|
3 marzec
2001, godz. 0630, Thunder Bay.
Schodzimy na
śniadanie. Nie było wczoraj wiele czasu by zwiedzić miasto a
dzisiaj ruszamy zaraz w drogę. Byłem tu już kiedyś
przejazdem, jadąc na polowanie na łosie i jak się okazało
będę jeszcze nie raz. Historia tego miejsca zaczyna się 11
tysięcy lat temu. Ulokowane w srodku kontynentu i na
początku rejonu wielkich jezior zawsze stanowiło miejsce
spotkań szczepów indiańskich i miejsce handlu między nimi.
Wiadomo ze studiów paleoindiańskich, że przybywały
tu na spotkania i handel szczepy aż z południowych
stanów obecnego USA. Pierwsi Europejczycy przybyli tutaj w
17 wieku i od razu założyli punkt skupu skór i futer.
Nazywali to miejsce Baie de Tonnerre lub Thunder Bay. W 1798
roku North West Company wybudowała tu Fort William nad
Kaministiquia River. Natychmiast ożywiło to cały rejon i na
stałe osiedlili sie tu szkoccy handlowcy, francuscy traperzy
i wędrowcy i tubylczy traperzy. Niedaleko Thunder Bay, może
50 km na wschód i ok. 8 km na północ
Loon Rd. znajduje się kopalnia ametystu. Kopalnia to
może za dużo powiedziane. Za trzy dolary można tam
poszukiwać samemu ametystu i często znaleść. Za znaleziony
ametyst trzeba oczywiście zapłacić, ale nie są to
oszałamiające sumy. Wracając kiedyś z Calgary zrobiłem sobie
przerwę i odwiedziłem to miejsce. Przywiozłem z stamtąd
wielki kamień pełen kryształów ametystu. Ułożyłem go wśród
innych kamieni z całej Kanady, na brzegu „pondu”, czyli
stawu, który zrobiłem w swoim ogrodzie i gdzie znajdował się
kamień a raczej głaz z każdej prowincji kanadyjskiej. Kiedy
rozstawaliśmy się z moją dziewczyną rok temu rozłupałem go
na pół i do tej pory trzymam swoją połowę błyszczącą
niebieskimi kryształami. Wrócę jeszcze do tego ciekawego
miasta i jego okolic. A teraz w drogę do miejsc, których nie
ma na wszystkich mapach. Czekało nas dzisiaj 360 km jazdy na
północny zachód do Dryden. O godzinie 0830 byliśmy już w
Raith. To małe miasteczko i właściwie go nie widzieliśmy, bo
nasze podstacje na północy Ontario znajdowały sie tylko w
okolicach miejscowości. By je znaleźć musiałem używać
swojego GPS, czyli Global Positioning System. Małego
elektronicznego urządzenia, które po połączeniu sie z
satelitami podawało dokładną pozycję i pozwalało znaleźć
miejsce przeznaczenia po wprowadzeniu danych długości i
szerokości geograficznej. Używałem tego na swoich wyprawach
na polowanie i wpadłem na pomysł by zapytać głównego
wykonawcę czy ma dane lokalizacyjne podstacji. Okazało się,
że tak i znalezienie podstacji od tej pory było bardzo
ułatwione. GPS pokazuje strzałką kierunek, w którym należy
jechać, odległość od poszukiwanego miejsca, szybkość i czas
ewentualnego przybycia. Północne Ontario to ciągle dzika
kraina, o czym wiedzą najlepiej polscy myśliwi jeżdżący, co
roku na łosia w tamte okolice. Dlatego w samochodzie, oprócz
kabli, części, narzędzi i elektronicznego wyposażenia
podstacji, mieliśmy również piłę, siekierę, łopatę i
karabin. Jak pokazał czas przydała się każda z tych rzeczy,
chociaż mój szef patrzył się dziwnie, gdy pakowałem je do
samochodu. Ale może właśnie dlatego dostałem ten kontrakt,
że wiedziałem co robię.
Pierwsza
podstacja na północ od Thunder Bay to okolice Raith ok. 90
km. Instalacja odbyła się bez problemu, poza konicznością
wymiany jednego z wadliwych zamków. Na szczęście było to
przewidziane i mieliśmy kilka zapasowych. O godz. 1330
jesteśmy już w drodze do English River. Minęliśmy wioskę
kierując sie GPS. Kilka kilometrów dalej skręcamy w leśną
drogę jak pokazuje strzałka na GPS. Droga nieutwardzona,
wyboista. Co chwilę głębokie kałuże, błoto powyżej grubości
opon, roztopy w pełni. Nie mogę się zatrzymać, to by był
koniec jazdy. Włączony napęd na cztery koła. Ford Explorer
ma bardzo dobrą trakcję, chociaż pali masę benzyny.
Jedziemy, chociaż momentami woda podchodzi do krawędzi drzwi
i słyszę, że woda bulgocze za rurą wydechową. Zatrzymanie
sie teraz to koniec. Może pięćdziesiąt metrów z przodu widzę
zwalone drzewo przegradzające drogę... Jednak mamy
szczęście. Grunt się podnosi. Przy samym drzewie tylko
trochę błota. Piła, siekiera idą w ruch. Potem zawiązuję
linę na przeciętym pniu, drugi koniec do samochodu i
odciągam drzewo na bok. Walery, mój rosyjski programista
blady i przejęty. Jest przekonany, że nawet, jeśli
dojedziemy do podstacji to na pewno nie wrócimy, chce wracać
i czekać na mróz albo coś. GPS pokazuje, że zostało nam
niecałe 10 km. Jedziemy dalej. Wreszcie tory kolejowe a przy
nich nasz cel. Godzina 1430. Jesteśmy głodni. Rozpalam
ognisko i pieczemy kiełbasę. Na ruszt idzie czajnik z
herbatą. To poprawia Waleremu samopoczucie. Bierzemy się do
roboty. Pomaga Waleremu również moja obietnica, że go tu
zostawię, gdy się nie weźmie w garść. Uwierzył mi.
Instalację kończymy ok. 1800. Wracamy do szosy na szczęście
jeszcze za dnia. Samochód tańczy na błocie, ale drogę już
znamy i wiem, że przejedziemy, chociaż błoto i woda często
przechodzą przez dach. Wreszcie szosa. Nasz cel to Tache.
Znowu pomaga GPS. Tym razem droga jest twarda i na miejscu
jesteśmy o 1900. Instalację kończymy o 2200 i już o 2300
jesteśmy w Dryden. Dzień pracy miał dla nas 16 godzin. Teraz
hotel i spaaaaaaaaać
Po nocy
spędzonej w hotelu w Dryden juz o 0600 byliśmy na nogach.
Hotelowe śniadanie to tzw. „continental brekfest”, czyli
beagels z serem, sok, kawa. Kawa to konieczność, nie
spaliśmy zbyt długo. Miasta nie mieliśmy znowu okazji
zwiedzić. Dryden jest ulokowane nad jeziorem Wabigoon.
Początkowo nazywało się New Prospect i zostało założone
przez Johna Dryden w roku 1896. Pomyślane jako miejsce
spotkań
okolicznych farmerów zostało uznane za gminę w 1910 roku, a
w 1998 uzyskało prawa miejskie. Mimo, że to prowincja
Ontario, Dryden znajduje się już w innej strefie czasowej (Cenral
Standart Time Zone). Burmistrzem miasta jest obecnie Anne
Krassilowsky, sądząc po nazwisku prawdopodobnie Polka z
pochodzenia. Ciągle wzrastający ruch na Trans Canada H-wy i
pozycja miasta w połowie drogi pomiędzy Thunder Bay i
Winnipeg spowodowało rozwój turystyki, a co za tym idzie
bazy hotelowej i zaopatrzenia. Powstał duży kompleks
handlowy, służący turystom i okolicznym mieszkańcom. Miasto
ma 13 hoteli, w których łącznie znajduje sie 300 pokoi.W
pobliżu znajduje sie też kilka pól campingowych i kabin do
wynajęcia. Znajduje się tu również lotnisko. 0630 ruszamy w
drogę do Vermilion Bay i o 0730 jesteśmy na miejscu.
Podstacja położona nad jeziorem, ale jest zimno szaro i
nieprzyjemnie. Nie ma jednak czasu o tym myśleć, bierzemy
sie do roboty. Pakując sprzęt i materiały w Firmie w
Mississauga, zrobiłem to w ten sposób, że każda podstacja ma
wszystko skomasowane w jednym pudle. W ten sposób nie
szukamy i nie przekładamy rzeczy z miejsca na miejsce, tylko
bierzemy jedno pudło. Bardzo przyspiesza to pracę. Nabieramy
też rutyny i eliminujemy zbędne czynności. O godz.1300
wszystko jest zrobione, system działa i ruszamy dalej, tym
razem do Keewatin. Keewatin jest praktycznie częścią Kenora.
Kenora, chociaż tak daleko znana jest wielu polskim myśliwym
jeżdżącym w te okolice na łosie. Początkowo było to tylko
miejsce na północnym końcu jeziora nazywane przez Indian
Waushushk Onigum co znaczyło „przeprawa do krainy szczura
piżmowego. Było to ważne miejce w czasie boomu na futra. W
1936 roku Hudson Bay Company założyła tu swój odział.
Miejsce nazwano wówczas Rat Portage. Niewiele więcej niż
polana w lesie, ta malutka wioska stała sie ważnym punktem
sporu pomiędzy Ontario i
Manitoba w latach 1870 do 1884. Każda z prowincji
uważała, że to miejsce należy do niej. Każda miała w wiosce
swoje więzienie, każda wydawała tytuły własności i
zezwolenia na kopalnie i wyręb lasu. Rat
Portage dostało prawa miejskie w 1882. Jedna i druga
prowincja miały w nim swoje władze. Wreszcie w roku 1884
miasto zostało przyznane Ontario decyzją władz angielskich.
Duży rozwój nastąpił w czasie budowy kolei trans-
kanadyjskiej, CPR. Przemysł naciskał na zmianę nazwy miasta
, więc utworzono ją z połączenia trzech nazw pobliskich
miejscowości: Keewatin, Norman i Rat Portage złączyło sie w
Ke-no-ra czyli dzisiejsza Kenora. Przez miasto
przejechaliśmy szybko chociaż jego ciasne i poskręcane
miejscami ulice nie pozwalały na szybszą jazdę. Jest
oczywiście obwodnica ale my musieliśmy dostać sie do
Keewatin. Na podstacji przy torach kolejowych, tym razem w
pobliżu osiedlowych zabudowań byliśmy o 1400. O 1800 już w
drodze do Darwin. Darwin znajduje się już w Manitoba. Nie
wiem, czemu się tak nazywa. Nie jest to nawet wioska.
Właściwie nie jest to nic. Jedna pusta szopa przy torach
kolejowych w lesie, kilka kilometrów od bocznej szosy. Nigdy
byśmy tego nie znaleźli gdyby nie
GPS, tym bardziej, że zrobiło sie już ciemno.
Podstację odnaleźliśmy o godz. 1930 i od razu zabraliśmy się
do roboty. Czekał nas jeszcze przejazd do Winnipeg, ponad
100 km, gdzie był najbliższy hotel. Okazało sie później, że
Darwin to tajemnicze miejsce, ale o tym w następnym odcinku.
Jak pisałem
poprzednio, Darwin to pusta szopa na narzędzia koło torów
kolejowych, kilka kilometrów w bok od bocznej szosy. Czemu
tak się nazywa to miejsce, nie wiem. Dojechaliśmy tam już po
ciemku o 1930. GPS to wspaniały wynalazek. Gdyby nie to
moglibyśmy długo szukać. Boczna droga nr. 44, w którą
skręciliśmy w prawo kilka kilometrów po minięciu granicy
Ontario i Manitoba była wąska i dość dziurawa mimo, że
asfaltowa. Po ok 40 km strzałka na GPS zaczęła odchylać się
powoli w prawo. Wyświetlana odległość od celu zeszła do 10
km. Zwolniłem, zaczęliśmy wypatrywać możliwości skrętu w
las. Strzałka kierunkowa nakazywała skręt. W światłach
samochodu zamajaczyła mała przerwa w leśnej ścianie.
Wyhamowałem, zwróciłem. Teraz jechaliśmy zupełnie powoli,
może 20 km/godz. Jest droga. A właściwie dróżka. Jak leśna
droga w Polsce i to taka dawno nieużywana. Skręciłem w nią.
W świetle reflektorów, może 20 m z przodu przebiegły nam
drogę dwie łanie. Zadarte do góry białe ogony pokazywały, że
są spłoszone. Zniknęły szybciej niż się pojawiły. Tylko
strzałka GPS-u pokazuje, że jedziemy we właściwym kierunku.
Dojeżdżamy do torów kolejowych. Po lewej wspomniana stara
szopa na narzędzia, po prawej, na małej polanie stoi
betonowa podstacja. Znaleźliśmy. Jest ciemno, na szczęście
zewnętrzne światła podstacji oświetlają trochę teren.
Rozpakowujemy się i bierzemy do roboty. Dookoła pustka i
cisza. Nie wiem, czemu biorę do środka karabin i opieram go
o ścianę. Może w ten sposób pewniej się czuję na tym nocnym
pustkowiu w nieznanym miejscu. Praca posuwa się. Jest ok
2300. Wszystkie systemy działają. Otwieram drzwi by pójść do
samochodu. W lesie widzę dwa małe światełka, za chwilę
jeszcze dwa. I jeszcze. To oczy. Poruszają się, przybliżają.
Stoję nieruchomo. Nic nie mowie do Walerego, który odłącza
laptop i pakuje sprzęt. Dwa punkty świetlne zbliżają się
bardziej niż inne. Wchodzą w krąg światła rzucanego przez
lampę podstacji. Szary cień na sztywnych łapach.
Charakterystyczna sylwetka wilka. Za chwilę drugi cień i
trzeci. W lesie, w ciemności, więcej błyszczących oczu. Nie
czekam dłużej. Sięgam po karabin. To Merlin kal. 30-30,
leaver action, taki jak można zobaczyć na filmach
kowbojskich. Bardzo go lubię i z nim właśnie poluję. Ładuję
szybko sześć naboi do magazynku, przeładowuję. Biorę na cel
najbliższego wilka i powoli pociągam za spust. Huk w nocnej
leśnej ciszy, spotęgowany bliską ścianą lasu jest
ogłuszający.
Walery o mało nie mdleje. Nie widział co się dzieje, nie
zauważył, że biorę karabin do ręki. Na odległość kilkunastu
metrów nie sposób chybić. Kula uderza tam gdzie chciałem,
czyli pomiędzy łapy najbliższego zwierza. Ten skręca jak
sprężyna i błyskawicznie uskakuje w las. Strzelam jeszcze
raz i jeszcze. Nie chcę zabić ani zranić, chcę je
przestraszyć. Lubię wilki i nie poluję na nie. Znikają
świetlne punkty. Walery powoli dochodzi do siebie. Zdążył
zauważyć bury cień. Mówię mu o wilkach. Chce zamknąć się na
podstacji i przeczekać do rana. Nie mogę go przekonać, że
spłoszone wilki tak szybko nie wrócą. Dopiero gdy obiecuję,
że będę stał z nabitą bronią i uważał a on będzie sam
pakował samochód pozwala się przekonać by jednak pojechać
dalej. Przez las dojeżdżamy do dziurawej szosy 44 i skręcam
na zachód. Potem po ok 20 km w lewo na nr.11 i po jakiś 10
km w prawo na szosę nr. 15, która zawiedzie nas prosto do
Winnipeg. Mijamy małą wioskę Elma i 15 -ka przed nami prosta
jak strzelił. Chociaż ciemno, widać, że jest płasko jak na
Żuławach. Zaczynają sie prerie. Już zrelaksowani po małej
przygodzie z wilkami, nagle po prawej stronie, na północnym
niebie zauważamy błysk, potem drugi, a potem nagle całe
niebo północne zalewa białe pulsujące światło, jak wykres
EKG. To zorza polarna. Natychmiast odechciało się sie spać.
Spektakl nie trwał długo i znowu ogarnęła nas ciemność
rozświetlana tylko długimi światłami samochodu. A potem
znowu łuna na niebie, ale to już światła Winnipeg, widoczne
na długo zanim tam dojechaliśmy. Jest już dobrze po północy.
Hotel i spać.
Mimo, że było
po północy, gdy przybyliśmy do hotelu w Winnipeg, o 0630
byliśmy już na nogach , a o 0700 w drodze do Portage la
Praire. Miasto, jak sama nazwa wskazuje, jest „bramą” na
prerie. Tu rozwidlają się sie szosy. Trans - Canada H-wy
mająca tutaj nr 1 wiedzie prosto na zachód. Szosa nr 16
odchodzi pod skosem w górę na północny zachód. Kiedy w 1988
roku przyjechałem do Kanady prerie często były tematem
rozmowy. Czytało sie o nich w tych niewielu książkach, które
były dostępne i zawsze chciałem je zobaczyć. Gdy poznałem
wystarczająco język angielski wypytywałem kolegę w pracy o
wrażenia z jazdy przez prerie. Był to Ernie, starszy pan,
który miał rodzinę w Saskatchewan. Twierdził, że nie ma tam
nic ciekawego. Że jest płasko i nudno. Ja jednak zawsze
chciałem to płaskie i nudne zobaczyć choćby raz, a nie tylko
słyszeć w opowiadaniach. Teraz prerie rozciągały sie przede
mną, prawdziwe i płaskie. Pierwsze co mi sie nasunęło na
myśl gdy opuściliśmy już Winnipeg to lekcja rysunków
szkole w Polsce lata temu i nauka o perspektywie.
Rysunek drogi zwężającej się w dali, aż stała się jednym
punktem na przecięciu dwóch linii. Po raz pierwszy mogłem
przyjrzeć się temu w naturze. Szosa, prosta jak strzelił i
płaska faktycznie stawała się jednym punktem w oddali. I
jeszcze jedno- pociąg. Pociągi towarowe w Kanadzie mają w
składzie często więcej niż 120 wagonów i w Ontario , stojąc
przed przejazdem kolejowym wydaje sie , że ten pociąg nigdy
się nie skończy. Tego ranka, w marcowym blasku słońca miałem
okazję zobaczyć cały 150 wagonowy skład jednocześnie.
Poruszał się w oddali, równolegle do szosy i wyglądał jak
długi robak. I wcale nie zajmował zbyt dużo miejsca na tle
odległego horyzontu. To mi dało skalę przestrzeni jaka mnie
otaczała. I ta przestrzeń wcale nie była nudna. Po raz
pierwszy zobaczyłem też na żywo charakterystyczne
spichlerze, których widok odtąd miał nam towarzyszyć.
Już o 0800
byliśmy w Portage la Praire. Tak jak prerie tak i miasto
jest płaskie. Zjechaliśmy z głównej szosy, GPS doprowadził
nas oczywiście do torów kolejowych wzdłuż
których znajdowały sie nasze podstacje światłowodowe.
Tym razem było to w środku miasta, a raczej miasteczka
według standardów europejskich. Było dość ciepło i ziemia
odmarzła. Była czarna jak węgiel i tłusta. Jechaliśmy między
torami i trzeba było włączyć napęd na wszystkie koła by sie
nie zakopać. Stacja kolejowa, jak ze starych filmów, masa
torów, zwrotnic. Tory leżące prosto na ziemi. Podkładów nie
widać, są przysypane. Sprawia to dziwne wrażenie, jak by
szyny były tylko położone na ziemi. Za to łatwo przez nie
przejeżdżać. Okazuje sie, że stacja kolejowa to historyczne
miejsce. Powstała w 1893 roku. Zbudowano ją z lokalnej cegły
i importowanego kamienia. Naprawdę warto było to zobaczyć.
Dowiedziałem się sie później, że 1 listopada 2002 roku
podłożony przez podpalacza ogień prawie całkowicie zniszczył
ten oryginalny budynek i trwa jego odbudowa. Ale to było
później, teraz wzięliśmy sie z Walerym do roboty i o 1230
ruszaliśmy dalej do Neepawa. Preriowe miasteczka są do
siebie podobne. Zawsze jest stacja kolejowa i ogromny
spichlerz przy niej. Spichlerze sa też po prostu przy
torach, bez stacji i bez zabudowy. Po prostu sterczą z
krajobrazu, widoczne z daleka. Neepawa to po indiańsku, w
języku Cree znaczy
„dużo, wiele” w znaczeniu urodzaju. Kiedy powstała
prowincja Manitoba w 1870 roku, rejon Neepawa należał do
terytorium Północno-Zachodniego. Manitoba była wtedy
porównywana do znaczka pocztowego, tak była mała i
kwadratowa. Przez następne trzydzieści lat teren ten
zapełniali osadnicy. Przybywali bezpośrednio z Anglii lub z
Ontario jako drugie pokolenie pionierów. Później
zaczęli zjeżdżać osadnicy ze wschodniej Europy. Za
najbardziej nobilitujące miejsce osadnictwa jest uznawane
Huns Valley Settlement, kolonia osadników z Polski i Węgier.
W 1881 roku Manitoba została powiększona do granicy z
obecnym Sasktchewan. W 1883 przez osadę przeszła linia
kolejowa i Neepawa otrzymała prawa miejskie. Dziś jest to
farmerskie miasteczko, zaopatrujące okolicznych rolników. O
godz. 1800 skończyliśmy prace przy montowaniu naszych
systemów i ruszyliśmy w drogę do Shoal Lake,
kolejnego preriowego miasteczka
Prerie , mimo
,że tak rozlegle pocięte są gęsto drogami. W większości
drogi te mają nawierzchnię szutrową ale tak twardą i dobrze
utrzymaną, że nie jedna asfaltowa droga ma więcej wyboi.
Oczywiście drogi główne, jak trasa nr 16 to normalne
asfaltowe szosy. Jedziemy do następnego miasteczka, robi się
ciemno. To miasteczko to Shoal Lake. Pierwszym
Europejczykiem, który przybył w ten rejon był Dr. C. Heal. W
roku 1862 podróżował do południowego krańca jeziora Shoal
gdzie obecnie znajduje się miasteczko o tej samej nazwie. W
1868 roku pierwsi osadnicy założyli swoje farmy po
wschodniej stronie pobliskiego jeziora Raven. W roku 1870
dwóch oficerów z Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej
założyło stały posterunek na południowym krańcu Shoal Lake i
wkrótce dookoła zaczęły wyrastać budynki nowej osady. Osada
trwała w tym miejscu do 1885 roku kiedy to kompania kolejowa
oznajmiła, że będzie budować linię kolejową po północnej
stronie jeziora. Tej zimy mieszkańcy osady przenieśli swoje
domy i biznesy na północną stronę jeziora przeciągając je po
zamarzniętej tafli lodu na rzece na obecne miejsce.
Pozostałe budynki przetrwały jako ośrodek wypoczynkowy nad
jeziorem dla turystów. Duża łódź motorowa o nazwie „Anemone”
przewoziła pasażerów z miasteczka do ośrodka. Nie przetrwał
on jednak „wielkiej depresji” lat trzydziestych i dwóch
wojen światowych i został zamknięty. Obecnie Shoal Lake
odzyskuje swoją atrakcyjność rekreacyjną i powstało tu kilka
nowych domów wypoczynkowych na pobliskiej Burlington Beach.
Pracując przejazdem i w nocy nie mogliśmy oczywiście tego
wszystkiego zobaczyć, ale kilka miesięcy później miałem
okazję poznać ten teren znowu, tym razem w dzień. Pracę przy
instalacji systemów na podstacji światłowodowej
zakończyliśmy ok. 2230 i ruszyliśmy do Yorkton, sporego
miasta jak na preriowe standardy i już w Sakatchewan. Powód?
Jedyne miejsce w zasięgu, które miało hotel Comfort Inn, z
którym nasza firma miała otwarte konto. Było to wygodne, bo
nie musieliśmy płacić i wydawać pieniędzy przeznaczonych na
nieprzewidziane wydatki. Podawałem tylko nr.konta,
podpisywałem rachunek i tyle. Comfort Inn to również sieć
hoteli o dość wysokim standarcie, gdzie zawsze jest czysto i
wygodnie. Pracując po tyle godzin na dobę odpoczynek w
komfortowych warunkach stanowił esencje powodzenia tego co
robiliśmy. Nauczyłem się tego w Polsce gdzie potrafiłem
przejechać do 100 tys. km rocznie fiatem 126p sprzedając
pomoce szkolne w gminach, chyba tylko dlatego, że spałem
zawsze w hotelach orbisowskich, nawet jeśli musiałem
dojechać do jakiegoś i 100 km. Tę samą zasadę zastosowałem
tutaj i jak się okazało z dobrym skutkiem. Jak do tej pory
przepracowaliśmy 51 godzin w ciągu trzech dni, wliczając w
to jazdę i taki odpoczynek był niezbędny. Do Yorkton
dotarliśmy równo o północy. W hotelu przywitała nas przemiła
dziewczyna. Nie pamiętam jej imienia ale Walery na pewno
pamięta, bo przegadał z nią kilka godzin jak by nie był na
nogach od 18 godzin. Obiecałem, że nie powiem jego żonie.
Dziewczyna urodziła się na preriowej farmie i całe życie
spędziła w Sakatchewan. Jej marzenie to wyjechać gdzieś i
poznać świat, może zrobić jakąś karierę, ale uważa, że nie
może opuścić rodziców, ani swojego chłopaka, z którym ciągle
„drą koty” i ten wyjazd chyba już na zawsze pozostanie w
sferze marzeń. Gdy rok później jechałem znowu przez Yorkton
, dziewczyna ciągle tam była i ciągle marzyła i chociaż
chłopak wyjechał to ona ciągle czuje, że nie może bo musi
być tu dla rodziców gdy się zestarzeją. Chyba z tego właśnie
powodu ciągle wiele farm jest zaludnionych. Dzieci tutaj
czują wielki związek ze swoimi rodzicami i rodzeństwem.
Chyba tylko z takim charakterem można przetrwać długie
preriowe zimy odcięci od świata przez zaspy, gdy do
najbliższego sąsiada trzeba jechać nieraz kilkadziesiąt, w
najlepszym przypadku kilkanaście kilometrów. Oczywiście
czasy się zmieniły. Najpierw pociąg , później samochód
spowodowały że odległość przestała mieć znaczenie, ale więzi
rodzinne pozostały w charakterze tych preriowych osadników
wśród których jest również ogromna rzesza Polaków. Pobudka
jutro o 0600 i całe prerie przed nami...
Godz. 0600, 7
marzec 2000 rok, Yorkton, Saskatchewan. Wstajemy. Na dworze
szarówka. Zimno. Nie chce się wstać ale trzeba. Snu mieliśmy
niewiele. Prysznic pomaga. Szybkie śniadanie w hotelu,
ustalenie planu dnia i w drogę. Tym razem niedaleko.
Springside gdzie jedziemy najpierw znajduje sie tylko 25 km
na północny zachód od Yorkton. Z hotelu wyjeżdżamy o 0800.
Na miejscu jesteśmy już o 0830. To nie moja dobra pamięć
powoduje, że tak dokładnie pamiętam daty i godzinę. Mam
przed sobą notatki z dokładnym zapisem godzinowym dnia z
każdego wyjazdu. Było to potrzebne do późniejszego raportu.
Teraz przydaje mi się do odświeżenia pamięci. Springside to
typowe preriowe miasteczko. Stacja kolejowa, spichlerz przy
torach, odrapany hotel i mały sklep. Na „naszej” podstacji
okazuje sie , że brakuje baterii do zabezpieczenia systemów,
które były wysyłane razem z unitami. Na szczęście mamy
zapasowe. W trzech drzwiach pomylone przewody do
elektrycznych zamków. Zakładał to inny kontraktor jeszcze w
Mississauga. Teraz trzeba wszystko zmieniać. Mimo to o 1230
jesteśmy w drodze do Mozart. To miasteczko powstało w 1909
roku gdy dotarła w to miejsce kolej. Inżynierowie, którzy
mieli kwaterę na farmie Lung, dali pani Juli Lung przywilej
nadania imienia nowemu miasteczku. Pani Lung nazwała je
Mozart od imienia kompozytora. Ciekawostką jest, że każda
ulica w tym miasteczku, po dziś dzień nosi nazwę jakiegoś
sławnego muzyka czy kompozytora. Oprócz tego oczywiście
miasteczko ma stację kolejową, spichlerz i sklepik.
Docieramy tam o1330. Na „naszej” podstacji znowu błędne
przewody przy drzwiach. Chyba było by lepiej gdyby tego w
ogóle nie robili przedtem. Więcej czasu zajmuje wymiana niż
zakładanie nowego. Godz. 1800. Ruszamy dalej, tym razem do
Marchwell. Cofamy się, bo Marchwell znajduje się z drugiej
strony Yorkton ale dzięki temu możemy znowu przenocować w
Yorkton, z czego bardzo cieszy się Walery. Do przejechania
mamy 211 km, zajmuje mi to dwie godziny. Drogi preriowe sa
gładkie , proste i radar nie ma się gdzie schować.
Instalację zaczynamy o 2000. Jest juz ciemno, ale oczywiście
widać spichlerz przy torach. Kończymy o 2330 i godzinę
później jesteśmy znowu w Yorkton. Dziewczyny tym razem nie
ma na zmianie i smutny Walery idzie szybko spać. Ja też, bo
jutro, a właściwie już dzisiaj znowu wstajemy o 0600. O 0700
ruszamy w drogę. Do miejscowości Plunket mamy 230 km.
Jesteśmy tam o 0900. Ford Explorer to szybkie auto. Plunket
znajduje się na drodze nr 16, niecałe 100 km przed
Saskatoon. Jak zwykle nie ma tu wiele. Spichlerz. Stacja.
Sklepik. Pracujemy do 1300. Instalacja zakończona, ruszamy
dalej, tym razem do miasta. Jest to Saskatoon. Mamy problem
z odnalezieniem podstacji. Nie pomaga mapa, plan, ani
lokalizacja GPS. Wiem, że musi być przy torach, ale w
Saskatoon krzyżują się tory
z wielu kierunków i jest to prawdziwy labirynt. Jadę
po różnych ulicach, cały czas próbując trzymać sie w pobliżu
torów. Wreszcie z wiaduktu nad torami zauważam znajomy
kształt betonowych unitów. Ale jak tam dojechać? Zapamiętuję
położenie, skręcam w pierwszą ulicę w prawo, potem znowu w
prawo. Jestem przy torach, jest przejazd, po lewej stronie,
kilkaset metrów dalej widać podstację, ale nie ma dojazdu.
Już godzinę straciliśmy na szukanie, nie ma czasu na dalsze.
Na przejeździe kolejowym patrzę w prawo, w lewo i skręcam na
tory. Widzę zdumione oczy kierowców, ale moje zmartwienie to
teraz tylko by nie zawiesić się na szynach. Terenowy Ford ma
dość wysokie zawieszenie ale może to nie wystarczyć. W dali
widać pociąg towarowy, masa rozjazdów, podskakujemy na
szynach, zostało do przejechania może 200 m. Kto będzie tam
szybciej, my czy pociąg? Przy podstacji jest gdzie stanąć,
jest tam spory placyk pokryty żwirem. Na jednej ze zwrotnic
pociąg skręca, w tym samym momencie dojeżdżam w tumanie kuzu
do placyku przed podstacją, Walery otwiera oczy. Nic nie
mówi jeszcze przez następne parę minut. To nie było mądre
ale jesteśmy na miejscu. Od placyku odchodzi wąska szutrowa
droga więc jest tu jakiś normalny dojazd. Z powrotem nie
będziemy musieli wracać po szynach. Rozpakowujemy sprzęt i
do roboty. Jest godz 1500. Drzwi do dwóch unitów są otwarte,
tak nie powinno być. Nie ma baz do przekaźników. Nie możemy
zakończyć instalacji. Trzeba będzie tu wrócić. Jest godz
1830. Szutrowa droga wzdłuż torów zawiodła nas na tyły jakiś
magazynów. Stamtąd już łatwo. Wiejżdżamy na ulicę. Notuję to
wszystko na GPS. Następnym razem możemy nie mieć tyle
szczęścia z pociągiem i zwrotnicą. Przed nami 140 km do
North Battleford gdzie mamy zarezerwowany hotel. Docieramy
tm o godz 2030. Nareszcie się wyśpimy. Chyba...
9 marzec 2000,
czwartek, godz 0600, North Battleford, Saskatchewan. Z
Toronto wyjechaliśmy 3 marca. Przejechaliśmy do tej pory ok.
3800 km. Przepracowaliśmy 90,5 godzin wliczając w to jazdę.
To dużo ale nie czuję zmęczenia. Kto mówił, że prerie są
nudne. Nieprawda. Cały czas coś nowego do zobaczenia. Stare
budynki farm, spichlerze, piękna ogromna dolina,
zagłębiająca się w płaski teren i pozwalająca widzieć na
kilkadziesiąt kilometrów. Tutaj naprawdę czuć i widać
przestrzeń. Jedziemy najpierw na południe do Cazalet. Tego
nie ma nawet na mapie. Bez GPS nie było by mowy by odnaleźć
niektóre z pozycji na naszej liście. Jesteśmy tam o godz.
0730. O 1000 kończymy instalację i jedziemy znowu do
Saskatoon. Tam w biurze Pulorator Courier odbieram przesłane
nam podstawy pod przekaźniki, których zabrakło nam wczoraj.
Tym razem odnalezienie podstacji w Saskatoon nie sprawia
kłopotu, pamiętam dojazd. Instalujemy przekaźniki, włączamy
system. Jest godz.1300. Ruszamy w dalszą drogę na zachód. Po
drodze do Wilkie zajeżdżamy jeszcze raz do Cazalet by
zainstalować przekaźniki. W Wilkie jesteśmy o 1500. O 1800
kończymy instalację i jedziemy do Neilburg . To już
niedaleko do granicy z Albertą. Jesteśmy tam o 1900.
Instalację kończymy
o 2230. Do Lloydminster mamy ok 70 km. To niedaleko
ale okazuje sie , że wyjechać z Neilburg nie jest tak łatwo.
Jest to mała wioska według wszelkich standardów jednak
znalezienie drogi na północ by dostać sie do szosy nr.16
zajmuje nam trochę czasu. W przyszłości ten wyjazd znowu
sprawił mi kłopot i był powodem pewnej przygody, ale o tym
innym razem. Teraz znaleźliśmy wreszcie drogę, krążąc po
wiosce w kompletnych ciemnościach rozświetlanych tylko
światłami samochodu i wracając ciągle do punktu wyjścia jak
w jakimś filmowym horrorze. Początkowo dziurawy asfalt
kończy się i droga staje sie żwirówką. Jest prosta jak
strzelił, ciemna i pusta. Na nielicznych skrzyżowaniach
samochód podskakuje na małych hałdach utworzonych przez
pojazdy na poprzecznej drodze. Jedziemy szybko, ponad 100
km/godz. Szuter bije w podwozie samochodu. Zastanawiam sie
czy to właściwa droga. Jadę według kompasu prosto na północ.
Musimy w którymś momencie dojechać do szosy nr 16, która
idzie ze wschodu na zachód, ale w ciemnościach i kompletnej
pustce, na polnej drodze i po dziwnej niemożności
znalezienia drogi wyjazdowej z małej wioski, wszystko staje
się możliwe i wyobraźnia zaczyna pracować. Jak długa może
być polna droga? Przy tej szybkości powinniśmy już być na
szesnastce. W oddali w świetle reflektorów majaczy drobny
czerwony punkt. Jeszcze trochę i już widać, co to jest. Znak
„stop” i szosa nr16. Nareszcie. Skręcam w lewo i o 2330
podjeżdżamy pod hotel. Nie jest dobrze. Przed hotelem duża
grupa ludzi, krzyki, szarpanina. Okazuje się ze obok jest
dyskoteka i krewcy kowboje wyszli ze swoją różnicą zdań na
zewnątrz. Jesteśmy w samym środku awantury. Nas nie
zaczepiają, ale to szybko może się zmienić.
Bierzemy torby i idziemy przez parking do hotelu
udając, że nie zwracamy uwagi na kilka bójek. Drzwi hotelu
zamknięte. Personel nie chce brać szansy, że awantura
przeniesie się do środka. Całe szczęście, że mamy torby.
Portier orientuje się,
że nie mamy nic wspólnego z awanturą i wpuszcza nas
do środka. Najwyższy czas. Meldujemy się w recepcji i
idziemy na górę. Przez zamknięte okno dobiega dźwięk
policyjnych syren, błyskają czerwone i niebieskie światła.
Walery idzie pod prysznic, ja schodzę na dół by zobaczyć co
sie dzieje. Widać już tylko rozjeżdżające się w różne strony
półciężarówki. Radiowozy ścigają kilka z nich. Po chwili
zapada cisza i spokój. Nie widać po personelu hotelu by była
to jakaś rewelacja. Może tak jest w każdy
czwartek?...
To była krótka
noc. 0630 już jesteśmy na nogach. Potrzebne nam są
przekaźniki do dalszej instalacji. Za mało ich wzięliśmy ze
sobą. Miały być wysłane razem z podstacjami ale ktoś nie
dopilnował i niewielki zapas który mieliśmy juz poszedł.
Niestety tu w Lloydminster ich nie mają i muszę zorganizować
ściągnięcie ich z Edmonton. W międzyczasie jedziemy na
podstację zrobić instalacje systemu. Przekaźniki założymy
później. Godz.1230, instalacja zakończona, jedziemy 100 km
do Derwent . To kolejne preriowe miasteczko już w Albercie.
Na polach co jakiś czas widać wolno pracujące z góry na dół
metalowe ramiona. To pompy pompujące ropę naftową. Odnoszę
wrażenie jak by każdy farmer miał swoją. Nie ma szybów
naftowych tylko te pompy, jak wielkie ptaki dziobiące coś w
ziemi. Instalację sytemu w Derwent kończymy o 1630. Będziemy
musieli tu jeszcze wrócić z przekaźnikami. Teraz wracamy do
Lloydminster po te właśnie przekaźniki, które powinny już
przyjść z Edmonton. Przejechaliśmy ponad 4000 tys
kilometrów. Trzeba zmienić olej. Robie to na stacji
benzynowej w Lloydmister. Odbieram też przekaźniki które
przysłano nam na stację autobusową. Jest godz. 1830.
Jedziemy jeszcze do Neilburg w Saskatchewan by założyć tam
brakujące przekaźniki. Na tych prostych preriowych drogach
szybkości przejazdu są bez porównania większe niż gdzie
indziej. Również radar nie ma się gdzie schować. Ani razu
nie zobaczyłem radiowozu z radarem na poboczu drogi jak to
często sie zdarza w Ontario. A jednak prawie wszyscy jeżdżą
zgodnie z przepisami. Dużo później dowiedziałem się że w
Albercie i Sakatchewan jest specjalne prawo, które pozwala
każdemu notować szybkość innych i meldować na policje
przekroczenia szybkości. No cóż miałem szczęście, żaden
mandat nie przyszedł. O godz. 2000 kończymy sprawdzanie
systemy w Neilburg. Wszystko działa, wracamy do Lloydminster.
Znowu trochę kłopotu z wyjechaniem z Neilburg. Jak na tym
filmie gdzie bohaterzy nie mogli wydostać sie z miasteczka
bo każda droga wiodła ich z powrotem. O 2100 jesteśmy znowu
w Lloydminster gdzie zostajemy na noc. Kręcimy się wokół
tego miasta ale to konieczność. Lloydminster to ciekawe
miasto. Znajduje się na granicy Saskatchewan i Alberty.
Dokładnie na granicy. Przechodzi ona wzdłuż głównej ulicy
miasta. Ale to nie wszystko. Ta granica to również granica
zmiany strefy czasu. Uwierzycie lub nie, ale po jednej
stronie ulicy jest teraz 2100 a po drugiej już 2200. Trzeba
tu chyba dobrze uważać umawiając się np. na randkę. Ale to
jeszcze nie wszystko. Saskatchewan nie zmienia czasu na
letni, wiec pod koniec marca ta różnica czasu wynosi dwie
godziny. W hotelu gdzie mieszkamy to już Alberta, czyli
godz. 2130 ale telewizja kablowa jest ze wschodniej strony
miasta, więc wszystkie programy są o 1 godz. opóźnione.
Granicę prowincji i strefy czasowej zaznaczają wysokie
pomarańczowe podwójne słupy. Idziemy spać . Jutro
prawdopodobnie nastąpi zakończenie całej instalacji.
Następny
dzień. 0600. Poranek rześki i ze szronem. Zorganizowanie sie
i śniadanie zajmuje nam trochę czasu. O 0730 jesteśmy na
podstacji światłowodowej. Zakładamy przekaźniki i sprawdzamy
system, wszystko działa jak trzeba. Godz. 0830 w drodze do
Drewent. Żegnamy dziwne miasto z różnicą czasu. Godzina 1000
w Drewent wszystko działa, jedziemy na ostatnią podstacje
tej trasy w miasteczku a właściwie wiosce Andrew. Instalacja
i sprawdzenie zajmuje nam czas do 1600. Koniec trasy.
Zrobione. Nie musimy sie już spieszyć. Przejechaliśmy ponad
5000km w 9 dni z czego połowa czasu przynajmniej to praca na
podstacjach. Teraz trzeba jeszcze wrócić do Mississauga ale
to juz będzie relax. Postanawiam jechać przez Edmonton, Red
Deer, zahaczyć trochę o Góry Skaliste , zobaczyć Calgary,
gdzie mieszka mój przyjaciel jeszcze z obozu w Niemczech.
Przepracowaliśmy przez te 9 dni 155.5 godziny wliczając w to
jazdę. To niezły wynik. Należy nam się trochę wakacji. Gdy
zadzwoniłem do szefa firmy i mu o tym powiedziałem nawet
okiem nie mrugnął. Możemy wracać którędy tylko chcę. I nie
spieszyć się. Co prawda z tm niespieszeniem się trochę mi
nie wyszło ale o tym za tydzień.
To było
dziwne, kończyć pracę kiedy jeszcze było widno.
Godz.1600, 11marzec 2001. Wydawałoby się, że po
przejechaniu dobrze ponad 5 tysięcy kilometrów można mieć
dosyć jazdy, a jednak nie. Byliśmy w Albercie, do Edmonton z
Andrew jest tylko 116 km. Wszyscy na pewno słyszeli o
największym centrum handlowym na świecie w Edmonton. Był
czas, trzeba to zobaczyć. Jadę prosto na południe do drogi
nr 16 która wiodła nas od Winnipeg przez trzy prowincje.
Szesnastką skręcam na zachód. Do Edmonton jeszcze tylko
kilkadziesiąt km. Po drodze rezerwat przyrody Elk Island
National Park. Wysoka siatka z obu stron szosy. Za chwile
wyjaśnia się dlaczego. Na wzgórzystym terenie widać
dziesiątki bizonów. Pierwszy raz widzę je w dzikich
naturalnych warunkach. Zatrzymuje samochód by Walery mógł
zrobić zdjęcia. Nie udało się. Inaczej niż ontaryjskie łosie
w Algonquin Park, bizony na widok zatrzymującego sie
samochodu znikają za wzgórzami zanim Walery zdążył zrobić
zdjęcie. Trudno, jedziemy dalej. Jest ciągle widno, gdy
dojeżdżamy do Edmonton. Nie znam oczywiście miasta, ale w
laptopie mamy program z mapami całej Ameryki Północnej.
Walery otwiera plan miasta. Mall jest oczywiście zaznaczony
wiec jedziemy tam jak po sznurku. Ten Mall jest rzeczywiście
imponujący. Całe działy zbudowane są jak ulice w Europie, np
w Amsterdamie. Kamieniczki, kawiarnie, sklepy. Ma się
wrażenie innego świata. W dole, przez szybę panoramiczną
widać prawdziwe morze. Błękitna laguna, jak w tropikach.
Plaża, fale wpływające na brzeg. Kąpią sie ludzie, dzieci
bawią się w falach przy brzegu, palmy, liany i inna
tropikalna roślinność. Na dworze śnieg, a tu wakacyjna
tropikalna sceneria. Niedaleko znowu morze, ale tym razem
mniejsze. Na nim ogromny piracki żaglowiec. W przezroczystej
wodzie widać leżące na podwodnych skałach rozbite skrzynie
ze skarbami, ryby. Wśród tego wszystkiego poruszają się
nieduże łodzie podwodne, z których turyści mogą oglądać ten
podwodny świat z bliska. W innej części wielkiego Mall-u
jest lodowisko, na którym właśnie odbywa się mecz. Można go
oglądać przez szybę. Ten Mall to największe w Ameryce
Północnej centrum handlowo – rozrywkowe. To ponad 800
różnych sklepów, ponad 110 restauracji, hotele, kina,
dyskoteki. Nazywany jest często ”8 cudem Świata”. Dnia
całego za mało by to wszystko zwiedzić. Zastanawiam się czy
nie zostać w hotelu na miejscu, ale za drogi. Firma nam tego
nie pokryje. Postanawiam, że pojedziemy dalej i przenocujemy
w Red Deer. To ok. 155 km autostradą. Wyjeżdżamy z Edmonton
. Do Red Deer
dojeżdżamy już po ciemku. Bez trudu znajdujemy hotel. Tym
razem to Holliday Inn. Comfort Inn nie ma miejsc. Chcę wstać
wcześnie by cały dzień móc jechać oglądając Góry Skaliste.
Rano, już w samochodzie włączam nowe CD, które kupiłem na
Mall-u. To Stan Rogers śpiewający kanadyjskie ballady, mój
ulubiony piosenkarz . Okazuje się, że to CD z koncertu.
Koncertu w Red Deer, Alberta, a my tu właśnie jesteśmy.
Ciekawy zbieg okoliczności. Słońce jeszcze nie wzeszło,
światło latarni błyszczy na świerzym śniegu, wszędzie biało
i czysto. Szosą nr 11 kieruję się prosto na zachód by
dojechać do Gór Skalistych, a potem na południe, przez Banff
National Park, Lake Luise, Banff, do Calgary. Razem ok. 540
km. Dodając do tego 155 km z Edmonton do Red Deer daje nam
to prawie 700km. Autostradą z Edmonton do Calgary jest tylko
300km wiec sporo nadrabiamy, ale będąc tutaj i nie zobaczyć
Gór Skalistych było by nie do wybaczenia. Nie pomaga nawet
rozpaczliwy telefon z firmy informujący mnie, że do Banff
National Park nie wolno wwozić broni a ja mam przecież w
samochodzie sztucer, który tak mi się przydał w Manitobie.
Przecież nie muszę się nim chwalić przed strażnikami. Jest
rozładowany i w bagażniku pod kocem, nie widać go tam.
Jedziemy. Jest już pełny dzień gdy na horyzoncie pojawiają
się pierwsze góry. Szczyty ośnieżone, jest pięknie. Już w
sercu Banff National Park zatrzymuję się na poboczu by ze
stromego zbocza zabrać kawał granitu na pamiątkę. Za swoim
domem w Mississauga buduję mały stawek i chcę tam mieć
kamienie z każdej prowincji Kanady. Na poboczu wpadam po pas
w śnieg ale docieram do zbocza i zabieram kamień. Mam go do
tej pory, chociaż dom juz sprzedany a dziewczyna z którą go
miąłem poszła swoją drogą. Zawsze przynosi wspomnienia z
tego pierwszego spotkania z Górami Skalistymi. Lake Luise
mijamy bokiem, nie da się wszystkiego zobaczyć. Dojeżdżamy
do Banff, tej perły górskiej. Przy samym wjeździe do
miasteczka widać przy szosie stadko Wapiti. To potężne
jelenie. Dwa razy cięższe niż znany nam jeleń z Polski. Nie
boją się samochodów. Wjeżdżamy do miasteczka. Jest śliczne.
Idziemy na lunch a potem trochę po sklepach. Chcę kupić tu
swojej dziewczynie Elli prezent urodzinowy. Akurat czas. Jej
urodziny są 14 marca. Idę do sklepu z pamiątkami połączonego
z jubilerem. Niespodzianka, prowadzą go dwie siostry, Polki.
Okazuje się, że i tu jesteśmy. Inna polska rodzina prowadzi
w Banff motel. Może kiedyś się tam zatrzymamy. Mówię
sprzedawczyni, że chcę prezent na urodziny. Prowadzi mnie do
działu jubilerskiego i pokazuje coś pięknego. To ammonit,
mieniący się tęczowo kamień, który powstał z muszli
prehistorycznego zwierzaka, czy ślimaka, nie pamiętam.
Wydobywa się go tylko w Albercie. Jest drogi, jak kamień
szlachetny i rzadszy niż diament. Wygląda pięknie oprawiony
w złotym pierścionku. To będzie dobry prezent. Kupuję.
Jeszcze tylko kilka pamiątek i jedziemy dalej, do Calgary.
Tam będziemy nocować, a potem w drogę do Toronto. W Calgary
mam przyjaciela, Mirka Byczyńskiego, z którym znamy się
jeszcze z obozu w Niemczech w 1987 roku. Od dawna namawia
mnie na przyjazd do Alberty. Może kiedyś.... Teraz wreszcie
się zobaczymy, chyba... nie wiem nawet czy gdzieś nie
wyjechał. Chcę mu zrobić niespodziankę. Jesteśmy w dość
częstym kontakcie, ale nie mówiłem mu jeszcze o tej
wyprawie. Góry zostały z tyłu. Do Calgary wjeżdżamy jeszcze
za dnia. Po prawej stronie widać skocznie narciarskie.
Uświadamiam sobie, że to pozostałość po Olimpiadzie Zimowej
w Calgary w 1988 roku. Pierwszej olimpiady na północ od
granicy USA.
!988 to też rok w którym przyjechałem do Kanady. Jedziemy
Trans Canada H-wy która tutaj i przez wszystkie preriowe
prowincje ma nr 1. Dopiero w Ontario zmienia sie na nr 17.
Podjeżdżam do hotelu. Tym razem jest to Lodge Inn. Ta sama
sieć co Comfort Inn z którą firma dla której pracuję ma
umowę. Najmujemy pokój. Zostawiam Walerego i jadę do
przyjaciela Mirka. Dzwoniłem do niego z hotelu. Jest na
miejscu. Zaprasza. Jest rozwiedziony, jak sporo z nas na
emigracji, ja też. Spotykamy się, to wspaniałe uczucie,
spotkać po latach kogoś kogo się lubi. Poznaję jego
dziewczynę. Potem jedziemy do niego. Jest u niego mama z
Polski. Rozmowy trwają długo, szkoda, że tak mało mamy
czasu. Walery został w hotelu. Mówił, że musi się wreszcie
wyspać, ale wiem, że chciał mnie zostawić sam na sam z
przyjacielem. Doceniam to, choć go namawiałem by poszedł ze
mną. Uświadomiłem sobie nagle, że rano będzie
13 marca. Jutro są urodziny Eli. Musze tam być.
Zawsze byłem, odkąd ją znam i kocham, a to juz ładnych parę
lat. To tyle jeśli chodzi o dalsze nie spieszenie się, bo
praca skończona. Jest szósta rano, 13 marca 2001 rok.
Dzwonię do Elli siostry, Renaty, taki tylko mam kontakt.
Mówie, że będę
będę jutro o ósmej wieczorem i pójdziemy z Ellą na kolację.
Renata obiecuje, że przekaże. Nagle uświadamiam sobie, że w
Toronto jest już 9 rano. Zostało mi 35 godzin na
przejechanie 3500 km. Obiecałem żonieWalerego, że nie dam mu
prowadzić samochodu, zreszta on się wcale do tego nie pali.
Jechałem z nim pare razy jako pasażer w Mississauga i nigdy
więcej. Ciągle jeszcze chcę żyć i obiecałem jego żonie, że
on też wróci żywy. A to oznacza, że nie mogę dać mu
kierownicy. Ale co zrobic by osiągnąć średnią 100 km/godz.
na przestrzeni 3500 km? Apteka i tzw. wake-up pills, ktore
jak słyszałem czasem używają kierowcy ciężarówek by nie
zasnąć. Ruszamy ostro w drogę. Znowu prerie, ale nie tak
całkiem płaskie jak w Saskatchewan. To „rolling hills of
Alberta”, czyli po polsku „ toczące się wzgórza Alberty” i
tak to wygląda. Tym razem jedziemy Trans - Canada H-wy nr 1.
To dwupasmowa autostrada. Płaska i pusta. Chyba nikt nie
myślał, że Ford Explorer, terenowy samochód, bedzie się
poruszał z prędkością do 190 km na godz.. Prerie to była
jedyna możliwość nadrobienia czasu. Kto powiedział, że
prerie są nudne, wszystko zależy od szybkości z jaka się je
pokonuje. Najpierw był Medicine Hat, potem, juz w
Saskatchewan, Moose Jaw, Regina, po raz drugi Portage La
Prairie w Manitoba, Winnipeg. Musimy zajechać jeszcze na
chwilę do Darwin, tej szopy przy torach o, której pisałem,
niedaleko już granicy z Ontario. Dostaliśmy informację, że
system nie działa. Trzeba to sprawdzić. Zajęło to niecałą
godz. Już jesteśmy na granicy Manitoba/Ontario. Wydawałoby
się, że to już w domu, a to jeszcze 2000 km. Mijamy Kenorę.
Zaczyna padać śnieg. Wyprzedzam jakąś ciężarówkę. Na krętej
drodze i śniegu, szybkość dobrze powyżej 120 km?godz. Jest
noc. Nagle majaczy mi nikły cień. Dobrze, że poluję, moja
podświadomość wie co to jest zanim odbiera to rozum. Ostre
hamowanie. Walery budzi się, szarpią go ostro pasy
bezbieczeństwa. Dzięki wynalazcom za ABS. Gdyby nie to, nie
zatrzymałbym się stopę (trzydzieści centymetrów) przed
stojącym na środku szosy (w Ontario to już dwukierunkowa
droga nr 17) ogromnym łosiem. Patrzyłem w lusterko, jak
daleko jest ciężarówka, którą niedawno wyprzedziłem. Łoś
spojrzał na mnie i zaspanego Walerego tym swoim
najsmutniejszym na świecie najbrzydszym pyskiem i po prostu
sobie powoli odszedł. Brrrr. To było blisko... Ciężarówka na
szczęście nie zdążyła, nie wiem czy by kierowca wyhamował
taką masę na
czas. Nie wiadomo kiedy zbliża się Thunder Bay. Staję na
stacji benzynowej i już wiem, że muszę się chociaż trochę
przespać. Zamykam oczy i odpływam. Gdy je znowu otwieram
minęło ponad dwie godz. W drogę i to szybko. Za Thunder Bay
robię głupstwo wybieram szosę nr 11, przez North Bay,
zamiast przez Wawa i Sudbury. To opowieści jednego z kolegów
myśliwych, który twierdził, że tak jest szybciej. To nie
prawda. Droga ciągnie się przez małe miasteczka i trzeba
uważać. Kapuskasing, Tymins, North Bay, to miasta i
miasteczka które zna każdy myśliwy z Ontario, przynajmniej z
nazwy. Teraz już została tylko trasa z North Bay do
Mississauga, to 350 km. Jest 1600. Czy zdążę? Muszę,
obiecałem. Po zostawieniu w Toronto Walerego i reszty
wyposażenia i narzędzi w Firmie, podjeżdżam do umówionego
miejsca. Jest 2005, jestem 5 min spóżniony. Ella udaje, że
jest zła z tego powodu. Jedziemy na kolację. Ta wariacka
jazda nie była mądra, ale kierowanie się tylko mądrością
było by nudne. Udalo mi się nie zasnąć, pierścionek zrobił
swoje. Rano 15 marca nareszcie zasnąłem zasłużonym snem i
spałem długoooo...
Kiedy
zakończyłem ostatnią wyprawę na zachód nie myślałem, że
wkrótce znowu pojadę tą samą trasą tym razem bez Walerego.
Wiedziałem że prędzej czy później bedę jechał jeszcze przez
Góry Skaliste z Vancouver przez Calgary do Winnipeg ale ta
linia światłowodowa nie była jeszcze gotowa. Dla
przypomnienia : piszę o ogromnym projekcie przeciągnięcia
lini światłowodowej w poprzek kontynentu amerykańskiego. Co
sto kilometrów, od Atlantyku do Pacyfiku, wzdłóż
transkanadyjskiej linii kolejowej powstały podstacje
wzmacniające i kontrolujące sygnały biegnące cienkimi
nitkami światłowodów. Niewielka dziewięcioosobowa firma,
której właścicielem jest Wray Gibson, Polak z pochodzenia,
otrzymała kontrakt na założenie w tych podstacjach
skomplikowanych systemów ochronnych. Pracowałem wtedy w tej
firmie i mnie właśnie przypadło fizyczne zrealizowanie
kontraktu. Każda podstacja składa się z kilku do kilkunastu
betonowych modułów wielkości przeciętnego pokoju,
połączonych razem i osadzonych na betonowych palach pół
metra nad ziemią. W zestawie takim znajdował się zawsze
moduł techniczny, do którego doprowadzona jest energia
rozdzielana później na poszczegolne moduły i potężny
dieslowski generator prądotwórczy ze zbiornikiem paliwa
wystarczającym na kilkudniowa nieprzerwaną pracę, włączajacy
się automatycznie w razie awari zasilania. Kolejny moduł
zawierał wielki blok 24 V bateri.
Pozostale moduły –
od dwóch do12 wynajmują kompanie telekomunikacyjne takie jak
BC Telus, NTNT czy Bell. Elektroniczne podzespoły
przesyłające, modulujące i wzmacniające sygnał świetlny
przedstawiają wartość ok 3 milionów dolarów na jeden moduł.
Przemnóżmy to przez liczbę modułów i liczbę podstacji na
przestrzeni ponad 6 tysięcy kilometrów to wyjdzie nam
naprawdę zawrotna suma. Podstacje te w ogromnej większości
znajdują się z dala od zamieszkałych miejsc, często w
zupełnej dziczy kanadyjskiej puszczy, czy w przepastnych
wąwozach Gór Skalistych. Można je także zobaczyć w
ontaryjskim Cambrige, Oshawie, Grimsbe, Perry Sound.
Betonowe bloki modułów zostały tak skonstruowane, że
zniszczyć je może tylko bezpośrednie uderzenie bomby.
Wejście do nich to pojedyncze stalowe drzwi, zabezpieczone
elektronicznym zamkiem zamówionym w niemieckiej firmie.
Zamki są sterowane przez system Andover Control. Pozwala on
na kontrolę całej sieci z jednego miejsca w Toronto czy
Vancouver za pomocą komputera . Rejestruje co się dzieje na
danej podstacji, kto otworzył drzwi, jak długo tam był, co
robił, jak działają podzespoły w module technicznym i czy
nastapila jakaś awaria. Można się połączyć z komputerem
podstacji i przeprogramować go, m.in. wpisując akces lub go
kasując dla poszczególnych elektronicznych kluczy. Każda
kompania wynajmująca moduł ma swój zestaw kluczy pasujacych
tylko do ich modułu. Liczba ta jest zarejestrowana i nie ma
możliwości podrobienia lub dopasowania innego klucza. Ten
„klucz” to mały plastikowy element w formie breloczka
z zakodowaną elektroniczną informacją. Zbliżenie tego
„klucza” do znajdujacego się na ramie drzwi czytnika
powoduje otwarcie zamka. Zamek drzwiowy można rowniez
otwożyć za pomoca komputera znajac nr. telefonu podstacji i
właściwy kod.
Żeby to
wszystko było możliwe trzeba było pojechać fizycznie do
każdej podstacji, zainstalować komputer, przeciągnąć
dziesiątki metrów wielożyłowego kabla, podłączyć podzespoły
wykonawcze, zaprogramować komputer podstacji, zainstalować
czytniki i zamki elektroniczne, podłączyć czujniki i
sprawdzić działanie każdych drzwi. Drobna pomyłka w
procedurze mogła spowodować zatrzasnięcie drzwi i by je
otworzyć potrzebny był był palnik acetylenowy. Zanim cały
system został połączony linią telefoniczną, każda awaria
systemu lub błąd w oprogramowaniu wymagał dotarcia do
podstacji i przeprogramowania jej komputera za pomocą
laptopu. I taka
awaria nastąpiła. Błąd w oprogramowaniu spowodował, że jedna
z firm telekomunikacyjnych nie mogla dostać sie do swoich
modułówna całej 5-cio tys. km trasie.
Była to wczesna faza projektu i taki przypadek mógł
spowodować jego upadek i stratę milionów zainwestowanych
dolarów. Klienci mogli się po prostu wycofać. Czlowiek
odpowiedzialny za oprogramowanie Kevin, był właśnie na
wakacjach na Florydzie nieświadom nadchodzącej burzy. W
głównej kwaterze kompanii „360 Network” w Mississauga
wrzało. W trybie alarmowym zorganizowano zebranie, na które
wezwano również mnie. To ja instalowałem cały „hardware” i
ja byłem na całej linii od Quebec City do Edmonton. Na
zebraniu było kilku dyrektorów technicznych projektu, mój
szef Wray Gibson i jeden z naszych programistów. Problem był
wyłącznie czasowy. Na usunięcie usterki firma miała tydzień
albo zostaniemy
usunięci z projektu bez zapłaty. Aby przeprogramować
komputer podstacji trzeba bylo zrobić „downloading” za
pomocą laptopu. Cała operacja zajmowała ok 2.5 godz. Przy 30
podstacjach dawało to 75 godzin. Odległość do pokonania:
ponad pięć tysięcy km. Przy średniej prędkości 100 km/godz.
(co jest raczej niemożliwe do wykonania) potrzeba na to 50
godzin. Dysponowaliśmy 144 godzinami. Pozostawiało to 19
godzin na sen. Gdy podzielimy to na sześć nocy to wyjdzie
troche ponad 3 godz snu na dobę. Operacja wydawała się
niemożliwa do wykonania. W pewnym momencie przypomniałem
sobie coś. Spojrzałem na swojego szefa i powiedziałem, że
podejmuje się to wykonać. To nie były żarty. Wray spojrzał
na mnie dziwnie ale tonący brzytwy sie chwyta. Wyszliśmy z
zebrania. Wray powiedział tylko, że ma nadzieję że wiem co
robie. Upewniłem go, że tak, ale nie był do końca
przekonany. Powiedziałem, że będę potrzebował szybkie
osobowe auto. Wyjeżdżałem jescze tego samego dnia nowiutką
Toyotą Camry z wypożyczalni AVIS. Na liczniku było 40 km.
Firma AVIS nie wyznacza limitu kilometrów. Będą
chyba
mieli dużą niespodziankę...
Pakowanie sie
nigdy nie zabieralo mi wiele czasu. To w sumie bardzo
proste. Na ile dni sie jedzie tyle zabiera się bielizny,
skarpetek, koszul. Dwie pary spodni, kurtkę, dwie pary
butów, przybory toaletowe. Lata podróży nauczyły mnie pewnej
w tym względzie rutyny. Po wyjściu z zebrania, o którym
pisałem w zeszłym tygodniu, pojechałem prosto do domu.
Pakowanie i zostawienie listu dziewczynie, że wyjeżdżam na
kilka dni zajęło mi 15 minut. Pięć minut później podjechał
jeden z kolegów z firmy by zawieść mnie do wypożyczalni
samochodów AVIS. Mój jeep zostawał w garażu. W AVIS był już
Wray Gibson, mój szef dopełniający formalności wynajmu.
Pozostawało tylko wpisać moje dane. Razem pojechaliśmy do
siedziby firmy EMS (Energy Managment Systems) na Traders
Blvd. E. w Mississauga. Koledzy już wiedzieli co się stało i
nie wierzyli, że da się to naprawić. Żaden z nich nie mógł
jechać ze mną. Firma miała również inne zobowiązania dzięki
którym wogóle istniała i nie można było tego odłożyć dla
innego projektu. Jak wspomniałem było nas tylko 9 osób,
łącznie z księgową i sekretarką. Walery, programista z
którym zakładałem systemy security tego projektu
światłowodowego, musiał poprawiać program kontrolny dla
dużej kompanii, bodajże fabryki Hondy. Klienta, którego nie
można było zlekceważyc. Mogłem jechać tylko ja. Laptop z
programem już czekał, była godz. 1430. Może uda się jeszcze
uniknąć korków na miejskim odcinku autostrady 401. Udało
się. Brighton, Kingston, Alexandria, Ottawa, Drummonville,
Villeroy. Opisywałem już tę trasę poprzednio wieć powiem
tylko, że pierwszy nocleg miałem w Montrealu. Nocleg to za
dużo powiedziane. Kilka godzin snu i w drogę. Villeroy to
już prawie Quebeck City. Z powrotem do Mississauga to ok 800
km. Cała trasa to 1560 km.
Jestem z
powrotem w Mississauga następnego dnia o godz 2100. to za
długo. Chcę złapać kilka godzin snu. Wyjeżdżam o 0400. Tym
razem na zachód do Edmonton. Ella, moja dziewczyna,
nie odzywa się do mnie. Jadę.
Pierwsza podstacja
to Raith, trochę na północ od Thunder Bay.
Do Thunder Bay jest ok 1300 km. Tam był mój pierwszy
nocleg. Gdy dojeżdżałem, było już blisko zachodu słońca. Już
niedaleko Thunder Bay jest prosty odcinek szosy wiodącej w
dół. Wdok rozciąga się na dobre kilka, może kilkanaście
kilometrów . Na liczniku miałem ok 140 km/godz. Widoczność
była doskonała. Daleko przed sobą widziałem nadjeżdżającą z
przeciwka cieżarówkę. Widok normalny. Te wielkie maszyny to
podstawa transportu. Coś jednak przykuło moją uwagę. Z lewej
strony z lasu wyszedl dorodny łoś i zbliżał się do szosy.
Kierowca cięzarówki nie mógl go chyba widzieć. Po jego
stronie pobocze było obniżone i zarośniete krzakami.
Patrzyłem jak w złym śnie gdy potężny łoś wyszedł na drogę
wprost pod nadjeżdżającą cieżarówkę. Widziałem z daleka
uderzenie. Cieżarówka zachwiała się, ale nie zmieniła pasa
drogi. Grube rury z przodu jako ochrona chlodnicy chyba
wytrzymały. Łoś przeleciał w powietrzu na drugą stronę
szosy. Moment później juz minąłem miejsce zdarzenia. W
lusterku widziałem, że cieżarówka nawet się nie zatrzymała.
Nie miałem czasu. Musiałem dojechać do hotelu i przygotować
sie do pracy. Gdy zajechałem na hotelowy parking i wysiadłem
z samochodu zobaczyłem coś co mnie trochę zmroziło. W
poprzek dachu „mojej” Toyoty Camry od lewego przedniego do
prawego tylnego słupka wiodła smuga krwi. Skąd sie to
wzięło? Połączona prędkość moja i jadądącej z naprzeciwka
cieżarowki przekraczała 240 km/godz. Przy tej prędkości
przestrzeń się kurczy nieprawdopodobnie. Musiałem mijać
trafionego łosia w momencie gdy był jeszcze w powietrzu.
Brrr. To było blisko. Nie mam jednak czasu o tym myślec.
Trasa na wschód pokazała, że stosując normalną procedurę
przy transferowaniu danych z laptopu do komputera podstacji
co zajmowalo 2.5 godz. jest do niczego. Nie zdąże w czasie.
Czas na pomysł który mi zaświtał wcześniej na zebraniu. Na
czym on polegał? Walery lubił sobie poeksperymetować, co
czasem powodowało dziwne skutki i pewnego razu robiąc „downloading”
w wirtualnym systemie spowodował, że
komputer zaczą
pracować jako realna podstacja a raczej wszystkie podstacje
i zbierając nieistniejące dane w rezultacie zablokował sie.
Wyczyszczenie go zabralo w firmie dwa tygodnie i Walery
dostał za to niezłą burę. Jedna jednak rzecz utkwiła mi w
głowie. Gdy laptop zrobił downloading w wirtualnym systemie,
przekazanie tego komputerowi podstacji zajmowalo tylko 20
min. W dalszym ciągu trzeba było poświęcic te dwie i pół
godz na wirtualny „downloading” ale mogłem to robić w hotelu
i w czasie jazdy. W hotelu od razu rozpocząlem downloading
pierwszej podstacji i nastawiłem budzik na 2.5 godz. by
potem wprowadzić następną. I tak już było do końca trasy.
Laptop wyłączyłem dopiero pod Edmonton, ale zanim tam
dotarłem zdażyło sie jeszcze kilka dziwnych przygód...
Cdn
Nie będę
zanudzał czytelników opisem drogi, którą już tak niedawno
opisałem. Z Thunder Bay ruszyłem na północny zachód, przez
Kenorę . Granicę z Manitoba przekroczyłem już w nocy. Gdyby
nie GPS trudno było by mi znaleść Darwin, (szopa przy torach
w lesie na pustkowiu). Skończyłem tę podstację ok. północy i
ruszyłem do Winnipeg do hotelu, ok 100 km. I tu wydarzyła
się druga dziwna przygoda (pierwsza to łoś). Wyjechałem już
na prostą jak strzelił drogę do Winnipeg, ok 15 -20 km od
Darwin gdy w dali zobaczyłem wiele małych punktów
świetlnych. Wyglądały jak świetliki i podobnie sie
poruszały. Jechałem szybko i światełka zbliżały sie coraz
bardziej. Wreszcie w świetle reflektorów zobaczyłem co to
jest. Noga mimo woli powędrowała na hamulec bym mógł się
przyjżeć niecodziennemu zjawisku. Grupa
może dwudziestu paru indian w swoich tradycyjnych
strojach, niektórzy goli do pasa, niektórzy z piórami we
włosach poruszała się w przeciwnym kierunku na ... rowerach.
Dziwnie to wyglądało. Żeby na koniach, to by tak pewnie nie
dziwiło ale na rowerach? I gdzie jadą tak ubrani po północy?
Później okazało się, że właśnie w okolicy podstacji w Darwin
znajduje się ich święte miejsce gdzie odbywają rytualne
spotkania i tańce. Gdy tak mijałem ich powoli zauważyłem
coraz wieksze poruszenie w ich grupie. Patrzyli na mnie,
pokazywali innym. Oczy niektórych stawały sie duże. Czemu? I
nagle olsnienie. Na siedzeniu obok mnie leżał laptop,
otwarty i włączony. Odblask z tego ekranu padał na moją
twarz. Mam zupełnie białe włosy i brodę. W blasku ekranu
moja twarz musiała dla nich wyglądać jak duch. Minęliśmy się
i już do Winnipeg jechałem bez przeszkód. Rano musiałem
rozwiązać pewien problem. Zasilacz do laptopu. Wszystko było
w porządku gdy byłem w hotelu czy na podstacji. Mogłem
podłączyć zasilacz do gniazdka z prądem. W samochodzie
pozostawała tylko bateria i to mogło nie wystarczyć a nie
mogłem pozwolić na wyłączenie. Musiałem znaść sklep firmowy
Toshiba i kupić zasilacz do samochodu na 12 V. Zostawiłem
laptop włączony w hotelu. Sklep firmowy znalazłem, zasilacza
nie było. Mogli mi go sprowadzić za parę dni. To mnie nie
urządzało. Również cena była jak nie z tej ziemi – prawie
200 dolarów. I nagle pomysł, przecież mam zasilacz na 120 V
więc wystarczy przetwornica którą można dostać w każdym
Canadian Tire za kilkadziesiąt dolarów. Kupiłem i już do
końca trasy nie miałem problemów z zasilaniem. Polecam
wszytkim. Po co wydawać duże pieniądze na zasilacze
samochodowe dla poszczególnych urządzeń. Ta przetwornica
może służyć do podłączenia wszystkich, takich jak kamery,
telewizory, suszarki itp. Musi mieć tylko odpowiednią moc.
Droga mijała
szybko, wpadłem w rytm, nic poza tym sie nie działo, aż do
momentu gdy dojechałem w nocy do Neilburg niedaleko granicy
z Albertą. Pisałem poprzednio , że zawsze był kłopot ze
znalezieniem wyjazdu z tej małej wioski i tym razem było to
samo. Krążyłem po tej mieścinie usiłując trafić na właściwą
drogę i ciągle wracałem w to samo miejsce przy zamkniętej
stacji benzynowej. Stały tam dwie półciężarówki (pick-up).
Widać było, że w środku ktoś siedzi. Gdy podjechałem w to
samo miejsce po raz trzeci , nie wytrzymali i ruszyli za
mną. Parę minut później znalazłem drogę i ruszyłem ostro i
szybko. Półciężarówki jechały dalej za mną i były coraz
bliżej. Skończył sie asfalt i zaczął szuter. Na licznik
weszło już 140 km/godz. Kamienie dudniły o podwozie Toyoty.
Pamiętałem, że ta droga ma prawie 100 km. Być może, że ci
kowboje jadący z tyłu chcieli mnie tylko pozdrowić, ale była
północ, znajdowałem się sam na kompletnym pustkowiu i nie
miałem zamiaru przekonywać sie jak przyjacielscy są kowboje
z Saskatchewan, przynajmniej nie w takich okolicznościach.
Przydały się moje dawne umiejętności rajdowe. Co pewien czas
szutrowa droga krzyżowała sie z inną i wtedy samochód
wyskakiwał w powietrze na sporym garbie. Przy dużej
szybkości, a było to już ponad 150km/godz. mogło się to źle
skończyć. Obie półciężarówki przynajmniej przestały sie
zbiżać ale ciągle widziałem ich światła. Wreszcie jedna para
świateł poszła w niebo i znikła. Musiał wypaść z drogi.
Drugi pick-up musiał sie zatrzymać bo światła szybko się
oddaliły i zniknęły. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i
znowu asfalt i już niedługo Lloydminster i hotel.. Trasę
zakończyłem w Andrew , niedaleko Edmonton. Zdążyłem.
Zadzwoniłem do firmy i przekazałem wiadomość. Teraz trzeba
jeszcze wrócić ale to już bez pośpiechu. Pojechałem znowu
przez Calgary gdzie zatrzymałem sie na nocleg na dwa dni by
zregenerować siły. Z mieszkającym tam przyjacielem, Mirkiem
Byczyńskim zwiedziliśmy kilka barów. Najbardziej podobał mi
sie kowbojski bar niedaleko stadionu rodeo. Byli tam
prawdziwi kowboje, i squer dancing i przesympatyczne
dziewczyny w kowbojskich kapeluszach i takich figurach, że
serce stawało na sam widok. W ciągu dnia zwiedziłem centrum
Calgary. Jest tam ulica w dystrykcie handlowym przeznaczona
tylko dla pieszych, na której stały najdziwniejsze na
świecie ... krowy. Były to naturalnej wielkości figury w
najróżniejszych kolorach i pozach. Niektóre ubrane i
umalowane, inne z siodłem . Był to pokaz wizji jakiegoś
artysty kowboja. Stąd się chyba wziął późniejszy pomysł z
figurami łosi w Toronto. Wędrując sam ulicami w centrum
miasta, zaszedłem na małą uliczkę gdzie na rogu stał stary
indianin. Twarz pomarszczona, orli nos, ubranie wytarte, jak
z obrazu. Indianin zagadał do mnie niespodziewanie. Chociaż
wyglądał na biednego i bardzo starego, w oczach miał blask i
siłę. Nie prosił o pieniądze jak sie to zdarza na ulicach
Toronto. Mówił prawie pół godziny i to był niezły szok.
Czemu zaczepił właśnie mnie? Nie wiem. Co mówił ? Nie mogę
powiedziec. Ale było to niezapomniane przeżycie. Powrót do
Toronto minął bez przeszkód jeśli nie liczyć jeszcze jednej
przedziwnej przygody...a właściwie dwóch.
Jazda przez prerie minęła szybko i znowu wjechałem w
Ontario. Tu droga często wije się pomiędzy górami. Jechałem
szybko. Za szybko. Na jednym z zakrętów minął mnie jadący z
naprzeciwka radiowóz. Nie miałem szansy go wcześniej
zobaczyć. To nie prerie. Na liczniku miałem ok 130 km/godz.
Szosa była tu wąska, kręta i wród skał. Radiowóz nie miał
gdzie zawrócić. Moją szansą była jakaś boczna droga w którą
mógłbym skręcić i się schować. Niestety takiej drogi nie
było i wkrótce zobaczyłem w lusterku błyskające światła.
Stanąłem. Policjant podszedł, zapytał skąd i dokąd jadę,
popatrzył na mnie i... dał mi ostrzeżenie zamiast mandatu.
Jadę dalej, do domu jeszcze ok. 1500 km.
Prawie 100 km przed Thunder Bay stała sie jedna z
dziwniejszych przygód. Jakie zwierzę można spotkać na drodze
na północy Ontario? Łosia, wilka, niedźwiedzia, jelenia ? To
nie było żadne z tych zwierząt gdy wyjeżdżając ostro z
zakrętu wśród skał musiałem ostro hamować by nie wpaść na to
co stało na drodze. W pierwszej chwili myslałem, że mam
omamy, w drugiej złapałem aparat fotograficzny i wysiadłem
zrobić zdjęcia. Na środku drogi, przed samochodem stały dwa
ogromne strusie. Tak strusie. Gdy w Thunder Bay zadzwoniłem
do firmy i powiedziałem co sie wydarzyło, szef kazał mi
natychmiast odstawić narkotyki i pójść spać do hotelu. To
jednak nie była halucynacja. Okazało się, że w okolicy
Thunder Bay jest farma, na której hodują te wielkie ptaki i
dwa z nich po prostu
uciekły. Następnego dnia ruszyłem w dalszą drogę. Nie
musiałem sie spieszyć. Niedaleko Thunder Bay mignęła mi
tablica z informacją o kopalni ametystu. To mój kamień.
Niewiele myśląc skręciłem. To było ok. 20 km szutrową drogą.
W pewnym momencie zobaczyłem tablicę z napisem, że od tego
miejsca nie można się zatrzymywać i zbierać kamieni.
Oczywiście zaraz się zatrzymałem i znalazłem najpiękniejszy
kamień w mojej kolekcji. Długo później leżał przy stawie w
moim ogrodzie. Jako jedyna rzecz został podzielony,
rozłupany na pół gdy rozchodziłem się z dziewczyną. Na
zdjęciu jest właśnie jego połowa. Był zmierzch gdy
dojeżdżałem do Sault Ste. Marie. Znowu zatrzymała mnie
policja. Przemiła policjantka zapytała gdzie jadę i gdy
usłyszała, że do Toronto, radziła zostać na noc w Sault Ste.
Marie ze względu na niebezpieczeństwo łosi na drodze.
Mandatu znowu nie było. Ale to już było tylko 700 km do domu
a tam czekała stęskniona dziewczyna, wiec nie posłuchałem
rady. Za Sault Ste. Marie była już noc i zaczęło lać.
Ustawiłem sie moją osobową Toyotą Camry w konwoju ciężarówek
z USA jako trzeci. Początkowo wielka ciężarówka jadąca za
mną próbowała najeżdżać blisko na mój zderzak by mnie
wygonić z konwoju ale nie zrezygnowałem. Te dwie wielkie
maszyny z przodu to było najlepsze zabezpieczenie przed
łosiami czy jeleniami. Gnaliśmy tak przez noc 120 km/godz. z
widocznością prawie zerową od pyłu wodnego wzbijanego przez
cieżarówki. Po prawie dwustu kilometrach takiej zwariowanej
jazdy cieżarówki zwolniły i zjechały na parking przy małej
restauracji, nawet nie wiem gdzie. Zjechałem też. Nie miałem
zamiaru zrezygnować z ochrony jaką mi dawały. Gdy wszedłem
do środka wielki facet z brodą podszedł do mnie z kubkiem
gorącej kawy i podal mi do wypicia. To był jeden z
amerykańskich kierowców za którymi jechałem. Powiedział:
trzymaj jak do tej pory, nie martw sie o łosie czy jelenie,
doprowadzimy Cię bezpiecznie do Sudbury. Ci
kierowcy zauważyli co robie i
pomogali mi. I niech ktoś narzeka na ciężarówki. To
wspaniali ludzie. Do Toronto dojechałem nad ranem. Teraz
kilka dni odpoczynku zanim ruszymy znowu, tym razem na
Wschód, gdzie Halifax i Prince Edward Island i Atlantyk...
Pamięć bywa
zawodna. Kiedy napisałem w ostatnim odcinku, że nastepna
wyprawa byla na wschód, myliłem się. To nastąpiło dopiero w
listopadzie. Lato zeszło mi na innych projektach. Instalacja
samych podstacji opóźniała się i na Wschód wyruszyliśmy
dopiero późną jesienią. W miedzyczasie miałem jeszcze dwa
krótkie wyjazdy na Zachód by usunąć pewne usterki systemu.
Jeden z nich to wyjazd do Saskatoon. Otrzymaliśmy wiadomość,
że w podstacji w Saskatoon zablokowały sie drzwi do
wszystkich unitów. Elektrykom 360 NETWORK, głównego
inwestora , udało się otworzyć drzwi do pomieszczenia
technicznego ale mimo trzech dni poszukiwań nie udało im sie
znaleść przyczyny zablokowania pozostałych sześciu drzwi.
Znowu na szali stała wiarygodność kompani. Problem był
jeszcze taki, kto odpowiadał za awarie czyli prosto mówiąc
na czyj koszt odbędzie się naprawa. 360 NETWORK, kompania z
bilionowym budżetem dbała o swoje pieniądze. Jeśli przyczyną
była awaria naszego systemu, trzeba bedzie ponieść tego
koszt. No ale to była sprawa mojego szefa i ich. Ja miałem
pojechać i usunąć problem. Miałem już wtedy opinie w obu
firmach dobrego „trubleshooter” i „mission imposible man” po
ostatnim wyczynie i wariackiej jeździe przez kontynent. Plan
był taki, że leciałem samolotem do Winnipeg, tam miałem
spotkać przedstawiciela 360 NETWORK, głównego managera
kontroli jakości i razem z nim pojechać samochodem firmy do
Saskatoon. Dystans prawie 800 km przez prerie to niewiele.
Powód był taki, że po drodze mieliśmy sprawdzić jeszcze
kilka podstacji co do których firma miała pewne wątpliwości.
Lot do Winnipeg rejsowym samolotem minął szybko. Na lotnisku
czekał na mnie Barry Trump, manager kontroli jakości. Mimo
wysokiego stanowiska w ogromnej firmie, Barry okazał sie
typem trapera i człowieka który potrafi sobie radzić.
Przyjechał po mnie ogromnym nowym firmowym pick-up truck,
czyli półcieżarówką. Barry mieszkał na stałe w Manitoba i
jego rodzina od kilku pokoleń miała wieką farmę na
rozległych preriach Manitoby. Od niego dowiedziałem sie
trochę o stylu życia na kandyjskich preriach. Jedną z
ciekawostek była masa półcieżarówek jakie można tam
zauważyć. Jasne że są to najwygodniejsze samochody w
gospodarstwie rolnym, ale okazuje się, że tam na preriach
żadna dziewczyna nie spojrzy nawet na chłopaka, który nie ma
„pick-up truck”. Tak, tak, nie Ferrari czy Mercedes ale
właśnie pick-up stanowi tam o pozycji. Ruszyliśmy z Barrym w
drogę. Okazał sie przesympatycznem kompanem i wiele mi
opowiadał o życiu na preriach. Kolejne podstacje, które
mijaliśmy okazały sie sprawne i błąd wynikał z niewłaściwego
operowania systemem. Jak na razie nasza firma zdawała
egzamin na piątkę, a raczej szóstkę według kanadyjskiego
systemu. Mieliśmy też ciekawą przygodę. Już po wjechaniu na
drogę nr 16 za Portage La Prairie znaleźliśmy się w zasięgu
burzy. Na rozległej jak okiem sięgnąć przestrzeni przewalały
sie i kotłowały potężne zwały chmur. W radiu podawano
ostrzeżenie o tornado. W pewnym momencie Barry powiedział
bym spojrzał do tyłu. Obejrzałem się i nagle poczułem jak na
filmie. Dwa potężne tornada dotykające ziemi, czarne i
wijące swoimi trąbami jak wściekające się słonie gnały w
naszym kierunku. Bardziej ciekawy niż przestraszony,
spojżałem na Barry’ego który prowadził samochód. Nie robiło
to na nim wrażenia. Przyspieszył tylko i gnaliśmy ok. 140
km/godz. Tornada poszły w pewnym momencie w bok od szosy i
znikły za horyzontem. Za to pokaz burzowych chmur trwał
nadal. Wgląda to zupełnie inaczej niż gdzie indziej bo na
płaskiej przestrzeni widoczność jest niczym nieograniczona..
W Saskatoon byliśmy już ok 15:00. Przed podstacją stała
ciężarówka elektryków ale ich samych nie było. Barry zaczął
ich poszukiwać przez swoją komórkę. Weszliśmy
do otwartego unitu technicznego. Miałem pewną ideę co
mogło sie wydarzyć. W końcu zakładałem tu każdy z kilkuset
kabli tworzących system. A poza tym znowu przydało się
doświadczenie z transformatorami zasilającymi niskie
napięcie z mojej pracy w szpitalu. Znałem transformatory
które użyła 360 NETWORK do zasilania i wiedziałem co się w
nich zdarzało. Miały one ukryty bezpiecznik. Kto o tym nie
wiedział mógł spędzić dni na poszukiwaniu, bo bezpiecznik
wyglądał jak opornik i znajdował sie na płytce z obwodem
drukowanym. Gdy bezpiecznk „siadał” transformator dalej
działał i dawał napięcie ale już nie miał potrzebngo
natęrzenia prądu czyli jego moc spadała drastycznie. W tym
przypadku ten transformator zasilał elektromagnetyczne zamki
w unitach i gdy bezpiecznik „siadł” nie miał siły by to
wykonać. Wszysto to zajęło mi niewiele ponad 5 minut.
Transformator był częścią systemu 360 NETWORK, wiec moja
firma nie ponosiła winy. Moja legenda rosła. Barry wykonał
kilka telefonów. Już nie ważne było czyja wina , że system
nie pracował, ważne było że znowu działa. Jeszcze tego
popołudnia czekał na mnie samolot”Beechcraft”,
zaczarterowany specjalnie dla mnie do Winnipeg gdzie miałem
się przesiąść na rejsowy do Toronto. Beechcraft jest
dwunastomiejscowym dwusilnikowym samolotem śmigłowym. Na
pokładzie byłem sam, oprócz oczywiście pilotów. Drzwi do
cokpitu były otwarte, więc mogłem podziwiać widok z przodu.
A było co podziwiać. Burza przed którą uciekaliśmy w
Manitoba, doszła do Saskatoon. Potężne zwały chmur kłębiły
się przed dziobem samolotu. Ruszyliśmy po rozbiegu pasa
startowego. Nagle na niebie ukazała się tęcza. Ale tęcza
jakiej jeszcze nigdy nie widziałem. Tworzyła pełne koło, a
nie półkole jak to zwykle bywa. Startujący samolot leciał
prosto w jej środek. Wrażenie niezapomniane. Szybko
znależliśmy sie ponad chmurami burzy . Jeszcze tylko
lądowanie w Regina gdzie coś tzreba było dostarczyć. Postój
miał trwać ok 20 minut, więc wyszedłem do portu lotniczego.
To nie był dobry pomysł. Wracając do samolotu musiałem pójść
na górne piętro gdzie była kontrola security. Przy pasku
miałem jak zwykle nóż. Oczywiście kontrola zalazła go
natychmiast, ale ku memu zaskoczeniu, kolejny już raz
przepuszczono mnie oddając mi nóż bym go sobie z powrotem
założył na pasek. Nie rozstaję się z nim nigdy. Służy i jako
nażędzie i do patroszenia zwierzyny i do szykowania
jedzenia. Do tego stopnia jest przy mnie, że wogóle nie
myślę ze go mam. Teraz prawdopodobnie nikt już by mnie z tym
nożem nie przepuścił, ale to się działo jeszcze przed
pamiętnym 11 września. Wystartowaliśmy bez kłopotów. Potem
przesiadka w Winnipeg i byłem w domu przed północą. Czasem
nie chce się wierzyć jak bardzo odległości nie mają
znaczenia. Gdy byłem jeszcze w obozie w Niemczech, wielu
Polaków zostawało w Europie ze względu na bliskość do
Polski. Ja pytałem wtedy: jak długo będziesz jechał ze
Sztutgardu do Warszawy? 9 – 10 godzin? Ja z Toronto w
Kanadzie tylko osiem...
Po ostatniej
podróży na zachód pojechaliśmy z Walerym jeszcze raz na
wschód. Podstacje sie powiekszyły o kolejne unity,
aż do Villeroy niedaleko Quebeck City. Opisywałem już
tę trasę wiec nie będę do tego wracał. Było to na przełomie
kwietnia i maja 2000. Lato mijało bez wiekszych wypraw i
dopiero na początku września wydarzyło się coś znowu. Awaria
systemu na podstacji w Cazalet. Cazalet to mała wioska w
Saskatchewan, niedaleko granicy z Albertą. Tak mała, że nie
ma jej nawet na mapie. Plan był taki, że polecę do Calgary
samolotem rejsowym, tam wynajmę samochód i pojadę ok 550 km
do podstacji, naprawie ją i wrócę z powrotem samolotem z
Calgary. Było to tuż przed Labour Day na początku września.
Wylatywałem w piątek, powrót samolotu miałem we wtorek, po
„long weekendzie”. Zakładaliśmy, że trzy dni powinno na tę
naprawę wystarczyć. Myliliśmy się. Lot do Calgary minął bez
przeszkód. Gdy wylądowałem było jeszcze rano. Samochód
odebrałem z wypożyczalni AVIS. Był to nowy Intrepid.
Zapakowałem bagaż i ruszyłem by najpierw zarezerwować hotel.
Było już za późno na jazdę do Cazalet. Połaziłem trochę po
mieście, wróciłem do hotelu i poszedłem dość wcześnie spać.
Już o czwartej rano byłem na nogach i niedługo potem w
drodze. Świetnie się jeździ po preriach. Zwłaszcza
samochodem, który w miare nabierania prędkości coraz lepiej
trzyma się szosy a taki jest właśnie Intrepid. Karoseria
wymoldelowana jak kropla wody powodowała, że auto przy dużej
prędkości (nie powiem jakiej bo to już kryminał) trzyma się
drogi jak przylepione. Gdy wjechałem do Saskatchewan zaczęła
się ulewa i tak już trwało do samego Cazalet. Na podstacji
problem okazał się niewielki. Usunąłem go w dwadzieścia
minut. Niestety dotyczył zewnętrznego zamka i większość
czasu musiałem spędzić na zewnątrz w ulewnym deszczu.
Przemokłem tak, że nie było na mnie suchego miejsca. Nie
było ciepło. Mimo, że ciągle lato, temperatura spadła do 11
stopni C. Zmieniłem bieliznę spodnie i koszulę. Nie miałem
kurtki, nie myślałem że będzie mi potrzebna. Dopiero
wracając do Calgary kupiłem ją sobie i okazało sie, że
dobrze zrobiłem. W Calgary byłem późnym popołudniem w
sobotę. Bilet na samolot był dopiero na wtorek rano i nie
dało się tego zmienić. Musiałem weekend spędzić w Calgary.
Przyjaciela, który tam mieszka nie było. Pojechał z dziećmi
w góry. W hotelu na stoliku leżały różne broszury
reklamujące warte zobaczenia miejsca. Jedna z nich
reklamowała „Rafter Six Ranch”. Miejsce u podnóża Gór
Skalistych, ok 90 km od Calgary. Rancho na którym według
broszury kręcono większość westernów, nawet tych z Johnem
Wyanem. 90 km to niewiele. Postanowiłem tam pojechać
następnego dnia. Teraz był już wieczór i musiałem
koniecznie, ale to KONIECZNIE odwiedzić pewien bar, który
znałem z porzedniego pobytu. Jest to prawdziwy kowbojski
saloon. Za barem stoi prawdziwy cowboy, mocno utykający bo
złamał biodro na rodeo. Ale nie on był najważnieszy tylko
śliczne kowbojki kelnerki w czarnych kapeluszch, kamizelkach
i bardzo krótkich spódniczkach. Niestety nie był to
czwartek, kiedy serwują tam żeberka w wiaderkach za jedyne $
4.50. Wiaderka są spore, żeberka a właściwie żebra są wołowe
i wielkie i pyszne. No, ale jedzenie to nie wszystko. Widok
kowbojek i piwo wynagradzało wszystko. Do tego stopnia, że
nawet wziąłem się za naukę „squer dance”. I było warto. Rano
jak nigdy wstałem późno. Chyba była już 1100. Przypomniałem
sobie o Wyprawie do Six Raft Ranch .Była niedziela, piękne
słońce i jazda była prawdziwą przyjemnością, zwłaszcza, gdy
na horyzoncie ukazały sie majestatyczne Góry Skaliste. Ze
znalezieniem tego miejsca nie było kłopotu. Tablica przy
zjeździe z autostrady, potem wąska asfaltowa droga, potem
szuter i wreszcie wjazd na rancho, tak znaną z filmów bramą.
Warto było tu przyjechać. Majestatyczne góry, rzeka płynąca
głęboko w dole, corral ze stadem mustangów.
Wszedłem do środka, okazało się, że mimo odbywającego
sie właśnie dzisiaj ślubu i wesela mają jeszcze jeden wolny
pokój. Cena jak w hotelu w Calgary, wiec się nawet nie
zastanawiałem. Co za róznica dla firmy, gdzie mieszkam tak
długo jak nie kosztuje to wiele więcej. Jeszcze tylko
zapisałem się na następny dzień na jazdę konną przez góry.
40 dolarów za trzy godziny jazdy to niezła cena. Było już
późne popołudnie wiec poszedłem na obiad. Nie mogłem się
powstrzymać by nie zamówić steku z bizona. Był super. Co się
działo później ? W następnym numerze...
Six Raft Ranch.
Miejsce u podnóża Gór Skalistych. Po zjedzeniu wspaniałego
steku z bizona i wypiciu dobrego piwa poszedłem się
rozpakować, a potem na małą włóczęgę po okolicy. Góry z tej
strony są chyba piękniejsze niż od srony Vancouver i ich
skaliste ostre szczyty dobrze prezentują ich nazwę. Idąc sam
przez rozległą przestrzeń, z dala od cywilizacji
zastanawiałem się czy potrafiłbym tu mieszkać i żyć.
Doszedłem do wniosku, że chyba nie. Komputery, samochody,
kina, ludzie, wystawy, nowoczesność. Weszło to we mnie i
pozostawienie tego na dłużej nie wydawało mi się możliwe.
Robił się wieczór, wróciłem do rancha. W restauracji
odbywało sie przyjęcie weselne. Zaproszono i mnie i dwie
dziewczyny, Japonki, które zwiedzały Kanadę. Stałem z nimi
przy automacie telefonicznym, próbując wyjaśnić zasadę
działania „call colect” o co pytały. Nie było to łatwe, bo
ich znajomość angielskiego była prawie żadna, gdy podszedł
do mnie starszy pan, jak sie okazało ojciec panny młodej i
zaprosił nas. Siadłem z Japonkami przy jednym stoliku. Był
to miły wieczór. Okazało się, że goście weselni są z całej
Ameryki Północnej. Panna młoda, typowa Amerykanka z blond
włosami, pan młody, wysoki Chinczyk. Stanowili dość
nietypową parę ale widać było, że się na prawdę kochają. Z
Japonkami udało mi sie porozumieć na tyle, że wiedziałem już
skąd się tutaj wzięły i co robią w domu. Były to studentki,
które zgubiły swoją wycieczkę, a raczej spóźniły się na nią
i teraz próbowały ją dogonić mając opisaną trasę, którędy
wycieczka podążała. Ciekawe czy im się uda. Zastawialiśmy
się nad tym razem przez reszte nocy. To był bardzo udany
wieczór wśród nigdy przedtem niewidzianych ludzi z całego
świata. Było naprawdę późno, gdy poszliśmy do pokoju. Budzik
nastawiłem na piątą trzydzieści rano. Uwielbiam wczesne
poranki, gdy dzień sie dopiero budzi a wszyscy jeszcze śpią.
Gdy wyszedłem z pokoju była 0600. Słońce już swieciło na
czystym niebie, rosa na trawie, spiewające ptaki, piekny
poranek. Gdytak szedłem w stronę wąwozu by popatrzeć na
burzącą się w dole rzekę, zauważyłem, że nie jestem sam. Od
strony drewnianej kaplicy, gdzie poprzedniego dnia odbywał
się ślub szła para młoda. Myślałem początkowo, że oni też
lubią wczesne poranki, ale okazało się, że nie. Oni
szukali... swojego certyfikatu ślubnego. Zgubili go. Pytali
mnie czy gdzieś nie widziałem. No tak, ładnie im się zaczyna
małżeństwo. Mam nadzieję, że znajdą. Para młoda znikła,
zostałem sam. Po powrocie znad rzeki usiadłem na długim
ganku i czekałem na otwarcie restauracji by zjeść śniadanie.
Nie wiem, co sie stało przez noc, ale tym razem cywilizacja
już nie była dla mnie tak ważna. Włściwie przestała być
ważna wogóle. Już mogłem tu pozostać. Juz nie był mi
potrzebny telewizor, komputer, samochód, telefon. Czy to
zrobiły góry, czy powietrze, czy sceneria, czy noc, nie
wiem. Wiem, że mogłem tam być. Koło stajni zaczął się ruch.
O 0900 mieliśmy wszyscy jechać na dwugodzinną konną
przejażdżkę. W Polsce dużo jeździłem konno, tu w Kanadzie
wstyd powiedzieć, tylko parę razy i to kilka lat temu. Ale
tego się nie zapomina. Jak jazdy na rowerze. Naszymi
przwodnikami był młody kowboy i śliczna dziewczyna. On
ubrany typowo po kowbojsku, ze skórzanymi ochraniaczami na
spodniach, ona w długim płaszczu, kapeluszu i z długimi
blond włosami. Jeździła wspaniale. Juz na trasie często w
pełnym galopie trawersowała kamieniste zbocza jakby to był
maneż. Jej włosy rozwiane na wietrze w pędzie i rozchylone
poły płaszcza stanowiły widok, który pamietam wyraźnie do
dziś. Jej partner też trzymał sie w siodle jak by się tam
urodził i chyba tak właśnie było. Potem dowiedziałem się, że
jest on całkiem sławny w zachodnich prowincjach z powodu
swoich konnych wyczynów. M.in. wjechał konno po schodach na
wiele wysokich budowli, jak np.wieża widokowa w Calgary.
Miał w planach wjechać też na wieżę torontońską, ale nie
dostał jeszcze pozwolenia.
Dreszczu naszej wyprawie dodawała też świadomość, że
dosłownie trzy tygodnie wcześniej, kilka kilometrów od Six
Raft Ranch niedźwiedź grizly zaatakował dwóch studentów na
wycieczce i zabił jednego z nich. To ta sama okolica, w
której obecnie dwa tygodnie temu rownież zdażył się podobny
wypadek, w którym zginęła dziewczyna z Quebeck. Niedzwiedzie
muszą tu wyraźnie nie lubić rodzaju ludzkiego. Nam się
jednak udało i wróciliśmy do rancha bez przeszkód. Moje
Japonki wyjechały już wcześniej, dalej ścigając swoją
wycieczke chociaż w nocy już nie były takie pewne czy chcą.
Ponieważ pokój miałem tylko na jedną noc (przyjeżdżali nowi
goście), musiałem tego samego dnia wrócić do Calgary. Życie
w mieście też ma swoje uroki i skorzystałem z nich
oczywiście. Pisałem już o wystawionych na ulicach miasta
surrealistycznych krowach od których później wziął się
pomysł łosi w Toronto. Odnalazłem ich zdjęcia. Szkoda , że
Dziennk nie jest w kolorze bo to też jest ważne gdy sie te
krowy ogląda. Wieczorem nie mogłem sobie podarować by nie
pójść do baru z kowbojkami, o którym pisałem wcześniej i
znowu było warto. Rano miałem samolot do Toronto. Cieżko
było wstać ale zdązyłem. Lot nad preriami jest nudny. O
wiele bardziej wole jechac przez nie samochodem. Z góry
widać tylko płasko i płasko i od czasu do czasu ogromne X
utworzone z najdłuższych i najlepszych chyba na świecie
polnych dróg, które ciągną się od horyzontu po horyzont. I
tak przez trzy godziny, zanim
rozpocznie się górzysty i bezludny, zalesiony
krajobraz Ontario, jezioro Superior, Georgian Bay i Toronto.
Krótka podróz, a tyle się działo...
Pod koniec
listopada 2000 roku przyszedł czas na trasę wschodnią. Do
tej pory dojechaliśmy tylko do Villeroy niedaleko Quebec
City. To znaczy w ramach pracy bo byłem już w Nowym
Brunswiku kilka razy przedtem. W miejscowości Campbellton
mieszkał mój przyjaciel, Andrzej Zielkie, którego
odwiedziłem tam parę razy z moją dziewczyną, tak więc
wschodnie prowincje nie były dla mnie całkiem obce. Andrzej
Zielke jest lekarzem z Polski, który postanowił
nostryfikować swój dyplom w Ameryce Północnej. Studiował w
Nowym Yorku, gdzie poznał dziewczynę, Renatę Jurczak.
Andrzeja poznałem w 1995 roku w Montrealu, gdzie przyjechał
na jakieś egzaminy czy coś w tym rodzaju a ja pojechałem tam
z jego siostra Elą. Rok póżniej Andrzej przeniósł się z
Nowego Yorku do Campbellton, New Brunswick, gdzie niedługo
później przyjechała z Polski jego dziewczyna Renata.
Odwiedziliśmy ich tam z Elą i do tej pory pamiętam górującą
nad miastem Sugar Loaf i najlepiej przyrządzonego łososia
jakiego kiedykolwiek wcześniej czy później jadłem
(przyrządził go Andrzej na BBQ, a był tak dobry, że zjadłem
go razem z głową) i drogę nr 132 wzdłuż rzeki Matapedia, od
St Lawrence River do granicy z New Brunswick, gdzie można
zobaczyć najpiękniejsze kolory jesieni. W roku 1997 Andrzej
i Renata brali ślub. Andrzeja rodzina, tzn. dwie siostry:
Ella i Renata mieszkały w Mississauga wiec ślub miał sie
odbyć w połowie drogi czyli w Quebec City. Renię, przyszłą
żonę Andrzeja poznalem w Toronto gdzie przyjechała na
uniwersytet. Zaprzyjaźniliśmy się i konsekwencje tego były
takie, że też musiałem pojechać na ślub. Renia stwierdziła,
że ponieważ będzie cała rodzina Andrzeja, a od niej nikt,
wiec mam być ja, jako jej świadek na ślubie albo ślubu nie
będzie. Do dziś pamiętam jak Andrzej, co chwilę dzwonił na
mój pager (pracowałem wtedy w szpitalu), by się upewnić, że
przyjadę. Nie bylo wyjścia, wziąłem urlop, wsiadłem w Jeepa
i pojechałem 800 km do Qubeck City. Był to początek kwietnia
1997 roku. W Quebec City leżały jeszcze zwały śniegu.
Tradycyjnie każdej zimy miasto to jest zasypane „po uszy”.
Miasto inne niż jakiekolwiek w Ameryce Północnej. Stare
miasto zbudowane jest na wysokiej górze wznoszącej się
majestatycznie nad St. Lawrence River. Największą, ponad
stuletnią budowlą, jak zamek jak z bajki, jest wznoszący się
ponad całym miastem Chateau Frontenac. Mieści się tam hotel
i kilka restauracji i eleganckie sklepy. W czwartki, w
jednej z restauracji jest zawsze bufet z najlepszym „seafood”
jakie jadłem kiedykolwiek. W tej właśnie restauracji odbyło
się weselne przyjęcie. Przedtem oczywiście był ślub i
zwiedzanie miasta. Pamiętam niezwykłe uczucie, gdy z wysoka
patrzyłem na St. Lawrence River, szeroką tutaj na ponad
kilometr i płynącą po niej krę lodową. To ta kra właśnie
sprawiła, że zacząłem wątpić powaznie w swoje poczucie
kierunku. Ona płynęła na zachód. Dlaczego? Przecież Atlantyk
znajduje się na wschód, a tam właśnie kończy swój bieg ta
potężna rzeka. Nie może więc ona płynąć na zachód. Co się
dzieje? I nagle olśnienie! To przypływ oceanu. Sięgający aż
tutaj spowodował zmianę prądu rzeki. Niezwykłe uczucie. Całe
Stare Miasto to jak przeniesione żywcem z Europy, choć
trochę bajkowe.
Mieszkańcy tego miasta są bardzo z niego dumni i bardzo
francuscy. Chyba nawet bardziej niż Francuzi. Prawie nie
słychać tam języka angielskiego i mało kto odpowie po
angielsku na pytanie. Z jednym wyjątkiem. Gdy zaznaczymy na
początku, że jesteśmy „Polonaise” ich podejście natychmiast
się zmienia na bardzo sympatyczne i nagle się okazuje, że
mówią po angielsku. Po prostu nas lubią. Warto więc gdy się
tam wybierzemy, mieć naklejkę z polskim symbolem, np. flagą,
by nie spotkało was to co się stało w wypożyczonym
mikrobusie którym przyjechała Ella. Ponieważ były na nim
tablice rejestracyjne z Ontario, więc ktoś bardzo francuski
i separatystyczny po prostu mu przykopał, wginając tylną
klapę. Mój samochód został na hotelowym parkingu, więc
pozostał cały, jak i samochody reszty gości. Pomijając
jednak tę jedną nieprzyjemną przygodę, cały wyjazd był
super, a wędrówka wieczorem po starym mieście
niezapomniana...
Pisałem
poprzednio o bardzo unikalnym mieście, jakim jest Quebec
City. Miasto to jest stolicą największej kanadyjskiej
prowincji – Quebec.Prowincja ta rozciąga się od granicy z
USA na południu, aż po Cieśninę Hudsona powyżej słynnej
Zatoki Hudsona na północy. Na wschodzie obejmuje całe ujście
rzeki Swiętego Wawrzyńca do Atlantyku, na zachodzie graniczy
z Ontario. Piekna prowincja z wieloma uroczymi wioskami,
bardzo francuska, chyba o wiele bardziej niż sama Francja.
Nawet znak drogowy STOP, który we Francji, jak wszedzie na
świecie ma napis STOP, w Quebec ma napisane ARRET. Całe
szczęście, że zachowany jest jego charakterystyczny,
sześciokątny kształt, bo można by mieć problem. Im bardziej
na wschód i z dala od miast tym mniej a właściwie wcale nie
słyszy się języka angielskiego. Za to w małych miasteczkach
na prowincji można dopiero posmakować prawdziwej francuskiej
kuchni w uroczych restauracyjkach. Charakterystyczne tez
jest, że wszystkie małe motele i tzw. „bed & breakfast” są
zawsze czyste i urządzone z dużym smakiem. Co ciekawe, w
Montrealu, który jest chyba najbardziej znany, jest naprawde
trudno znaleść prawdziwą francuską restauracje. Są wszystkie
kuchnie świata, jakie można sobie wyobrazić, łącznie z
polską, ale żeby znaleść francuską trzeba naprawdę znać
miasto. Byłem w Montrealu wiele razy, uwielbiam to miasto, a
zwłaszcza ulicę St. Denis i „starówkę”, miasto, które nigdy
nie śpi. No chyba, że miedzy 7 rano i 12 w południe, kiedy
ulice są jak wymarłe. Ale w nocy wszyscy są na ulicach i się
bawią. „Bed & breakfast” w Montrealu na St. Denis to
niezapomniane przeżycie. Schody wiodące prosto z ulicy na
drugie piętro, balkoniki, łóżka zasłane starą modą i
śniadanie rano z nieodłącznymi „crasant” świerzutkimi i
własnego wyrobu, z zastawą jak na dworze króla, i bardzo
francuską właścicielką. Otwarte okna, zieleń, kwiaty i śpiew
ptaków dopełniają niezapomnianych wrażeń. A gdy jeszcze
będziecie tam z dziewczyną to chowają sie wszystkie Riviery.
Naprawdę warto pojechać do prowincji Quebec. Zwłaszcza, gdy
juz się zmęczycie amerykanizmami. Przykraczając granicę
prowincji znajdujemy się nagle jak w obcym kraju, chociaż to
ciągle Kanada. Kiedyś, gdy słyszałem, że Quebecczycy
domagają się specjalnego statusu tzw. „distinct society”
buntowałem się, bo niby dlaczego mieli by być lepsi od
innych. Teraz zmieniłem zdanie. Oni są unikalni. W 1995 roku
cała prowincja głosowała w referendum czy odłączyć sie od
Kanady. Ci co głosowali „tak” przegrali niecałym jednym
procentem. Całe szczęście. Kanada straciłaby najbardziej
unikalne miejsce w Ameryce Północnej. Od tamtej pory ucichły
emocje, ale Quebec pozostał taki jak był. Europejski,
francuski i niespotykany nigdzie indziej na świecie.
Półwysep Gaspe pomiędzy St. Lawrence River i granicą z New
Brunswick jest jednym z ciekawszych miejsc. W głebi znajdują
się piękne resorty w sercu dzikiej puszczy, wzdłóż St.
Lawrence River można nawet oglądać wpływające tam wieloryby.
Objechałem ten półwysep kiedyś z dziewczyną. Pogoda
była mglista i zimna, cały czas mrzyło i każde wyjście z
samochodu przenikało wilgocią ale było pięknie. Pamiętam też
wielkie zielone kamienie, tak zielone jak ciemna zieleń
letniej trawy, leżące na brzegach Atlantyku. Kamień taki a
właściwie głaz, przywiozłem
później do swojego ogrodu, w którym miałem kamień z
każdej prowincji umieszczony nad brzegiem małego stawu.
Wracając do Qubec City, pierwszym Europejczykiem, który
przybył w te okolice był francuski odkrywca Jacques Cartier,
który przebywał tam ok roku w 1535. Nadał wtedy każdemu
charakterystycznemu geograficznemu punktowi w okolicy
francuską nazwę i poustawiał krzyże zajmując tę ziemię w
imieniu króla francuskiego. Sześć lat później wrócił w to
miejsce i próbował założyć stałą bazę trochę dalej na
zachód. Nie udało mu się to i wściekły wrócił do Europy.
Dopiero w 1608 roku udało się Francji położyć podwaliny pod
dzisiejsze miasto, kiedy Samuel de Champlain, francuski
odkrywca,
przekonał miejscowe plemiona indiańskie do handlu futrami.
Niewielki odział żołnierzy francuskich został umieszczony na
Cape Diamond i tak powstała nowa kolonia francuska nazwana
Kebec od słowa w języku Indian Algonquin oznaczającego
zwężenie rzeki. Handel futrami stał się tak duży i znaczący,
że nowi osadnicy zaczęli napływać z Europy setkami,
eksploatując nową ziemię.
W roku 1629 Anglicy przejeli kontrolę nad Quebec City
ale kilka lat później, przeprosili Francję za to i podpisali
umowę zwracającą miasto Francji. Konflikt między Anglią i
Francją trwał jednak przez wiele następnych lat. W 1759 roku
Brytyjczycy wygrali bitwę na Plains of Abraham i zajęli
miasto. Angielskie władanie nad Kanadą zostało
usankcjonowane w 1763 roku Układem Paryskim. Francja wybrała
Guadaloupe, karaibską wyspe, oddając w zamian Kanadę Angli.
Większość mieszkańców Quebec do tej pory nie pogodziła się z
tym i dążenia do niezalżności od Korony Angielskiej są
ciągle żywe. Często twierdzimy, że ziemia amerykańska nie ma
histori. Ma i to dużą, długą i bogatą, trzeba ją tylko
chcieć poznać.
Sporo miejsca
poświęciłem ostatnio prowincji Quebec i miastu Quebec City,
ale to ziemia i
miejsce gdzie powstała Kanada. Złączona najpierw z dwóch
prowincji – Upper Kanada ( dzisiejsze Ontario) i Lower
Kanada (Quebec) Kanada rozrosła się i jest obecnie
największym powierzchniowo krajem na świecie.
Wracając
jednak do mojej podróży w ramach instalacji systemów
światłowodowych dotarliśmy na wschód do St. Foy, miasta a
właściwie dzielnicy Quebec City. Był 22 listopad 2000 roku.
Następnego dnia odebrałem z Fedex dodatkowe wyposażenie i po
zakończonej instalacji ruszyłem z Walerym, moim programistą
w dalszą drogę na wschód. Jadąc południową stroną St
Lawrence River dotarliśmy do miejscowości Montemagny. Było
juz późno, ok 2100 i czas na znalezienie hotelu. Cały
kolejny dzień to instalacja w Montemagny a potem droga do
Rivere de Lupe. Nie było tam naszej podstacji
światłowodowej, ale w St. Andre kilkanaście kilometrów
wcześniej gdzie powinniśmy się zatrzymać nie było hotelu.
Koniec listopada w Quebec to juz właściwie zima. Zadymki
śnieżne, mróz, gołoledź to to co nam towarzyszyło od paru
dni. Następnego dnia pobudka o 0600 i o 0800 byliśmy już w
St. Andre na instalacji. Ciągnięcie przewodów, montowanie
komputerowego „hardware”, instalacja przekaźników i zamków
elektronicznych stało sie już dla mnie taką rutyną, że każdy
problem był właściwie witany z przyjemnością. Tu jednak
poszło wszystko dobrze i o 1500 byliśmy już w drodze do
Riviere Bleue na połódniowy wschód od drogi nr 20 i St.
Lawrence River. Podstacja w Riviere Bleue nie była gotowa.
Przd nami jechał zespół elektryków z Alberty. Bez ich
instalacji nie mogliśmy robić naszej. To był pierwszy
„zgrzyt” w organizacji. Po komunikacji z firmą ruszyliśmy
dalej, przekraczając granicę do New Brunswick dojechaliśmy
do następnej podstacji w Edmundston. Była już godzina 2200
więc pozostał już tylko hotel i spać.
Prowincja New
Brunswick oryginalnie zamieszkana była przez Indian Maliseet
(Malecite) i Mi’Mack (Micmac), którzy przez wieki na tych
ziemiach polowali, łowili ryby, siali kukurydzę i squash
wzdłóż brzegów rzek. Europejczycy znali te tereny już
od 1400 roku kiedy to rybacy Basque zapuszczali sie
aż tutaj na połowy. Jacques Cartier, francuski odkrywca
przybył tutaj w 1534 roku, a w roku 1604 Indianie Micmac
powitali słynnego Champlain i jego towarzyszy, gdy
wylądowali na atlantyckim wybrzerzu obecnego New Brunswick.
Francuscy osadnicy, którzy nidługo potem zaludnili te tereny
znani są pod nazwą Acadians. Francja i Anglia spierała się o
kontrolę nad tym terenem przez ponad 100 lat. Ziemia ta
przechodzila z rąk do rąk aż do Ukaładu z Ultrechtu w 1713
roku, kiedy New Brunswick został uznany częścią francuskiej
prowincji Acadia. W 1755 roku Brytyjczycy pokonali Francuzką
armię i znowu przejęli kontrolę nad tym terenem. W tym samym
roku Brytyjczycy wysiedlili Acadians Nowej Szkocji i 500 z
nich osiedlilo sie w New Brunswick i ich potomkowie
mieszkają tam do dzisiaj. W roku 1762 osadnicy brytyjscy
przybyli do St. John. W 1783 w rezultacie wojny wyzwoleńczej
w USA do Nowej Szkocji przybyly tysiące wiernych koronie
Brytyjskich osadników. Oni to stwożyli podwaliny
społeczeństwa na tych terenach. W 1784 roku New Brunswick
odzielil się od Nowej Szkocji a w 1867 razem z Nową Szkocją
przyłączył sie do Kanady.
New Brunswick
po Quebec jest prowincja z najwieksza ilością Frankofonów
(35% ludności). Po za tym mieszkają tam potomkowie
Brytyjczyków, Szkotów, Skandynawów, Niemców i Azjatów.
Mieszka tam równiesz ok 12000 oryginalnych mieszkańców,
Indian Micmac i Malecite. Tereny prowincji są bardzo podobne
do naszych polskich Bieszczad, oczywiście w dużo wiekszym
wydaniu. Zalesione łagodne wzgórza i doliny nasuwają
nieodparcie te skojarzenia. Również wąskie kręte drogi w
sercu prowincji powadują, że czujemy się tam trochę jak w
polskich Bieszczadach.
26 Listopad
2000 roku. Jesteśmy z Valerym w Edmundston, New Brunswick.
Wstajemy jak zwykle wcześnie, 0600. Organizacja, plan dnia,
śniadanie. Zajmuje to zawsze ok. godziny.
Potem pakowanie. Idzie nam to dzisiaj powoli. Dopiero
0830 jesteśmy w drodze z powrotem do Blue River, a właściwie
to Riviere-Bleue, bo to w Quebec i tylko pod taką nazwą
mozna tę wioskę znaleść na mapie. Okazuje się, że tym razem
elektrycy skończyli robotę i możemy zakładać nasze systemy.
Ponieważ poprzedniego dnia zrobiliśmy sporo, więc dzisiaj
zajmuje nam to tylko 5 godzin i już jesteśmy w drodze. Znowu
do Edmundston, skąd wyjechaliśmy rano. Wygląda na to, że
prowincję New Brunswick poznamy bardzo dokładnie. W
Edmundston po raz pierwszy spotykamy zespół elektryków z
Fort McMurray w Albercie. Właściwie jeden jest z Fort
McMurray, drugi z Halifaxu. Niestety nie pamietam jak sie
nazywali. Twarde chłopaki. Przejechali tak jak ja z Walerym,
cały szlak w poprzek Kanady. Ten Halifaxu mial powód by się
spieszyć. Wracał do domu do młodej żony. No, ale zajmie to
jeszcze kilka dni. Nie skończylismy instalacji w Edmundston.
Nie wiem, dlaczego, mam tylko suche zapiski z tamtego czasu,
a w nich, że byliśmy na tej podstacji od 1530 do 1930.
Prawdopodobnie było to związane z instalacjami drugiego
zespołu. Kiedy patrzę teraz na te notatki widzę, że
następnego dnia spędzamy czas od 0800 do 1500 na podstacji w
Edmundston a potem jedziemy znowu do tej Quebeckiej wioski
Riviere-Bleue i spędzamy tam czas od 1630 do 2200.
Najwyraźniej coś tam sie dzialo nie tak, a ja zupelnie nie
pamietam co. Z Riviere-Bleue jedziemy 140 km do Grand Falls.
To jeszcze za Edmundston ale nie mamy wyjścia. Tam jest
najbliższy wolny motel. Jest noc, sypie śnieg, droga pokryta
białym nalotem, miejscami ślisko jak na lodowisku. Nie wiem
jak udało mi się przejechać ten dystans w niecałe półtorej
godziny, ale znowu tak wynika z raportu a wiem, że czas
podawałem bardzo dokładnie. Jest już 28 listopad. Tym razem
wstajemy jeszcze wczesniej: 0500 i godzinę później jesteśmy
już w drodze. Gdzie? Oczywiście do Riviere Bleue w Quebecc.
Naprawde nie pamietam, co to było, że tyle razy tam
wracaliśmy. Przysięgam, że żadne dziewczyny nie mialy z tym
nic wspólnego. Byliśmy tam od 0630 do1100. Nigdy na żadnej
podstacji nie spędziliśmy tyle czasu i tyle dni. Przez te
minione lata straciłem kontakt z Walerym, już nie mówiąc o
zespole z Fort McMurray i chyba już nigdy nie będę wiedział,
czemu przez kilka dni wracaliśmy jak bumerang do małej
Quebeckiej wioski zasypanej wczesnym listopadowym śniegiem.
Gdy skończyliśmy o 1100 mieliśmy przed sobą prawie 300 km do
serca New Brunswick, Napadogan. No, może to za dużo
powiedziane, bo ani to środek prowincji, ani miasto, tylko
kolejna wiocha wśród lasów, gdzie prowadzi jedna wąska
droga, po której jeżdżą wielkie ciężarówki załadowane
drewnem. Do tego na drodze ubity śnieg, ślisko, mokro i
nieprzyjemnie. Prowincja New Brunswick zawsze będzie mi się
kojarzyła z tymi wąskimi drogami, lasami i małymi
miasteczkami i wioskami. Jechałem szybko. Za szybko jak na
te warunki i widziałem jak Walery zamykał oczy gdy z
szybkością ponad 120 km/godz mijałem wyładowane drewnem
wielkie ciężarówki, dotykając prawymi kołami pobocza i
próbując utrzymać samochód na szosie i w prostej linii.
Napęd na cztery koła to jednak wspanialy wynalazek. Tym
razem elektrycy z Fort McMurray postarali się i na tej
podstacji nie mieliśmy problemów. Juz o godz 1730 byliśmy w
drodze do następnej podstacji w Chipman gdzie po uporaniu
się z niewielkimi usterkami i oczywiście instalcją systemu,
o godz. 2230 byliśmy w drodze do Moncton. Dotarliśmy tam
równo o północy. Nie ma nic lepszego jak dobry, czysty hotel
po dłuuuuugim dniu.
Moncton to
spore miasto, jak na warunki New Brunwick. Byłem w nim kilka
razy, w tym raz samolotem. Port lotniczy jest taki, że
polskie Okęcie z lat siedemdziesiątych było by metropolią.
Samo miasto bez specjalnych atrakcji. Mimo późnego przybycia
poprzedniego dnia, a właściwie nocy, wstaliśmy już o 0630.
Walery musiał zrobić downloading nowego oprogramowania dla
podstacji w Truro i w Halifaxie. Zajęło to czas od 0800 do
1100. Ja w tym czasie poszedłem sobie na miasto. Zjadłem
prawdziwe angielskie śniadanie (brrrrr, paskudztwo).
Niestety innego tam nie ma, a przynajmniej ja nie znalazłem.
Miasto nie robi specjalnego wrażenia, ale też nie jest
brzydkie. Co może być znaczące to to, że chodziłem po nim
przez 3 godz. i niewiele pamiętam, co oznacza, że niewiele
było do zapamiętania. No, ale i tak bywa. O 1100 mogliśmy
rozpocząć instalację na podstacji, a o 1430 już byliśmy w
drodze do Athol. To juz New Scotia, ostatnia prowincja,
dalej juz tylko Atlantyk i Europa. Tam instalacja zajęła nam
czas od 1600 do 2000 i dwie godziny później byliśmy już w
Truro i do hotelu.
Jest 30
listopad 2000 roku, godz 0600, Truro, Nova Scotia. Czas
znowu wyruszać w drogę. Przez następną godz. organizacja
dnia i pisanie raportu z dnia poprzedniego. O godz. 0700
jesteśmy już z Walerym na podstacji w Truro. Instalacja i
sprawdzanie systemów zajmuje nam czas do godz. 1100. Coraz
szybciej nam to idzie. W firmowym scenariuszu na ten
wschodni odcinek trasy od Toronto do Halifaxu mieliśmy
zaplanowane trzy tygodnie, tym czasem po dziewieciu dniach
już jesteśmy w Halifaxie. To znane miasto. W drugiej wojnie
światowej stąd szła pomoc dla Europy. Instalację na
podstacji kończymy o godz. 1600. Spotykamy też zespół
elektryków z Alberty. Jeden z nich przychodzi z żoną, która
tu mieszka. Nie wiem dlaczego ona tu w Halifaxie a on w Fort
McMurray w Albercie. Nie pytam. Wyglądają na szczęśliwych ze
spotkania i to bardzo. Tym bardziej, że jemu rozpoczyna się
urlop i zostaje tu 2 tygodnie. Idziemy wszyscy na obiad,
który funduje nasza firma. Żeby nie ci elektrycy nie
moglibyśmy skończyć naszej pracy. Po obiedzie żegnamy się i
obiecujemy spotkanie. Nigdy ich już nie widziałem. No cóż,
tak to bywa. W zanadrzu mam dla Walerego niespodziankę.
Rozmawiałem dzień wcześniej z właścicielem naszej firmy.
Zadowolony z tak szybkiego zakończenia (odpadają koszty
hoteli, wyżywienia, itp za prawie 11 dni więc to czysty
zzysk dla firmy) zafundował mi zgodę na dwa obiady z
największymi homarami jakie uda mi się znaleść. Najpierw
jednak postanowiłem się dostać tak blisko Atlantyku jak
tylko możliwe, by pomachać Europie. W tym celu
przejechaliśmy na drugą stronę zatoki do Dartmouth, gdzie
też zarezewowałem dla nas pokój w hotelu Comfort Inn. Nigdy
przedtem nie byłem w tych okolicach i kierowałem się
wyłącznie mapą, a z mapy wynikało, że wzdłóż północnego
brzegu zatoki prowadzi szosa, którą można dojechać do
oceanu. Ruszyliśmy więc by jeszcze za dnia popatrzeć na
Atlantyk. Niewiele z tego dnia zostało, gdy drogę
przegrodziła nam brama z napisem, że to teren wojskowy,
wstęp wzbroniony. Hm... dla Walerego był to koniec drogi,
ale nie dla mnie. Nie po to przejechałem taki szmat drogi by
nie zobaczyć Atlantyku. Przelazłem między dwoma skrzydłami
drucianej bramy i ruszyłem przez wydmy. Obiecałem, że
pomacham mamie to pomacham. Dotarłem do brzegu. Atlantyk
mnie zawiódł. Żadnych fal ani grzywaczy. Spokojne tafla wody
aż po horyzont. W dali na wyspie latarnia morska. Jej
światło przecina cyklicznie gęstniejący mrok. Pomachałem
mamie w dalekiej Polsce i wracam. Walery przestraszony
chodzi dookoła samochodu. Okazuje się, że to przez ten teren
wojskowy. W Rosji taki teren to tabu i Ziemia Zakazana, a on
jest w Kanadzie niecałe dwa lata. Był pewien, że mnie tam
zatrzymają i jeśli nie zastrzela to przynajmniej zaaresztują
a potem i jego też. Musze jednak przyznać, że mimo iz
zostawiłem mu kluczyki od auta nie odjechał, tylko czekał na
mnie w zapadającej ciemności i jestem pewien, że czekał by
tak nawet całą noc. Może Wlery był miejskim chłopakiem,
który nosa poza Moskwę w Rosji nie wystawił, ale odwagi mu
nie brakowało i jak się raz ustawił w jakimś kierunku to
niewiele mogło go zatrzymać. Wsiedliśmy do Forda Explorera i
ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze widziałem wioskę
rybacką i tam postanowiłem, że zjemy obiad i homary. Wioska
nazywała się Fishermens Cove i okazała sie skansenem ze
stylową restauracją. Weszliśmy tam, pytam o homary. Okazuje
się, że mają ale nie duże. W tym momencie kelnerka spojrzała
na ciemną już zatokę i mówi, że właśnie wracają kutry z
połowów i ona pośle tam chłopaka po homary dla nas.
Widzieliśmy przez okno restauracji jak przy oświetlonym
słabo pomoście zacumował kuter, jak wbiega na niego mały
chłopak i coś tłumaczy rybakowi, potem wraca z dużą klatką.
Te homary to były prawdziwe olbrzymy. Tak wielkiego jeszcze
nie jadłem. I świeższe też nie mogły już być, były prosto z
morza. Obiad kosztował nas ponad 200 dolarów, no ale cóz, to
problem naszego szefa, Wraya Gibsona, który obiecał pokryć
każdy rachunek. Księgowa nie mogła uwierzyć dopóki nie
pokazałem jej później zdjęć. Po obiedzie wróciliśmy do
Dartmouth do hotelu. Rano wyruszaliśmy w drogę powrotną.
Budzik
zadzwonił o 0500. O godz. 0600 byliśmy już w drodze.
Postanowiłem po drodze zajechać jeszcze na chwilę na Prince
Edward Island. Był tam przecież teraz most nad oceanem i nie
mogłem przepuścić takiej okazji by tego nie zobaczyć. Wyspa
Księcia Edwarda znana jest chyba przede wszyskim z książki
„Ania z Zielonego Wzgórza”. Ja jej co prawda nie czytałem,
ale wszystkie dziewczyny i kobiety, które znałem czytały.
Pogoda była paskudna. Śnieżyca, silny boczny wiatr, zaspy na
autostradzie i goły lod. Miejscami, gdzie zdążyły przejechać
solarki, roztopiona breja zalepiała bieżniki opon. W takiej
sytuacji szerokie opony terenowego samochodu nie są
najlepsze. Zwłaszcza, gdy jedzie się ponad 100 km/godz.
Miałem chwilę dużego strachu, gdy wyprzedzając wielką
cieżarówkę, poczułem jak koła tracą przyczepność i wiatr
znosi nas pod koła naczepy. Na szczeście w tym momencie
skończyła się solna breja, na śniegu koła dostały lepszą
przyczepność i wyciągnęły nas z biedy. W Truro śnieg się na
szęście skończył i mogłem przyspieszyć. Zaraz za granicą z
New Brunswick skręciłem na Melrose szosą nr 16. Mimo silnego
wiatru most nie był zamkniety, co sie podobno czesto zdarza,
bo silny huragan mógłby zdmuchnąc nawet wyładowaną
ciężarówke. Wjechaliśmy na most. To było imponujące
przeżycie. W dole fale oceanu, który tego dnia był bardzo
wzburzony stwarzały wrażenie nierealności. Zwłaszcza, gdy w
pewnym momencie nie widac było żadnego brzegu. Tylko ocean i
most. Niesamowite wrażenie. W dali zamajaczyła wreszcie
wyspa. Zaraz przy zjeździe z mostu, skansen. A w nim pomnik
Ani z Zielonego Wzgórza i oczywiście sklepiki z pamiątkami.
Kupiłem swojej dziewczynie piekne wydanie tej książki i
kilka innych pamiątek, Walery też coś wziął dla żony i
jedziemy w drogę powrotną. Nie mamy czasu na zwiedzenie
zaśnieżonej wyspy. Jedziemy tym razem prosto do Toronto a to
jeszcze szmat drogi, prawie 1600 km. Przy wjeździe z
powrotem na most niespodzianka. Trzeba zapłacić 32 dolary.
Nigdzie nie było napisane przy wjeździe na wyspę, że trzeba
będzie zapłacic by ją opuścić. No, ale nie ma wyjścia.
Chyba, że zostaniemy, co nie wchodzi w rachubę. O godz. 1930
docieramy do St.Foy w Quebec i spędzamy godzine na podstacji
uzupełniając oprogramowanie. Potem jeszcze pół godz. w
Villeroy (2130 do 2200) i godzinę później w Drummondville
(2300 do 2330). Prosto z Drummondville jedziemy 670 km do
Toronto i Mississauga. Jesteśmy tam o godz. 0700. To była
długa jazda, Wschód zakończony. Teraz czeka nas jeszcze
północne Ontario i Góry Skaliste i jeszcze raz prerie.
Przygoda trwa.
Cdn.
Marek
Mańkowski
|
|