|
Za moich młodych
czasów, czyli na przełomie lat sześćdziesiątych i
siedemdziesiątych, wakacje to generalnie były wczasy
pracownicze. Czasem było to nawet fajne, gdy ośrodek
znajdował się w Bieszczadach nad Soliną, na Mazurach czy nad
morzem. Ale po kilku latach, te same miejsca zaczynały
nudzić i chciało się znaleźć coś bardziej ekscytującego i z
przygodą. Pieniędzy wtedy nie było, chyba, że się było
dzieckiem jakiegoś prominenta. Co pozostawało? AUTO-STOP.
Pamiętam, że zjeździłem całą Polskę auto-stopem właśnie,
śpiąc po drodze w sianie, w rowie, w szopie lub u rodziny i
jedząc chleb z dżemem przez miesiąc bez przerwy. Mimo, że
nie było luksusów i często po drodze trzeba było pracować,
chociażby za jedzenie, u jakiegoś gospodarza przy rwaniu
malin, truskawek czy co tam wtedy rosło. Czemu mi się to
teraz przypomniało? Nie, to nie nostalgia. Po prostu, gdy
ostatnim razem byłem na koniach, zdarzyła się tam ciekawa
rozmowa telefoniczna, której byłem świadkiem. Roman dzwonił
do swojego sąsiada ranczera, czy nie chciałby zatrudnić
młodej 21 letniej Australijki, która jest w podróży dookoła
świata. Dotarła wraz z koleżanką na calgaryjskie Stampede,
dostała tu pracę przy koniach i możliwość zobaczenia tego, o
czym marzyła. Koleżanka pojechała ze znajomymi na Alaskę na
dwa miesiące a Sarina (bo tak ma na imię) umówiła się, że tu
na nią poczeka. By nie wydawać zbyt wiele z pieniędzy
przeznaczonych na podróż, przez Internet skontaktowała się z
asocjacją hodowców koni w Albercie, bo mimo młodego wieku
jest specjalistką w tym zakresie. Wiadomość odebrał Roman i
postanowił jej pomóc. Ponieważ sąsiad przebywa akurat na
dalekiej północy, gdzie jest tłumaczem dla Eskimosów i wraca
dopiero za kilka tygodni,

Roman ściągnął
Australijkę na ten czas do siebie. Oboje z żoną zajęli się
nią jak córką, a ona pokazała, co potrafi przy koniach i
innych zwierzętach. Nagle okazało się, że Roman nie musi już
rano wstawać zbyt wcześnie, bo wszystkie zwierzęta
nakarmione i konie oporządzone. Dzień cały krząta się po
ranczo, objeżdża konie, jedzie z Ireną na zakupy do
najbliższego miasteczka. Wygląda na to, że Roman i Irena nie
oddadzą jej sąsiadowi. W ostatnią sobotę miałem okazję
poznać Sarinę, gdy przyjechałem na kolejny trening jazdy
konnej przed wyprawą w góry. Spóźniłem się trochę, bo
chciałem wyjechać z Calgary na skróty w związku z tym
nadrobiłem dobre czterdzieści kilometrów. Zadziwiające ile
dróg wylotowych z Calgary kończy się po kilku lub kilkunastu
kilometrach w szczerym polu. Zwiedziłem w związku z tym
prawie wszystkie nowe i starsze osiedla na północy miasta,
zobaczyłem pięknego „mule deer”, próbującego przebiec przez
osiedlowa ulice, widziałem z daleka szosę, którą mógłbym
pojechać dalej, ale bez możliwości dotarcia do niej. A
potem, gdy już się wydawało ze jestem na właściwej drodze,
starej szosie prowadzącej we właściwym kierunku świata,
czyli na północ, dojechałem do ukrytych wśród drzew pięknych
dużych domów, szosa zakręciła, potem znowu i już mogłem
jechać tylko tam skąd przyjechałem. Wreszcie wydostałem się
na szosę, którą powinienem jechać bez szukania skrótów.
Minąłem Cochrane, gdzie na farmerskim targu kupiłem na drogę
czereśnie i ruszyłem wreszcie szosą 22 na północ. Po ok. 100
kilometrach znajduje się miasteczko, któremu wcześniej się
nie przyjrzałem dokładniej, a gdzie tym razem zatrzymałem
się by kupić kawę. To miasteczko to Sundre. Zabudowa od razu
przypomina stare kowbojskie miasteczka dzikiego zachodu
znane nam z filmów, a tutaj tak autentyczne i żyjące.
Okazało się, że z podobnego miasteczka pochodzi Sarina. Jest
w nim główna ulica i niewiele więcej. Tyle, że jej
miasteczko, Esk, znajduje się w Australii, trochę ponad 100
km od Grimsby, na północ od Sydney, ale o tym dowiedziałem
się później. Gdy dotarłem na ranczo było już po dziesiątej i
o mało co nie spóźniłem się na najlepszy omlet, jaki
kiedykolwiek jadłem z prawdziwymi leśnymi grzybami. No i te
jaja od prawdziwych, grzebiących kur. Mniaaaaamy. Po zwykłej
pogawędce przy śniadaniu ruszyliśmy z Romanem siodłać konie,
a tu niespodzianka. Trzy konie osiodłane, czekające na nas w
stajni. Wszystko, co pozostało to założyć uzdy i w drogę. To
Sarina, w pewnym momencie znikła z domu i przygotowała
wszystko dla „starszych panów”. Tym razem „mój” koń to
Oscar. Wyścigowy weteran z numerem wytatuowanym pod grzywą.
Wyższy od Twistera, bardziej dostosowany do mojego wzrostu,
chociaż może nie do mojej wagi. Roman dosiada swojego
ulubieńca Twistera, a Sarina młodego dwulatka.

To była wspaniała
jazda. Dłużej niż do tej pory, inny koń, nowe siodło,
dłuższe strzemiona i nabieranie wprawy spowodowało, że
czułem się wygodnie i komfortowo, nawet na trudnych
przeprawach, gdzie koń z trudem znajdował miejsce na kopyta
pomiędzy zwalonymi pniami na stromym zboczu. Roman dał
piękny pokaz na swoim Twisterze, który dzisiaj chciał
zdecydowanie sobie pobiegać. Musiał zresztą pokazać cały
swój kunszt jazdy, gdy jedna z przepraw okazała się głębokim
bagnem, gdzie Twister zapadł się po brzuch. Roman zdążył
tylko krzyknąć byśmy nie szli za nim, a potem dał wspaniały
pokaz współpracy konia i jeźdźca w sytuacji wydawałoby się
beznadziejnej. „Mój” Oscar, przyzwyczajony bardziej do
równych torów wyścigowych, chociaż tak dobrze radził sobie
do tej pory z 250 funtami na grzbiecie, zaciął się i nie
chciał ruszyć w żadną stronę. Powalczyłem z nim trochę, gdy
wróciła Sarina. Oscar widząc innego konia przed sobą ruszył
wreszcie, trochę uspokojony. W ogóle Sarina, cały czas
kontrolowała jak sobie radzę, chociaż udawała, że tego nie
robi. Kochana dziewczyna, ten teren był naprawdę trudny,
łącznie z przeprawą przez rzekę, co dla Oscara też było
zupełnie nowe. Gdy przypomnę sobie swoje jazdy z młodości w
Polsce, gdzie nawet w lesie, teren był łatwy, i płaski,
prowadzący przecinkami leśnymi, to nie ma to nawet
porównania z tym, co przechodzi się tutaj. Trawy momentami
sięgające powyżej karku końskiego, zwalone pnie, strome
zjazdy i podjazdy. Wdzieliśmy też z bliska w sumie ok. 10
łani i ich młodych. Inaczej, niż gdy idziemy piechotą,
jelenie nie boją się konia i można zobaczyć normalnie ukryte
życie dzikich zwierząt. Dotarliśmy z powrotem do zabudowań
rancza, rozsiodłaliśmy konie, wyszczotkowaliśmy, puściliśmy
na pastwisko i na obiad. Tym razem były to wspaniałe żeberka
z grillla, ziemniaki, sałata i na deser ciasto z jagodami.
Roman opowiadał Sarinie o bogatej historii Polski, o
husarzach, bitwie pod Wiedniem, o Polsce ratującej Europę
przed zalewem tureckim. To wszystko było dla niej nowe.
Nigdy o tym nie słyszała. Zawiezie to, co nam się wydaje tak
oczywiste do dalekiej Australii, małego miasteczka, gdzie
niewielu słyszało o Polsce, nie mówiąc już o jej historii. W
historycznych opowieściach pomógł staropolski krupnik
(alkohol) i szabla z czasów legionów Piłsudzkiego.

Kieliszki ustawione na
klindze, napełnione i wypite, bez uronienia kropli. To „nieuronianie”
przypadło w głównej mierze Romanowi i mnie, bo Irena nie
pije prawie wcale, a Sarina tylko spróbowała, by poznać smak
kilkusetletniego trunku. Dzień minął za szybko i trzeba było
wracać. Ale jazda z powrotem do Calgary nie wydawała się
długa, gdy pozostały takie wspomnienia z minionego dnia.

I jeszcze jedna
ciekawostka. Roman posiada autentyczny sowiecki motocykl z
koszem z czasów II WŚ. Zrobiłem Sarinie zdjęcie na tym
motorze w sowieckim hełmie. Australijka na sowieckim
motorze, w Kanadzie, na polskim ranczo. To nie tak często
spotykane. Myśleliśmy jeszcze by to zdjęcie zrobić w
najbliższym miasteczku Caroline, naprzeciw chińskiej
restauracji, obok wietnamskiej pralni, ale wygrał krupnik.
Nie będziemy zostawiać staropolskich tradycji dla sowieckich
motocykli.
Świat stał się mały. Ja
podróżowałem autostopem po Polsce. Dzisiaj młodzież
podróżuje po całym świecie i tak jak wtedy, wcale nie są
potrzebne do tego duże pieniądze. To, co poznaje Sarina i
jej podobni nie da się poznać poprzez biura turystyczne. Ona
poznaje życie, poznaje ludzi, poznaje historię i Świat taki,
jaki jest naprawdę. Poznała Polskę w osobach dwojga
wspaniałych ludzi, Romana i Ireny i zawiezie to poznanie hen
na Antypody.
Marek Mańkowski
"Goniec" Toronto, 27
lipiec 2007 r.
|
|