|
.JPG)
Są dwie teorie
dotyczące pochodzenia nazwy rzeki, która przechodzi przez
samo centrum Calgary. Jedna twierdzi, że nazwana tak została
ponieważ na jej brzegach rosną krzaki z których Indianie
wyrabiali swoje łuki, druga, że jej forma podobna jest do
łuku. W tym drugim przypadku tych łuków (zakoli, meandrów)
jest tyle, że starczyło by ich dla kilku plemion Indian.
Rzeka zaczyna się 37 km na północny zachód od Lake Luise.
Jest tam lodowiec Bow, z którego topiący się lód spływa do
jeziora Bow i dalej tworzy się wspomniana rzeka. Nie wiem co
nazwano najpierw, rzekę, jezioro czy lodowiec, ale jeśli
lodowiec to obie teorie nazwy rzeki można wyrzucić do kosza,
chyba… To ten lodowiec wyrzeźbił przepiękną dolinę ( Bow
Valley) która ciągnie się od Banff do Calgary. Woda w tej
naszej rzece zimna przez cały rok jak lód (w lodowcu
przecież ma swój początek) i nawet 30-sto stopniowe upały
nie potrafią jej ogrzać. Zaczyna się jako górski potok,
płynie przez Lake Luise, Banff, przedgórze, dociera do
Calgary i dalej, już niekończącą się równiną, z brzegami
pokrytymi zieloną trawą. Staje się rzeką preriową, łączy się
z Saskatchewan River i dalej razem przez prawie 2 tysiące km
poprzez prerie Alberty, Saskatchewan i Manitoby kończą swój
bieg w jeziorze Winnipeg. Sama Bow River liczy 623 km. To
przez te łuki i zakola. Nawadnia miliony hektarów pól
uprawnych i daje przyjemność wędkarzom, wędrowcom,
campingowiczom. Można nią spływać na canoe, jak w dawnych
czasach, na tratwie, kajakiem. Ta rzeka jest jedną z
najbardziej atrakcyjnych dla elity wędkarzy, czyli tych,
którzy praktykują fly fishing (łowienie na muchę). Ryby,
które się tu łowi to głównie pstrągi w tym pstrąg brązowy,
dla którego ściągają tu „fly fishers” z całego świata.
Podobno ten słynny brązowy pstrąg dostał się do Bow River
przez przypadek, gdy w roku 1925 ciężarówka pełna tej ryby
zepsuła się na moście nad Carrot Creek i ryby wpadły do
potoku, a stamtąd do rzeki Bow. Tak więc teraz wędkarze z
całego świata płacą przewodnikom 500 – 600 dolarów dziennie
za przyjemność łowienia tej ryby, a my calgaryjczycy możemy
sobie to robić po wykupieniu licencji na cały rok za 30
dolarów. Oczywiście do tego potrzebna jest specjalna
kompozytowa wędka, linka, żyłka, ciężarek i haczyk i
kolekcja kilku tuzinów różnych sztucznych much i wodery i
ciepłe majtki by wytrzymać w lodowatej wodzie i dobry balans
żeby nas silny prąd nie przewrócił na śliskich kamieniach i
wiedza gdzie wleźć do wody i jaką muchę założyć i który
rodzaj żyłki, na którym końcu wędki ma się znajdować i umieć
różne esy –floresy przy zarzucaniu wykonywać by ta mucha
była jak żywa i który pstrąg jaką muchę żre i czy na
powierzchni czy w środku czy na dnie i całą masę różnych
innych rzeczy trzeba wiedzieć ale nie będę się rozwodził bo
lepiej Wam to opisze Pan Krzysztof Jaśkielewicz
z działu
wędkarskiego w „Gońcu”, który
się na tym zna. Okazało się, że zna się też na tym i do
naprawdę dobrze mój calgaryjski kolega Tadeusz Rysz. I to
nie tylko teoretycznie ale i praktycznie co miałem okazję
zobaczyć w ostatnią niedzielę 10.10.10. Pojechaliśmy sobie z
żonami i jednym dzieckiem Tadka, dziewięcioletnim Kubą, nie
tak daleko bo do „Fish Creek Provincial Park” w Calgary.
Jazda zajęła nam 25 minut, przygotowania do łowów pół
godziny. Tadek do żółtej linki z kołowrotka przywiązał żyłkę,
która miała trzy różne grubości, do niej jeszcze jakąś inną
żyłkę, malutki spławik, ciężarek i muchę, potem sprawił
wędkę Kubie, potem popatrzył na mnie i dał mi tylko kalosze
(wiedziałem, że to mądry człowiek). Wreszcie ruszyliśmy nad
rzekę, żony zostały nad brzegiem pogrążone w rozmowie, a my
ruszyliśmy na wyspę. Udało mi się przejść bez nalania wody
do kaloszy, Kubie też. Tadek nie musiał się o to martwić, bo
miał wodery. W rzece stało kilku wędkarzy i machało wędkami,
przy drugiej wyspie pływały łodzie z wędkarzami (byli to
przewodnicy z ich klientami), nie widziałem żeby ktoś coś
złapał.

Tadek wlazł do
rzeki prawie do pasa i też zaczął machać wędką. Kuba na
brzegu trzymał wędkę, którą zarzucił mu wcześniej tata,
potem ją ściągną bo myślał że coś złapał. Jeśli coś było to
się urwało, za to żyłka zaplątała się w węzeł gordyjski.
Miałem więc zajęcie (oprócz robienia zdjęć) i już po pół
godzinie udało mi się żyłkę rozplątać i znowu zarzucić dla
Kuby. W tym czasie Tadek złowił pstrąga. Nie był duży, więc
go wypuścił i dalej łowił. Nie długo trwało, gdy znowu mu
się coś do wędki przyczepiło.
 
Tym razem ryba
była naprawdę duża. Podbieraka nie mieliśmy. Wiedziałem, że
ostatnia żyłka jest cieniutka i słaba. Ta ryba musiała się
urwać… Tadek jednak stoicko stwierdził że nie ma problemu i
w jakiś sposób namówił tego wielkiego pstrąga by wylazł na
brzeg. Tak to przynajmniej wyglądało… Ucieszyłem się, bo
chociaż nie umiem łowić ryb to jednak uwielbiam je jeść,
okazało się jednak, że ta ryba jest według przepisów za duża
i trzeba ją wypuścić. Za duża?!!!... Nigdy nie zrozumiem
tych wędkarskich przepisów. Poza Tadkiem tylko jeden wędkarz
złapał jakąś mała sztukę. Reszta twierdziła, że nie biorą.
Faktycznie, im nie brały… Ruszyliśmy z powrotem. Żony
siedziały w tym samym miejscu pogrążone w rozmowie. Nawet
chyba nie zauważyły, że nas nie było. Potem jeszcze tylko
kawa i donat w „Tim Hortons” i do domu. To była wyjątkowa
niedziela. Nie ruszając się z miasta byliśmy w dzikim
miejscu gdzie i puma i kojot trafić się może i
przeprawialiśmy się przez górską rzekę i łowiliśmy ryby w
miejscu gdzie z całego świata ściągają wędkarze. A wszystko
to 25 minut od domu. Pogoda była wspaniała i niespotykana w
październiku bo temperatura ponad 20 stopni Celsjusza. Udany
„long weekend”
Marek
Mańkowski
|
|