Jaworski. Miejsce jest doskonałe, dokładnie na rogu
8 Str. SW i 14 Ave. SW. Adres wygląda może jak szyfr, ale
nie dla Calgaryjczyków i dla Nowojorczyków też chyba nie.
KAWA to jedno z 28 miejsc na całym świecie gdzie podaje się
kawę, tzw. monsunową. Kawa ta jest sprowadzana z Indii do
Seattle w USA. Jest suszona w czasie pory monsunowej, co
prawda pod dachem, ale ziarna pobierają monsunową wilgoć
przez 16 tygodni, co powoduje jej unikalny smak. Smak, nie
do porównania z żadnym innym. Do tej kawy aż wstyd dodać
cukier. Nie da się tego opowiedzieć, to trzeba spróbować.
Przedstawiłem Janusza państwu Jaworskim. Kawę dostaliśmy „on
the house”.To przyjemnie mieć takich gościnnych znajomych.
  
Potem oczywiście domowy
obiad i „długie nocne Polaków rozmowy” zakrapiane przepyszną
„jerzynówką” przywiezioną przez Janusza i zagryzana
pieczenią z łosia. Na szczęście jarzynówki nie zabrali
celnicy, bo Janusz na ich pytanie czy wiezie alkohol,
powiedział, że wiezie… dziwak taki. Przecież wiadomo, że
wtedy zawsze będą sprawdzać. No i sprawdzali, ale puścili i
nawet nie kazali płacić cła… Nie wiem, czemu byłem pod
wrażeniem, że Janusz przyjechał na 10 dni. Okazało się, że
tylko na tydzień, a tu tyle miejsc do zobaczenia. Na
szczęście koleżanka Małgosia zobowiązała się zabrać Janusza
moją małżonkę i jej córkę w poniedziałek do Banff, więc w
niedzielę mogliśmy pojechać do Drumheller gdzie znajduje się
muzeum dinozaurów i przy okazji zobaczyć prerie. No i
właśnie o mało tych prerii nie przegapiliśmy. Rano była taka
mgła, że nie tylko psiego ogona nie było by widać, ale nawet
całego bizona. I tu uśmiechnęło się szczęście, mgła się
podniosła, wyszło słońce i prerie pokazały się w całej
rozciągłości.
  
W pewnym momencie H-wy
72 łączy się z H-wy 9 i niedługo potem napotykamy jedna z
wielkich preriowych niespodzianek – HORSESHOE CANION. Kanion
ten to początek tzw. Badland, niezwykle ciekawej formacji
lądowej. Jeśli ktoś nie wie o Hoseshoe Canion to z łatwością
może go przegapić. Jest to nagła głęboka rozpadlina w
rozległej i płaskiej prerii, ciągnąca się przez
kilkadziesiąt kilometrów, ale stosunkowo wąska. Zaczyna się
właśnie tu przy H-wy 9. Skręcając na miejsce widokowe
kilkadziesiąt metrów od szosy otwiera się przed nami
niesamowity i księżycowy krajobraz z przed 70 milionów lat.
Najlepiej ten widok opowie zamieszczone zdjęcie. Latem można
obejrzeć ten kanion z lotu helikoptera za jedyne trzydzieści
dolarów, ale tym razem został już tylko pusty okrąg
lądowiska. Ruszyliśmy dalej i niedługo dojechaliśmy do
samego Drumheller. Za miastem można zobaczyć ciekawostkę
natury – skalne grzyby nazywane tutaj „hoodoos”. Warstwa
skalna pod grzybami to dno dawnego oceanu z przed 73
milionów lat. Ciągle jeszcze można tu znaleźć ślady
podmorskiego życia na tym terenie, wyższe warstwy zawierają
ślady lasów z przed 70 milionów lat i szczątki dinozaurów
zamieszkujących te tereny po cofnięciu się morza.
 
  
Na przedmieściu
Drumheller znajduje się muzeum poświecone prehistorii tych
ziem i dinozaurom, i tam też pojechaliśmy. Pisałem o tym
muzeum w Nowym Dzienniku wiec nie będę się powtarzał. Teraz
Janusz miał okazję zobaczyć to na własne oczy. W drodze
powrotnej Janusz nie mógł się nadziwić jak tu płasko. Nie
mógł się też nadziwić krowom, które tutaj nigdy nie są
zaganiane na zimę do obór, bo obór nie ma. Krów w prowincji
Alberta jest więcej niż ludzi, bo ponad trzy i pół miliona.
Chodzą one sobie cały rok po pastwiskach nawet, gdy mrozy
dochodzą czasem do -40 C. W poniedziałek Janusz z
dziewczynami pojechał do Banff, a ja niestety do pracy, więc
ten wyjazd znam z opowiadania:
„Trudno to sobie
wyobrazić: „babiniec” istny „”babiniec”. Trzy kobiet i On.
Plan wycieczki: Góry Skaliste i…… Góry Skaliste.
Wyjeżdżamy o
nieprzyzwoicie wczesnej porze, (czyli ok.10-tej) z Calgary.
Może niezupełnie
wyjeżdżamy, póki co kręcimy się wkoło. Mgła ogranicza nasze
postrzeganie wszelkich znaków i świateł do minimum. Krążymy
więc po mieście radośnie przez wiele …wiele minut. Po
długiej i męczącej podróży wydostajemy się na autostradę i
zmierzamy niemal na pewno do Banff w Górach Skalistych…
Dowodzenie naszą grupą przejmuje jedyny mężczyzna w tym
jakże miłym gronie: Janusz. Zasiada za kierownicą.Jedziemy,
jedziemy…dojechaliśmy. Banff wita nas słońcem, które wychyla
się nieśmiało zza chmur...wstydliwe?
  
   
Zauroczeni potęgą i
pięknem gór robimy zdjęcia, wiele zdjęć. Góry pogrążone są
we mgle, ale „nic to”. Zamek – hotel w Banff. Uroczy po
prostu uroczy. Wchodzimy do środka nadal nam się podoba. I
oto widok niecodzienny, ku nam nadciągają…Szkoci w pięknych
kraciastych kiltach i do tego bardzo przystojni.
Przystępujemy do ataku. Szturmujemy Szkotów naszym wdziękiem
osobistym z odrobiną nieśmiałości i już po chwili wszyscy
mamy pamiątkowe zdjęcia. Po tych niezwykle wyczerpujących
zajęciach czas odpocząć.
  
Odpoczywanie
polega na wizycie w Sushi House .Rozpoczynamy od konkursu:,
kto zje więcej. Konkurs nie jest trudny, ponieważ jedzenie
wyśmienite. Objadamy się koncertowo. Jeszcze tyko czekolada
i wizyta w sklepie z kostiumami kąpielowymi?! I wracamy do
domu... Ooops, niezupełnie… Wizytujemy Canmor i tamtejszą
herbaciarnie. Kawa i herbata stawia nas na nogi po tym bądź,
co bądź wyczerpującym dniu. A w domu czekają na nas same
wspaniałości. Szczapy drzewa płoną na kominku i kapuśniak
wabi nas do stołu. To był dobry dzień… „
Następne dni upłynęły
niewiadomo kiedy. Oglądaliśmy kabaret Janusza na DVD i
paradę samochodową, którą co roku organizuje i wykańczaliśmy
zapasy polskiego alkoholu. Pomagał nam w tym jednego
wieczoru Adam Gorzkowski.
  
Oczywiście nie obyło
się bez hymnu „hej szable w dłoń…” Polega to na ustawianiu
kieliszków na klindze szabli i napełnianiu ich tam. Pije się
dopóki komuś nie zadrży ręka i kieliszki nie spadną. Wszyscy
trzej, jak „rycerzy trzech” mieliśmy mocne nadgarstki i
kolejki trwały długo….
Janusz wyjechał. Za
wcześnie, ale obiecał, że wróci w lipcu z córką by dokończyć
to, czego nie zdążył zobaczyć. Mam nadzieję, że odpoczął,
chociaż przez pierwsze kilka nocy śniło mu się ze składa
gazetę. Na szczęście potem mu minęło.
To była przemiła
wizyta, chociaż tak krótka. Powstała po niej piosenka, którą
napisała Beata, do znanej melodii „Z kim tak ci będzie źle
jak ze mną”. I jeszcze ciekawostka: z lotniska w Nowym Yorku
odbierała Janusza jego przyjaciółka Ula z mężem. Zapytała go
czy spotkał w Calgary Adama Gorzkowskiego? A to był przecież
jeden z „rycerzy trzech”, ale ten świat mały…
Zapraszaliśmy Cię
Namawialiśmy Cię
Mógłbyś przyjechać
A Ty ciągle tylko
jedno: NIE
Że ważna praca nie
masz czasu spać
I w kabarecie życia
musisz wielką role grać
My swoje znów
Przyjeżdżaj druhu
Weź sobie urlop,
niech Szef spojrzy na Cię krzywo
I wtedy dzwonisz i
podnosisz nas na duchu
Przyjeżdżam w
piątek: szykuj piwo.
Przyjeżdżaj Janusz
do Calgary
Zobaczysz słońce w
środku zimowego dnia
Przyjeżdżaj Janusz
do Calgary
Zaczarowany czeka
świat
Przyjeżdżaj Janusz
do Calgary
Obejrzysz Banff i do
południa możesz spać.
Rycerzy dwóch tu
czeka dzielnie
Na przyjaciela jak
Ty
I chociaż w pracy
ciągle trwasz
Jesteśmy pewni, że
wypocząć rade dasz
Poczujesz się jak
życia król
A w kąt odejdzie
każdy ból
Przyjeżdżaj Janusz
do Calgary
Szabelka w dłoń i do
toastu pora wstać
Przyjeżdżaj Janusz
do Calgary
Już czas
I zobaczyłeś Banff
Niezwykła rzecz
Indiańskie Wzgórza
zimnym wichrem powitały Cię
Zabiło serce, ciało
Twoje drży
Termometr wieszczy
stopni minus jest 23
Rycerzy trzech
Przy wspólnym stole
A na półmisku wielki
łoś
Ślepiami błyska
Odjedziesz wnet
kapelusz włóż
Humorem tryskaj
Lecz nim drzwi
zamkniesz, słuchaj chwile
Przyjeżdżaj Janusz
do Calgary
Zobaczysz zimę w
środku lipcowego dnia
Przyjeżdżaj Janusz
do Calgary
Zaczarowany czeka
świat
Przyjeżdżaj Janusz
do Calgary
Obejrzysz Banff i do
południa możesz spać.
Rycerzy dwóch tu
czeka dzielnie
Na przyjaciela jak
Ty
I chociaż w pracy
ciągle trwasz
Jesteśmy pewni, że
wypocząć rade dasz
Poczujesz się jak
życia król
A w kąt odejdzie
każdy ból
Przyjeżdżaj Janusz
do Calgary
Szabelka w dłoń i do
toastu pora wstać
Przyjeżdżaj Janusz
do Calgary
Już czas
Marek Mańkowski
|