|
Pomysł narodził się w
barze hotelu „Portos” w Warszawie we wrześniu 2007 roku.
Jeszcze pół roku wcześniej nawet przez myśl mi nie przeszło,
że mógłbym przyjechać do Polski na dłużej niż parę tygodni.
A tu proszę, 10 grudnia 2007 roku, po 20 latach w Kanadzie
zawitałem do starego kraju na dłużej. Tyle się mówi o
powrotach z emigracji. Powstały specjalne programy i
informacje dla powracających, w telewizji polskiej namawiają
emigrantów to powrotu. Postanowiłem spróbować i zobaczyć jak
to wygląda naprawdę. Jasne, że mając duże, zaoszczędzone na
obczyźnie pieniądze jest łatwo. Kupujemy wtedy dom, czy
mieszkanie, otwieramy jakąś firmę, albo inwestujemy i żyjemy
sobie beztrosko… dopóki nie otworzą się nam oczy, że
pieniądze rozchodzą się trzy razy szybciej niż
przypuszczaliśmy i nasze oszczędności topnieją w oczach. To
tyle gdy jesteśmy bogaci. A co gdy nie jesteśmy żadnymi
krezusami? Ot po prostu odłożyliśmy, jak w moim przypadku
ok. ośmiu tysięcy dolarów by było na początek i wracamy by
żyć jak zwykły polski obywatel? Dokumenty to nie problem.
Wystarczy mieć adres zamieszkania, np. adres rodziców,
metrykę urodzenia lub stary dowód osobisty i w urzędzie
wydadzą nam nowy europejski, plastikowy dowód osobisty, i
paszport (chociaż w Europie paszport nie jest teraz
potrzebny), w archiwum gdzie zdawaliśmy kiedyś prawo jazdy
odnajdą nasze dokumenty i wydadzą nowe europejskie
plastikowe prawo jazdy i już jesteśmy mieszkańcem starego
kraju. Ooops, sorry, to nie koniec… Teraz potrzebne nam
mieszkanie i praca. Kupno nie wchodzi w moim przypadku w
rachubę, piędziesięcio paro letni facet nie będzie też
mieszkał z mamusią, więc trzeba coś wynająć. To nie czasy
lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych, kiedy na
mieszkanie czekało się 25 lat, a do tego czasu mieszkało z
rodzicami. Teraz mieszkań do wynajęcia jest bez liku. W
całej Polsce jest mnóstwo ogłoszeń, jest tylko jeden
problem: CENA. W Warszawie, gdzie chciałem zamieszkać, bo
tam pracowała moja dziewczyna i tam najłatwiej o pracę, ceny
trzypokojowego mieszkania (czyli dwa „bedroom” według
kanadyjskiego standardu), to powyżej 2 tysięcy złotych. Może
trzeba obniżyć wymagania? Ale narzeczona ma dorastającą
córkę, musimy mieć dwa pokoje… No cóż, przecież znajomy z
hotelowego baru „Portos” przekonywał mnie że zarobki w
Polsce są lepsze niż w Kanadzie, więc powinno wystarczyć na
takie mieszkanie. Na razie zamieszkałem u dziewczyny w
Warszawie na Grochowskiej. Nie mogło to trwać długo, bo co
prawda mieszkanko było tanie, poniżej 1000 zł, komunikacja
wspaniała w każdą stronę, cudowne targowisko na Placu
Szembeka bliziutko, ale był jeden problem nie do pokonania…
To mieszkanie to tylko jeden pokój i kuchnia. Łazienka
maleńka z prysznicem w którym ledwo się obracam, nad
umywalką nachylić się nie mogę bo zahaczam o ścianę,
ogrzewanie elektrycznymi piecami przez które za prąd płaci
się tyle co za samo mieszkanie i zepsuty gazowy podgrzewacz
wody.
Grudzień to dość
chłodna pora roku, zresztą nawet latem lubię się myć w
ciepłej wodzie, takie zepsucie „zgniłym zachodem” więc
zacząłem od naprawy podgrzewacza. Udało się. Jestem
niepoprawnym optymistą i może dlatego zawsze mi się jakoś
udaje. Szukając mieszkania, dzwoniłem do znajomych i
rodziny. I niespodzianka… Teść mojego kuzyna może mi wynająć
mieszkanie po swoim ojcu, który leży w klinice od kilku lat
i chyba już tam zostanie. Mieszkanie w okolicy
Czerniakowskiej i Gagarina, parę minut na piechotę do
Łazienek Królewskich, trzy pokoje, kuchnia, łazienka i
ubikacja oddzielnie, ciepła woda z elektrociepłowni,
telefon, całość może ze 100 m kw. I to wszystko za 1500 zł.
Nie ma to jak rodzina i łut szczęścia. Decyzja podjęta,
przenosimy się. Zadzwoniłem do brata Adama Gorzkowskiego z
Calgary, Wacka, który miał dużego vana. Przyjaciele są
zawsze niezawodni. Wacek przyjechał z jeszcze dwoma braćmi
do pomocy i tak jeszcze przed Wigilią znaleźliśmy się w
trójkę w nowym przestronnym mieszkaniu. Pieniędzy nam
starczy jeszcze na miesiąc ale przecież ze swoim szczęściem
na pewno znajdę dobrze płatną pracę. Przecież kolega z baru
w „Portosie” wiedział chyba co mówił, gdy twierdził, że w
Polsce zarabia się lepiej niż w Kanadzie….


 
Na razie poznaję nową
Warszawę. Mimo grudnia, Warszawa jest piękna. Kolorowo,
gwarno, tłoczno. Nowe szklane wieżowce, centra handlowe,
pięknie udekorowany i oświetlony Nowy Świat i Starówka.
 
 
Nowoczesne tramwaje,
metro (subway) jakiego nie widziałem w Toronto czy w Nowym
Yorku, przestrzenne wygodne autobusy miejskie z obniżoną
podłogą tak długie że skręcają im się również tylne koła by
mogły się wyrobić na zakrętach. Mam miesięczny bilet za
jedyne 70 zł. Można z nim jeździć tramwajem, autobusem i
metrem. Gdy się kończy ważność to można go uzupełnić w
kiosku Ruchu i aktywować zbliżając do kasownika w autobusie.
Nowoczesność i technika na każdym kroku. Mam też już
telefon. Telefony komórkowe w Polsce to prawdziwa wygoda.
Płaci się tylko wtedy gdy się dzwoni, gdy ktoś dzwoni do nas
to nie. Mogą też do nas dzwonić nawet jeśli już wyczerpiemy
limit. Limit uzupełnia się wykupując „kod” w każdym kiosku.
Pod tym względem Ameryka Północna jest daleko w tyle.
Telefon kupuje się w sklepie elektronicznym lub kiosku na
rogu ulicy, do tego tzw. kartę SIM której numer jest numerem
naszego telefonu i już mamy kontakt z całym światem…
 
Wigilia już za kilka
dni, trzeba zrobić zakupy, kupić choinkę, ubrać ją i się
weselić…
Gdy się jednak
zorientowałem nagle ile kosztuje jedzenie, to jakby zimny
prysznic na mnie spadł z zepsutego piecyka gazowego. Brrrrr…
A przecież było nas tylko troje…(Beatka i jej córka Kinga
nie były żadnym wykładnikiem kosztów wyżywienia w Polsce –
obie razem ważą 10 kg mniej niż ja sam)

No ale w sklepach takie
tłumy ludzi, więc chyba można na to zarobić.? Tak sobie
myślę i się pocieszam optymistycznie. Od stycznia do roboty
i będzie dobrze… Eh, ten optymizm i zimne prysznice… Czego
było więcej?
d.

Święta Bożego
Narodzenia w Polsce. Po raz pierwszy od 20 lat. Myślałem, że
bardziej mnie to ruszy. Okazuje się jednak, że tradycja może
być celebrowana wszędzie tak samo. Może to dlatego, że w
Polsce jest teraz tak bardzo podobnie jak w Kanadzie.
Dekoracje na ulicach i w sklepach już od listopada, szał
zakupów i tak jakby ludzie w tym szale zapomnieli, że Boże
Narodzenie to urodziny Boga, a nie prezenty dla siebie
nawzajem. Tak więc w tym względzie nie było większej
różnicy, na którym kontynencie się znajdowałem i tak
naprawdę to ma znaczenie tylko kto siedzi z nami przy stole.
No ale Święta trwają kilka dni a przede mną całe nowe życie…
albo stare, zależy jak do tego podejść. Nadszedł Nowy Rok.
Teraz to już na pewno się zacznie. Między Bożym Narodzeniem
i Nowym Rokiem nie było sensu szukać pracy. Wszyscy myśleli
o wakacjach, nie o robocie. Mój miesięczny bilet to świetny
wynalazek. Mieszkając i pracując w Warszawie posiadanie
samochodu to niepotrzebny wydatek i strata czasu.
Komunikacja miejska jest wręcz fantastyczna. Nawet w
godzinach szczytu, gdy wszystko stoi, zawsze poruszają się
tramwaje i metro, a linie dublują się na tyle często, że
dowolnym środkiem komunikacji można dojechać praktycznie
wszędzie. Nawet do podmiejskich miejscowości jeździ tyle
prywatnych linii, że nie czeka się dłużej niż 10- 15 minut.
Czas szybko mijał na spotkaniach ze starymi znajomymi i
nowymi, pieniądze znikały jeszcze szybciej i to bez żadnych
„szaleństw”. Nie było wizyt w restauracjach, jedno pójście
do kina (25 zł), DVD 190 zł, radio i CD 150 zł, a poza tym
tylko jedzenie. Nawet alkohol kupowałem taki tańszy, bo nie
było nigdzie mojego ulubionego rumu „Appelton Jamajka”. To
było prawdziwe nieszczęście, ten rum, a raczej jego brak. No
ale trudno, pomyślałem sobie. Nikt nie obiecywał, że będę
miał wszystko. Reszta pieniędzy szła głównie na jedzenie.
Acha, kupiłem też trochę ciuchów, bo nie zmieściły mi się
wszystkie do walizki, a zima szła, a przynajmniej powinna
iść. I nie doszła. Przez wszystkie zimowe miesiące w
Warszawie śnieg padał może dwa razy, niewiele go było i nie
leżał dłużej jak dwa dni. Po calgaryjskich zimach była to po
prostu ciągła wiosna.
 
Nawet wiewiórki nie
poszły spać w Łazienkach i domagały się poczęstunku. No, ale
dosyć tych wakacji. Szukam pracy. Internet, ogłoszenia w
gazecie. Praca jest i czeka, ale z Internetu, podobnie jak w
Kanadzie nikt nie odpowiada na zgłoszenia. Wysłałem masę
„resume” czyli CV, jak mówią na to w Polsce i nic. Myślicie
że znając język angielski ma się jakiś atut? Zbyt wielu
młodych ludzi mówi teraz w Polsce po angielsku by miało to
znaczenie. Owszem są firmy poszukujące tłumaczy, ale
największa stawka w Warszawie to 20 zł za stronę tekstu. Kto
to kiedyś robił wie że wyjdzie to jakieś 10 zł za godzinę,
zwłaszcza jeśli nie jest się zawodową maszynistką.
Dziennikarstwo w Polsce to wypisz wymaluj czasy
dziennikarstwa w USA lat trzydziestych czyli dżungla. Liczą
się nie fakty a sensacja, nawet wyssana z palca. Co z tego,
że potem pisze się czasem sprostowania. Najważniejsza jest
pierwsza wiadomość. Poza tym Polacy żyją polityką.
Wiadomości polityczne są najczęściej czytane, słuchane,
oglądane. Polityczne? hm… To nie o tym się pisze jakie
programy mają partie, co chcą naprawić, jak poprowadzić
gospodarkę, tylko o tym kto z kim spał, gdzie był, kogo
obraził lub na czym go przyłapano. Polacy bardzo się tym
ekscytują i są to najbardziej oglądane programy. Dominują
też te sprawy we wszystkich wiadomościach. W telewizji jest
taki program na TVN nazywany „Szkło Kontaktowe”. Ogląda się
to dobrze, ale temat jest zawsze taki by kogoś ośmieszyć. No
ale to temat na inny artykuł. Chodzi o to, że praca
dziennikarza w Polsce to nie dla mnie. Zawsze ważne były dla
mnie fakty i rzetelność informacji, a w Polsce nikomu na tym
nie zależy. Ot, po prostu potem sprostują to gdzieś na
szóstej stronie lub pozwą się nawzajem do sądu, co też jest
w Polsce niezwykle popularne. Co mi pozostało?
 
 
 
 
Jestem bardzo dobrym
stolarzem meblowym. Z tego żyłem w Kanadzie przez wiele lat.
Trzeba spróbować tego. Znalazłem ogłoszenie kilku stolarni.
Jedna z nich była w Łomiankach pod Warszawą. Pojechałem tam.
Wziąłem ze sobą zdjęcia swoich prac. Dużą stolarnię prowadzą
tam ojciec z synem. Usiedliśmy w biurze. Moje prace bardzo
im się podobały. Oprowadzili mnie po stolarni. Dobre
narzędzia, sporo pracowników. Proponowali mi własne
stanowisko i całe piętro. Pomocnika do prostszych prac, jak
szlifowanie, oddzielna lakiernia, praca głównie w drewnie,
to co lubię najbardziej. Może trochę daleko ale praca
wydawała się idealna. Z tego co widziałem w stolarni z
gotowych wyrobów to nie miałem się czego obawiać. Wróciliśmy
do biura. Zapytałem o stawkę godzinową. Usłyszałem 10
zł/godz. Chyba mój wzrok coś powiedział bo podnieśli to do
12 zł/godz. Myślałem, że to żart. W Kanadzie stolarz meblowy
zarabia w stolarni 25-30 dol./godz. Tyle miałem gdy
wyjeżdżałem z Calgary. Powiedziałem, że się zastanowię i
wyszedłem. Wiedziałem, że już tam nie wrócę. Myślałem, że to
taki wyjątek… Myliłem się… Ale optymizm ciągle trwał…
Andrzej Polak z rodziną w Kanadzie
Chociaż gdzieś w
podświadomości zamigotało przypomnienie słów Andrzeja
Polaka, poznanego w Calgary, który mówił mi, że mieszkając w
Częstochowie zarabiał jako elektryk 6 zł/godz. Nie wierzyłem
mu wtedy…
Nieco zrażony
proponowaną stawką w stolarniach, próbowałem dalej. Polska
to kraj teraz na wskroś nowoczesny. Większość firm ma swoje
strony na Internecie i przez Internet poszukują pracowników.
Jasne że próbowałem i tej drogi, ale nie otrzymałem żadnej
odpowiedzi. Przypuszczam, że natłok podań był tak wielki, że
otrzymanie interview przypominało trafienie w totolotka. Nie
martwiłem się tym zbytnio. Miałem w zanadrzu jeden pomysł.
Jeszcze w Kanadzie usłyszałem od kolegi, że w Celestynowie
niedaleko Warszawy jest firma budująca tzw. kanadyjskie
domy. Odnalazłem ich na Internecie właśnie i umówiłem się na
spotkanie. Był to początek stycznia, ale pogoda jak na
wiosnę, albo może raczej późną jesień. Nawet trawa ciągle
była zielona, a nie szaro-brązowa jak w Albercie. Celestynów
był mi znany. Niedaleko Otwocka, gdzie mieszkałem 15 lat,
gdzie kończyłem liceum, ożeniłem się, urodził się mój syn,
gdzie ciągle mieszka moja mama

i gdzie na pięknym
otwockim cmentarzu leży mój ojciec. Kawał życia. Dobrze się
czułem w tych stronach. Otwock zmienił się, pobudowały się
nowe domy, odnowiono stare i nawet mimo szarości stycznia
było tu kolorowo. No ale do Celestynowa musiałem dojechać z
Warszawy, więc najlepiej podmiejskim pociągiem. O tych
pociągach zawsze opowiadano mrożące krew w żyłach historie,
jak to chuliganie wyrzucali pasażerów, napadali, bili itp.
Teraz może nawet więcej niż dawniej. Ale przy mojej wadze
260 funtów i wzroście 186 cm trzeba by się dobrze napracować
by mnie ruszyć z miejsca, a chuliganom praca raczej nie
służy i starają się jej unikać. Sprawdziłem rozkłady jazdy,
by się nie spóźnić na interview o 10: 30 rano. Dworzec
Śródmieście w Warszawie na zewnątrz nie zmienił się wcale,
ale w środku pod ziemią czyściej i kolorowo od kiosków i
sklepów z książkami i czasopismami, różnych kramików i
bufetów.

Pociąg do Pilawy, przez
Otwock wiele się nie zmienił, poza ładnym zielono-białym
kolorem i nowymi siedzeniami. Te same rozsuwane drzwi po obu
stronach, które latem otwierało się małą dźwignią i
zostawiało otwarte. Łatwo było wypaść, ale za to jak
przyjemnie. No ale to nie te czasy i nie ta pora roku. Jadę
sobie, na kolanach książka, ale mało do niej zaglądam.
Ciekawy jestem jak wygląda linia otwocka, którą kiedyś
codziennie dojeżdżałem do pracy do Warszawy. Mało kto używa
teraz tych pociągów. Jeżdżące co 10-15 min. prywatne
autobusy przejęły większość pasażerów. Sam ich używam jadąc
w odwiedziny do mamy. Okazuje się, że wśród wielkich zmian
jakie dokonały się w Polsce, podmiejskie dworce nie zmieniły
się wcale, a raczej zmieniły się na gorsze. Poobrywane
betonowe gzymsy, wysmarowane przez grafitti, zamknięte na
głucho od lat kasy. Nie wiem jak ludzie kupują bilety na
pociąg w takim Miedzeszynie czy Michalinie i pewnie już nie
będę wiedział ale nie martwi mnie to. Ważne że pociąg jedzie
według planu i wygląda na to, że się nie spóźnię. Wreszcie
Otwock, stąd już nie daleko. Chuliganów ani śladu, może śpią
zimowym snem. Ludzi też prawie nie ma. Czas taki, że wszyscy
pewnie w pracy, albo w kolejce po zasiłek. Stacji z Otwocka
do Celestynowa jest więcej niż pamiętam: Śródborów, Pogorzel
Warszawska, Stara Wieś. A myślałem że to zaraz za
Sródborowem. Pamięć płata figle. Już Celestynów. Mała
stacyjka, przejście nad torami z którego mało kto korzysta
(wszyscy przechodzą przez torowisko i dziurę w płocie, co
jest absolutnie zabronione i absolutnie ignorowane, nawet
przez staruszki). Więc ja też idę na skróty. Malutki
dworzec, mały placyk przed nim, ale za to cztery sklepiki
spożywcze i apteka. W sklepikach wszystko; wódka, mydło i
powidło, jak się kiedyś mówiło. Nawiasem mówiąc wódka jest
sprzedawana wszędzie, nawet na stacjach benzynowych. Można
kupić litr, albo małą „małpkę” czyli 1/10 litra w małej
butelce, łatwo mieszczącej się do kieszeni i kosztująca
mniej niż 10 zł. No ale teraz nie w głowie mi wódka tylko
„interview”. Ulica Wojska Polskiego znajduje się przy
dworcu. Nie trudno ją znaleźć, to jedyna ulica przy dworcu.
Skręcam w prawo i po pięciu minutach marszu docieram do
siedziby firmy.
 
Ładna brama i
ogrodzenie, dwupiętrowy duży budynek, dwie hale. Wchodzę.
Idę na samą górę, gdzie skierowała mnie młoda, ładna
dziewczyna. Starszy pan… hm… jaki starszy, może ma kilka lat
więcej niż ja, przyjmuje mnie kawą. Młody człowiek, również
obecny okazuje się jego synem. Firmy rodzinne to chyba
reguła w Polsce, takie przynajmniej odniosłem wrażenie.
Siadamy w fotelach przy niskim stoliku, dostaję dobrą kawę.
Otwieram laptop, by pokazać zdjęcia z tego co robiłem w
Kanadzie. Zdjęcie to więcej niż tysiąc słów. Podoba im się.
Opowiadam o swoim doświadczeniu w budowie, a raczej w
wykańczaniu wnętrz w Kanadzie. Podoba im się to również.
„Starszy” pan zaczyna opowiadać o firmie. Budują domy tzw.
systemem kanadyjskim, czyli drewniane ramy, sklejka i
ocieplenie. Jak na każdej rezydencjalnej budowie w Kanadzie.
Z jedną różnicą. Cała konstrukcja ścian jest budowana w
firmie i dowożona na miejsce do montażu na przygotowanych
fundamentach. Nie ma w tym dla mnie nic nowego.
 
Budowy znajdują się na
terenie województwa mazowieckiego w okolicach Warszawy i we
Francji. We Francji ma pomóc moja znajomość języka
angielskiego. Dostaję propozycje: stanowisko inspektora
nadzoru, brzmi to szumnie, ale to Polska właśnie. Tytuły to
podstawa. Firma zakupi dla mnie samochód bym mógł
kontrolować budowy w Polsce. We Francji mam dostać inny
samochód, wynajęte mieszkanie. Wyjazdy na kilka tygodni by
dopilnować tamtejszych budów. Proponują mi 2000 tys. zł
pensji miesięcznie, widzą moje wahanie, dodają, że to tylko
pierwszy miesiąc, później 3 tys. miesięcznie. Praca od 8 do
czwartej do chwili zakupu samochodu, potem od siódmej rano.
Wiem już jakie są płace w Polsce. Wydaje mi się, że mam
szczęście. Co prawda daleko do pracy ale co tam. Jak będzie
samochód to nie ma znaczenia, w Kanadzie dojeżdżałem
niejednokrotnie znacznie dalej. Pracę mam zacząć od 1
lutego. Wracam do domu jak na skrzydłach. I kto mówi, że w
Polsce nie da się żyć? Bez znajomości, bez poleceń znalazłem
pracę. Może to nie żadne kokosy, ale kto powiedział że na
tym się skończy. Optymizm trwa…

Teraz, gdy miałem w
perspektywie dobrą pracę Świat się trochę uśmiechnął. Ale
nie do końca. Ciągle nie mogę się przyzwyczaić i do końca
nie przyzwyczaiłem do niektórych aspektów obsługi sklepowej.
Np. duży nowoczesny „Sadyba Mall”. Oprócz wielu pięknych
oszklonych sklepów jak na każdym mallu w Kanadzie, jest tam
również duży spożywczy market sieci „Carrefour”. I znowu
żadnej różnicy w porównaniu z kanadyjskimi poza jedną,
powinno się zostawiać plecak czy torbę w przechowalni przed
wejściem do sklepu. Wydało mi się to głupie i oczywiście
wszedłem na zakupy z plecakiem na ramionach. Po zapełnieniu
koszyka, zapłaciłem w kasie i chcę wychodzić, a tu podchodzi
do mnie security i pyta czy mógłby zobaczyć, co mam w
plecaku… NIE – odpowiadam. Mały był ten security,
szczuplutki, sięgał mi może do ramienia, ale się uparł i
chce ciągle mój plecak… Słuchaj – mówię – wezwij policję i
daj im dobry powód żeby mnie zrewidowali, bo jeśli nic tam
nie znajdą to ty będziesz miał kłopot… i poszedłem. Stał tam
jak wryty jeszcze długą chwilę. Byłem potem w tym sklepie
jeszcze wiele razy, zawsze z plecakiem, ale już nigdy mnie
nie zatrzymywano. Innym razem, mały sklepik
spożywczo-warzywny na skrzyżowaniu ul. Gagarina i Iwickiej.
Wszedłem żeby coś kupić do domu. Pani sprzedawarka
prowadziła przez telefon towarzyską rozmowę. Poczekałem
kilka minut… jakbym dla niej nie istniał. Mówię – chciałbym
coś kupić – zignorowała mnie, odwróciła się plecami. No cóż,
wyszedłem i więcej tam nie wróciłem, chociaż mieszkałem tuż
obok. Na szczęście było tam więcej sklepików w pobliżu,
których właściciele wiedzieli, po co są klienci. W Otwocku,
przy przystanku autobusowym gdzie Świderska łączy się z Orlą
jest niewielka pijalnia piwa. Czekałem na kogoś, wszedłem
tam by kupić kufelek i wypić go przy stoliku pod parasolem
na zewnątrz. Wydawałoby się nic prostszego, ale nie… pan
barman rozmawiał przez telefon. Czekam minutę, dwie, pięć.
Może mnie nie widzi? Ale stoję przy malutkim bufecie, jestem
jedynym klientem… W końcu mówię, że chciałbym kupić piwo…
zignorował mnie. Bardzo mi się tego piwa chciało, myślę
sobie, wejdę do ubikacji, załatwię potrzebę to może już
skończy tę telefoniczną rozmowę. Nie zdążyłem się
przygotować, gdy drzwi malej pojedynczej ubikacji otwierają
się z impetem, wpada barman i krzyczy, że ubikacja tylko dla
klientów. Zdębiałem, przecież byłem klientem… hm, tak mi się
przynajmniej wydawało. Może to pojedyncze przypadki, ale
jest ich tak dużo, że zwracają uwagę. Inny, bardzo rażący
mnie zwyczaj czy nowomowa to wszechobecne przeklinanie
wulgarnymi wyrazami. Mówcie, co chcecie, ale gdy widzę młode
śliczne dziewczyny, w których rozmowie, co drugie słowo to
k… lub h… to w moich oczach one przestają być natychmiast
śliczne, przestają być czymkolwiek, poza obrzydzeniem. Gdy
w kolejce zwróciłem uwagę kilku młodzieńcom z koleżankami,
że nie lubię takich odzywek, usłyszałem, że to wolny kraj i
mogą mówić, co chcą. Ja im na to, że moja wolność to prawo
do nie słuchania tego typu inwektyw i ucichli. Chyba miałem
szczęście, bo przeczytałem potem w którejś gazecie jak grupa
młokosów pobiła na śmierć starszego pana, który im zwrócił
uwagę na niewłaściwe wyrażenia. To przerażające, że
wyznacznikiem wolności dla młodych ludzi i nie tylko jest
możliwość publicznego i głośnego używania wulgaryzmów.
 

To mi przypomniało
ciekawą scenkę, jaka miała miejsce na rynku w Kazimierzu.
Siedzieliśmy sobie z dziewczyną na kamiennej ławce, grzejąc
się w promieniach porannego słońca. Była godz. 10 rano. Na
ławce obok trzech pijaczków już dobrze przyprawionych
rozprawiało o czymś. Twarze jak z kryminału, tzw. „pięć lat
bez wyroku” i nagle słyszę jak jeden z nich mówi do
drugiego: „ …no nie dąsaj się Józek…” Z trudem zachowaliśmy
powagę. Zawsze mi się to przypomina, gdy widzę ładną
dziewczynę używającą języka z rynsztoku. Tak dla kontrastu.
Telewizja to zupełnie
inne programy w porównaniu z tym, co było, gdy wyjeżdżałem z
kraju w 1987 roku. Ba, wtedy były tylko 3 programy, chociaż
już w kolorze. Najbardziej popularny program to „Szkło
Kontaktowe”, w którym dwóch panów dyskutuje na temat znanych
polityków często pokazując ośmieszające ich urywki filmów.
Polacy żyją polityką i to odzwierciedlają nadawane programy.
Kto w Kanadzie, poza małymi wyjątkami i samymi politykami
ogląda transmisję z obrad Parlamentu? Kto to potem komentuje
to i przeżywa jak by świat od tego zależał? A w Polsce to
niekończące się dyskusje między rodakami. I żeby, chociaż
dotyczyło to gospodarki, rozwoju, usprawnień czy reform.
Nie, najważniejsze wydarzenia polityczne to afery w rodzaju,
kto, z kim spał, komu nie podał ręki, kto na kogo ma teczkę
i co w tej teczce było a nie ma…
Na szczęście są też
inne kanały, na których są filmy, dobre programy
historyczne, „Discovery Chanel” i inne.
Powstało w Polsce
mnóstwo kościołów. Jak ktoś zauważył w ostatniej „Polityce”,
nie wybudowano na tych miejscach żłobków, przedszkoli czy
sierocińców, wybudowano kościoły, by modlić się w nich o
więcej żłobków, przedszkoli i sierocińców…
No dobra, dosyć tego
narzekania. Program w telewizji można sobie przełączyć lub
nie oglądać wcale, dobrą obsługę też można znaleźć i nie
chodzić tam gdzie jest zła, przeklinających ominąć lub
zatkać uszy słuchawkami mp3. Towarzystwo można sobie dobrać
do własnego gustu. Najważniejsze, że za kilka dni zaczynam
pracę i przekonam się naocznie jak żyje się w Polsce, na co
wystarcza, na co nie i czy może być normalnie. To przecież
konieczność ciągłego kombinowania i załatwiania „na boku”
wygnała mnie z Polski przed laty. Testem tego czy jest już
normalnie będzie praca właśnie…
No to zaczęło się. Tzn.
praca. Teraz to już będzie nareszcie normalnie – pomyślałem
sobie. Nawet to, że musiałem wstać o piątej rano nie zdołało
zepsuć mojego optymizmu. Pracę zaczynałem o ósmej, ale by
dojechać z Warszawy do Celestynowa potrzebowałem minimum 1.5
godz. Autobusem do dworca „Śródmieście”, pociągiem
podmiejskim do Otwocka, autobusem do Celestynowa. Za to z
powrotem jechałem autobusem do ul. Marsa i autobusem
miejskim prosto pod dom. W sumie 3 – 3.5 godz. dojazdu. No
to co. To dopiero początek. Mam przecież dostać samochód. Co
prawda Cezary (młody człowiek z biura firmy) twierdził, że
samochodu nie będzie, ja jednak wierzyłem, że tak. Pierwsze
tygodnie spędziłem w biurze przed komputerem, zamawiając
różne rzeczy, głównie na budowę we Francji.
 
Raz wyjechałem w
teren z kierowcą Markiem by zobaczyć jak wyglądają budowy w
praktyce. Wszystko wyglądało super. Na samym początku
dostałem do podpisania umowę o pracę. Nie znam obecnych
przepisów pracowniczych w Polsce, no bo skąd? Umowa miała
być w biurku prawnika firmy Czarka. Nie wiem czemu, ale
dlaczego miałem pytać? Na początek była tylko na miesiąc. To
również wydawało mi się fair. Okres próbny itd. Zajmowałem
się głównie budową we Francji. Paweł, syn szefa wprowadził
mnie w temat. Była tam budowa w Le Touquet. Dom w renowacji
dla bogatego Francuza Allana.

Renowacja
polegała na pozostawieniu kawałka starej ściany, by móc
twierdzić, że to renowacja i wybudowania dookoła niej nowego
domu. Widać nie tylko Polacy mają tendencję do omijania
przepisów. Znalazłem producenta schodów, załatwiałem
kuchnię, marmury na ponad 100 m kw. itp., itd. Praca jak
praca, dobrze, że się na tym znałem, mogło być gorzej.
Docierały do mnie sygnały od pracowników, że coś jest nie
tak z Firmą, ale na całym świecie są pracownicy, którzy będą
narzekać na pracodawcę z powodem lub bez, więc nie zwracałem
specjalnej uwagi. Wszystko wydawało się proste i dobre. Do
domu wracałem o czasie, rutyna. Jedna ze spraw do
załatwienia to była naprawa mostu w furgonetce IVECO. Stała
od paru tygodni w jakimś garażu. Mechanik twierdził, że
trzeba wymienić most. Znalazłem warsztat z prawdziwego
zdarzenia w Józefowie gdzie okazało się, że mostu wymieniać
nie trzeba, vana naprawiono w jeden dzień, zaoszczędzając
Firmie kilka tysięcy złotych. Potem z Francji wrócił inny
firmowy van, tym razem Ford. Kierowca twierdził, że są
drgania podczas jazdy. To mogło być wszystko, począwszy od
drążków kierowniczych na balansie opon kończąc. Szef
warsztatu w Józefowie zadzwonił do mnie, że samochód gotowy
po paru godzinach. Rachunek zadziwiająco mały. Gdy
przyjechałem odebrać auto powiedział ze przyczyną drgań była
glina przylepiona na felgach od wewnętrznej strony. Taki
mechanik to skarb. Mógł przecież wymienić całe zawieszenie
nic nie mówiąc o prawdziwej przyczynie… Moja wiara w ludzi
rosła. W międzyczasie korespondowałem z firmą z Norwegi po
angielsku w sprawie zamówień na wykonywane przez nas domy,
sprawdzałem ceny na rynku, wprowadzałem się w pracę.
21 lutego pierwszy
wyjazd do Francji. Leciałem z Pawłem, synem szefa. Francja
to było to, czym miałem się głównie zajmować. Miało tam być
wynajęte dla mnie mieszkanie i samochód. Miałem tam spędzać
kilka tygodni jednorazowo dopilnowując prowadzonych robót.
Były plany budów na południu, ale na razie to okolice Lille
i wspomniane Le Touquet nad kanałem La Manche.
 
Samolot wylądował w
Brukseli. Stąd mieliśmy jechać najszybszym pociągiem Europy
do Lille, gdzie miała nas odebrać siostra Pawła, Ola. W
Brukseli na dworcu poszedłem do łazienki. I tu
niespodzianka. Do tej pory myślałem, że płatna ubikacja to
ewenement polski, a tu nie tylko płatne, ale jeszcze jest to
automat otwierający gilotynowe drzwi po wrzuceniu monety.
Można nie zdążyć szukając tej monety, a i gilotyna też nie
daje poczucia bezpieczeństwa dla ważnych organów. Za to
pociąg z XXI wieku. Siedzenia jak w samolocie, tylko miejsca
bez porównania więcej, droga 120 km trwała nie całe pół
godziny.
   
 
Lille jest piękne,
 
 
 
Le Touquet też. To był
mój pierwszy pobyt we Francji. Po powrocie do Warszawy
odebraliśmy od dealera nowy samochód Chevrolet combi. Nie
musiałem już dojeżdżać pociągiem. Dojazd zajmował mi teraz
pół godz. Na szczęście jechałem zawsze w inną stronę niż
wszyscy, bo widząc korek w przeciwnym kierunku ciągnący się
przez cały Wał Miedzeszyński ta sama droga zajmowała chyba
ludziom dobrze ponad godzinę. W ogóle korki w Warszawie i na
drogach Polski to koszmar. Gdy jechałem po odbiór podłogi na
francuską budowę na Kaszuby, 350 km, po drodze było
wszystko, łącznie z demonstracją mieszkańców jakiejś Wólki,
którzy zatarasowali międzynarodową szosę z narodowymi
flagami, bo chcieli, aby im wybudowano rondo. Nie żartuję.
Mam to na zdjęciu. Droga w jedną stronę zajęła 8 godzin, z
powrotem prawie tyle samo.
Wreszcie pierwsza
wypłata. Całe 2000 tysiące złotych. Ojej. Całe szczęście, że
Beata też pracowała, bo byłoby ciężko. No, ale za miesiąc
będzie już trzy tysiące… Pierwszym prawdziwym sygnałem, że
cos jest nie tak było nie zapłacenie przez Firmę rachunku w
warsztacie samochodowym. Pieniądze Firma miała, czemu psuli
układ z takim dobrym mechanikiem? Wstyd mi było, bo p.
Marcin, właściciel warsztatu wydał samochód ze względu na
zaufanie dla mnie. Nie podobało mi się to bardzo. Zacząłem
bardziej słuchać, co mówią pracownicy. Każdemu Firma
zalegała jakąś wypłatę. To samo dotyczyło kontraktorów,
dostawców, sprzedawców. Kolejne magazyny dostarczały towar
tylko po zapłaceniu należności. Żadnych kredytów. Dziwne
uśmieszki sprzedawców. Jeszcze nie łapałem. Na początku
marca wyjazd do Francji, tym razem samodzielny. Leci ze mną
elektryk. W Brukseli odbiera nas firmowy samochód
(furgonetka Ford). Droga długa, na miejsce docieramy w nocy.
Nagle dowiaduję się, że nie ma żadnego wynajętego
mieszkania. Spać mam w starej przyczepie campingowej, z
innym pracownikiem, Januszem, ale łóżko będzie wolne dopiero
od jutra, więc tej nocy na kanapie. Łazienka co prawda
działa, ale ubikacja nie. Trzeba iść przez plac do
rozwalającej się rudery, starej restauracji, gdzie w
ubikacjach bez drzwi stoją dwa sedesy i wiadro do
spuszczania wody. Wszystko to mieści się na jakiejś wiosce,
10-12 km od Le Touquet. Coś tu bardzo nie gra…
Do tych warunków
najwyraźniej przyzwyczajeni są pracownicy. Mieszkają już tak
od roku i dłużej. Dzwonię do siostry szefa, która mieszka we
Francji. Daje mi wymijające odpowiedzi. Dzwonie do młodszego
szefa, który mnie tu przysłał. Tłumaczy się, że to tylko tak
teraz wypadło, że to na razie. Teraz rozumiem, czemu w
ostatniej chwili przed odlotem do Francji powiedział, że
musze mieć ze sobą śpiwór. To nie chodzi o to, że jestem
specjalnie wygodny, jeździłem na polowania w gorsze warunki,
ale tu obiecane było coś zupełnie innego a co innego dane.
No trudno, zacisnąłem zęby. Jestem w końcu we Francji i
trzeba z tego skorzystać by zobaczyć nowe miejsca. Na
szczęście mój współlokator okazał się sympatycznym
człowiekiem. Na wyjazd dostałem diety w wysokości 45 euro
dziennie. Przy cenach, jakie tam panują to bardzo niewiele.
Potem odnalazłem w przepisach, że należało się jeszcze 90
euro na noclegi, ale gdy okazało się później, że pracownicy
budowlani firmy podpisują otrzymanie 45 euro a dostają 27,
nie poruszyłem tego tematu, w końcu firma zapewniała
„nocleg”. Było dla mnie nieodgadnioną tajemnicą, dlaczego
się na to godzili. Firma przecież obciążała tymi kosztami
klienta, wiec różnicę zabierała do kieszeni. Pracownicy
między sobą narzekali na to, ale w rezultacie akceptowali.
Przywozili ze sobą jedzenie z Polski, nawet ziemniaki i
gotowali na miejscu. Drugi barakowóz stał na terenie samej
budowy i mieszkało w nim od czterech do 6 ludzi, jedząc i
pijąc, z ubikacją na podwórku. I znowu ten kontrast z tym,
co było mówione a rzeczywistością. Po tygodniu wróciłem do
Polski i moim zadaniem miało być prowadzenie budowy domu
Allana w Le Touquet. Młody szef był bardzo zadowolony z
mojego pobytu we Francji. Mówił, że klient, (francuski
milioner) był bardzo usatysfakcjonowany moim podejściem.
Trzeba było zamówić marmury, znaleźć wykonawcę na kręcone
drewniane schody, szafy, meble kuchenne i wyposażenie.
Wydawałoby się to proste, gdy się wie, co się robi, ale tu
znowu zagrała niesolidność finansowa firmy. Ogromne
opóźnienia w płaceniu zaliczek, świecenie oczami przed
kontraktorami, tłumaczenie się, czemu nie zapłacono za
usługi, próby oszukania wykonawców, jak np. reklamowanie
towaru odebranego i już wysłanego do Francji, z którym, tak
jak z marmurem wszystko było w porządku, aby jeszcze obciąć
cenę, lub nie zapłacić raty. I znowu mogłem się zorientować,
że nie było to powodowane brakiem pieniędzy. Te były
natychmiast inwestowane w kupno mieszkań w Warszawie, w
ziemię itp. Jednocześnie przypadkiem zobaczyłem pozostawioną
ze skanera na moim komputerze kopię separacji młodego szefa
z żoną. To było kochające się małżeństwo, dlaczego? Wszystko
zaczęło się składać do kupy. Zatrudnianie kolejnych
kontraktorów, nie płacenie im i zatrudnianie następnych,
jednocześnie wyciąganie od klientów kolejnych transz za domy
i inwestowanie ich w prywatny majątek. Branie kolejnych
wielkich pożyczek z banków. Jednocześnie wyjazdy na wakacje
na Kubę czy do Tailandi. Nie mam nic przeciwko temu, gdy
ktoś ma pieniądze i jeździ sobie po świecie. A nawet, gdy
ich nie ma. Ale gdy w tym samym czasie załoga firmy dostaje
tylko drobne zaliczki lub wcale, gdy czekają wierzyciele na
spłatę rachunków za wykonane usługi, gdy żony dzwonią z
płaczem, że ich mężowie nie dostali wypłaty i nie mają na
jedzenie, to coś jest bardzo nie tak. Coraz bardziej
wyglądało to na przygotowanie firmy do bankructwa. Firma
była zarejestrowana na ojca, który ma przejść na emeryturę.
Po bankructwie syn pewnie otworzy nową pod inną nazwą…
Te konkluzje przyszły
oczywiście dużo później. Moja druga wypłata miła być 3000
tys. Na umowie wypisanej znowu na miesiąc było tylko dwa.
Zwróciłem na to uwagę i szef poprawił. W końcu dopiero co
minie pochwalił za dobrą robotę. Na moim rachunku był
przelew na 2 tys. Dzwonie do młodego szefa, który dokonywał
przelewów. Przeprasza, że się pomylił. OK., zdarza się.
Pracy coraz więcej. Zamówienia do Francji zostały
zawieszone, pewnie klient wpłacił kolejną ratę. Mam się
zająć budową w Józefowie, gdy tylko klient jest trochę
ułagodzony, jestem przesyłany na następną budowę. Mam
nadzorować te budowy, ale sprowadza się to do pilnowania
pracowników. Gdy próbuję zająć się, jakością i
prawidłowością, jestem odsuwany.
  
Najbardziej jaskrawy
przykład był na budowie w Warszawie na ul. Włodarzewskiej.
Miałem się tą budową zajmować od początku do końca, dostać
budżet, pieniądze na wypłaty itp. Okazało się to tylko
teorią. Gdy miano lać beton na fundamenty zostałem posłany
do Białołęki na inną budowę. Traf chciał, że dostawa betonu
opóźniła się znacznie i zdążyłem z powrotem. Okazało się,
że, wykop został źle wykonany inaczej niż w projekcie, nie
ma wcięcia i właściwego zbrojenia, część wykopu nawet nie do
połowy strefy przemarzania. Gdy chciałem zatrzymać budowę,
usłyszałem, że mam się nie wtrącać, bo to jest decyzja
szefa. On polecił tak to właśnie wykonać. Wszystko, co mi
pozostało to zrobić zdjęcia. Nie było to pierwsze ani
ostatnie podrywanie mojego autorytetu. Najwyraźniej młody
szef nigdy nie był w wojsku i nie miał pojęcia o tzw. „chain
of command”. Odbijało się to później coraz bardziej. Czas
mijał Frustracja rosła. Samą pracę bardzo lubiłem, chociaż
było jej naprawdę dużo. Przez trzy miesiące zrobiłem nowym
autem 30 tysięcy km, z czego tylko dwa dłuższe wyjazdy,
jeden do Dębicy, drugi do Tomaszowa Mazowieckiego. Reszta na
terenie Warszawy i okolic. No i jeden prywatny (za zgodą
szefa) wyjazd do Tarnowa. Tam mnie też spotkała miła
niespodzianka. Wyjeżdżając do Warszawy z Tarnowa o 4 rano by
zdążyć do pracy, „przycisnąłem” trochę pedał gazu na
przedmieściach, i zatrzymała mnie policja. Przekroczenie
prędkości było spore, bo o 40 km/godz. Siedzę sobie jak w
Kanadzie w samochodzie, z dłońmi na kierownicy i czekam.
Przyszedł młody policjant, wziął dokumenty, mówi ile
przekroczyłem i czy się zgadzam? Pewnie, że się zgadzam,
mówię, przecież mają „maszynę”. Mówię, że jest wcześnie,
nikogo na drodze, śpieszę się do pracy do Warszawy. Daje mi
do dmuchania balonik, nic nie wykazuje. Jest ich dwóch.
Naradzają się. Za parę minut policjant wraca i mówi, że mi
daje ustne ostrzeżenie. Uff, ale ulga. Potem nikt mi nie
wierzył, że nie dałem „w łapę”, a mnie po prostu nie
przyszło to do głowy.
Pod koniec następnego
miesiąca młody szef wziął mnie na rozmowę i mówi, że nie
mogą mi płacić 3000 tys. tylko dwa. Tłumaczy to tym, że we
Francji trzy gwoździe zostały wbite nie takie (dosłownie),
że samochód ich kosztuje itp. itd. Tzw. B.S. Zdębiałem,
dopiero, co mnie chwalił. Umowa znowu na miesiąc. Tym razem
dwa tys. Zaczyna mnie to zastanawiać, ale jak pisałem, nie
znam przepisów w Polsce i pewnie tak ma być. Jest już lato,
pogoda piękna, świat też, a ja niepoprawny optymista, coraz
bardziej sfrustrowany i zły. Każda wypłata to czekanie przy
bankowym automacie i sprawdzanie czy zrobiony został przelew
i przynajmniej trzy telefony do szefa z przypomnieniem, że
czekam. To upokarzające, proszenie o własne pieniądze, ale
nie pozwolę by powstało to, co z innymi pracownikami.
Koniec czerwca, kolejny wyjazd do Francji. Tym razem
samochodem. Mam zabrać dwóch pracowników. Jeden dopiero co
zatrudniony. Obaj młodzi. Ten starszy stażem przygotował do
zabrania worek kartofli. Nie ma szans by się zmieścił razem
z bagażami. Kartofle zostają. Droga długa, 1600 km przez
Niemcy, Holandię, Belgię. Jeden nocleg tuż przed granicą.
Dojeżdżamy na miejsce późnym popołudniem. W barakowozie, w
którym mieszkałem przedtem mieszka teraz chyba sześć osób.
Prawie wszyscy pijani. Jeden Ojciec, młodego człowieka,
którego przywiozłem, kompletnie pijany, awanturuje się gdzie
jest worek ziemniaków. Skacze z pięściami. Pijany nie zdaje
sobie sprawy, czym by się to skończyło. Na szczęście inni go
powstrzymują. Jadę odwieść drugiego młodego do barakowozu na
budowie w Le Touquet. Jest tam dwóch ludzi, ojciec i syn. To
oni układają marmury w tej rezydencji. Ojciec, prawdziwy
artysta. Układał marmury m. in. w Zamku Królewskim w
Warszawie. Gdy widzą samochód z logo firmy, wypadają z
barakowozu. Krzyczą, co z pieniędzmi, jak długo mają czekać.
Młodszy ze łzami w oczach opowiada, że przyjechał z ojcem by
trochę dorobić. Za dwa tygodnie ma się żenić. Zostało mu
dwieście zł. Mieli cztery tygodnie przestoju z winy firmy
(nie było materiału). Nie dostali wypłaty, wydawali na życie
własne pieniądze nic nie zarabiając. Mogli odjechać, ale
wtedy straciliby wszystkie pieniądze, które im była winna
firma, a było tego dużo. Poza tym starszy był honorowy.
Chciał skończyć to, co zaczął. Opowiada mi jak Alan
(francuski milioner, właściciel remontowanego domu, obił
starszego szefa laską za niedotrzymywanie umowy)

Tym razem uparłem się i
mam mieszkać ze starszym szefem w wynajętym domu. Domek
śliczny, niedaleko morza. Pierwsze dwa dni jestem tam sam,
potem wraca szef. Któregoś wieczoru dowiaduję się
przypadkiem o dalszych planach, co do mojego pobytu. Wszyscy
wracają do Polski. Ja mam zostać. Pewnie by robić dobre
wrażenie na kliencie. Samochód, za który podpisałem wyłączną
odpowiedzialność ma wracać do Polski z innym kierowcą.
Pieniądze na diety kończą się za parę dni. Po
doświadczeniach innych pracowników już wiem, że dodatkowej
wpłaty nie zobaczę. Będę musiał wydawać swoje. Zwiążą mnie
tak jak innych, pieniędzmi, które mi będą winni. Nie mogę na
to pozwolić. Godzina 3: 30 nad ranem. Zabieram do samochodu
spakowaną walizkę. Zostawiam śpiwór, ręcznik, przybory
toaletowe. Punkt czwarta jestem w samochodzie i ruszam w
szaleńczą drogę. Przed ósmą rano, gdy jestem spodziewany na
budowie, wysyłam sms, że chcę odebrać narzeczoną z lotniska
w Brukseli i wracam za kilka godzin.
 
 
Potem wyjmuję baterię z
telefonu. Wiem z czasów swojej pracy, jako prywatny
detektyw, jak łatwo jest namierzyć współczesny komórkowy
telefon gdzie się znajduje, nawet, gdy jest wyłączony. Wiem,
że młody szef nie zawaha się zawiadomić policji, oskarżając
mnie o kradzież służbowego samochodu. W Warszawie jestem ok.
22: 00. Z samego rana jadę do dealera gdzie kupowany był
samochód i gdzie znajduje się serwis. Zgłaszam usterkę
radia, które szwankowało już wcześniej. Mówię, że po odbiór
zgłosi się szef firmy. Tak jak przypuszczałem, samochód jest
obejrzany dokładnie przed przyjęciem i spisany protokół
odbioru. Nie ufam już firmie i jej szefom. Potem okazało
się, że słusznie, bo młody szef opowiadał, że w samochodzie
brakowało radia. Na szczęście mam kopie protokołu odbioru.
Zadzwoniłem do szefa. Powiedziałem, gdzie znajduje się auto
i że kończymy naszą współpracę, że to, co robią i jak
postępują z ludźmi to kryminał. Rozliczenie za podróż
wysłałem. Straciłem na tym sporo, ale trudno. Gdy próbuję
opowiadać w Polsce innym o tym, co się działo wzruszają
ramionami. Okazuje się, że to normalne. Ze ogromna większość
firm zatrudnia pracowników podając minimalne wynagrodzenie
by płacić jak najmniej ZUS-u i podatków. Że umowa na miesiąc
to standard, bo firma ma siedem dni na rejestracje i w razie
kontroli, zawsze zdąży, że ma się szczęście, że w ogóle
zarejestrują. O rany, gdzie ja jestem? Gdzie jest mój dom?
Gdzie mam żyć? Przecież tak naprawdę to żaden powód mojej
emigracji z przed dwudziestu kilku laty się nie zmienił.
Kombinowanie dalej istnieje i jest akceptowane, może nawet
na większą skalę niż przedtem. Czuję się oszukany. Polska
jest piękna, gdy ją odwiedzić na kilka tygodni. Gdy zaczyna
się tam żyć, z kątów zaczynają wyłazić czarne płazy
kombinatorstwa. Bardzo próbowałem normalnie żyć. Nie dało
się. Może miałem tylko pecha? Już nie mówiąc o tym, że w
Kanadzie za dwa razy krótszą pracę otrzymuje się dwa razy
więcej pieniędzy, które mają dwa razy większą siłę nabywczą.
Jeszcze tylko kolega, od którego to wszystko się zaczęło
zaproponował mi pracę w dziennikarskim zawodzie, za 1500 zł
miesięcznie. Tyle kosztowało mnie mieszkanie… a jedzenie?
WRACAM DO KANADY

Marek Mańkowski
REEMIGRACJA
Podróż zwykła nie liryczna trochę tylko
romantyczna
Przyjechałem , zobaczyłem, co i jak
Czemu znowu tu trafiłem? Przecież świetnie
się bawiłem
hen daleko za morzami jest mój świat
Otwock , Praga i Warszawa
I zaczęła się zabawa
Czy potrafię zaspokoić moją jaźń
Czy wystarczy mi fantazji
Tu potrzeba wyobraźni…
Żeby słusznie egzystować ..” niech to
szlag…”
Epizodyczna chwila
Niech nikt się nie wychyla
Wszak stary świat jest stary
Zmieniliśmy się my
Nie będę już narzekał
Nie będę także czekał
Na długie złe miesiące
Co mogą jeszcze przyjść…
Egzystować toż się chciało
Czegoś jednak brakowało
Tej radości którą niesie z sobą każdy świt.
Wola jednak ma niechętna
By się w tym bagienku pętać
LOT załatwił całą sprawę w kilka chwil
Zobaczyłem to co chciałem
Trochę tez się pozżymałem
Na układy , na kolesiów małych, kraj
Nic właściwie się nie zmienia
Trwa jak trwało bez zdziwienia
Jak tu słusznie egzystować? „niech to
szlag….
Epizodyczna chwila
Niech nikt się nie wychyla
Wszak stary świat jest stary
Zmieniliśmy się my
Nie będę już narzekał
Nie będę także czekał
Na długie złe miesiące
Co mogą jeszcze przyjść…
I wróciłem bez wahania
Jakby Chinuk mnie poganiał
Do Skalistych Wzgórz potęgi
Tęczy barw
Tylko puenta się pałęta…
Może wrócę tam na święta?
Choć na chwile krótką, jedną
Chyba tak…
Emigracja, alienacja
Jaka jest w tym wszystkim racja
Może ktoś receptę słuszną na to zna
By nie myśleć po kryjomu
Czy ja teraz jestem w domu ?
To pytanie mnie zakwasza
Niech to szlag….
Epizodyczna chwila
Niech nikt się nie wychyla
Wszak stary świat jest stary
Zmieniliśmy się my
Nie będę już narzekał
Nie będę także czekał
Na długie złe miesiące
Co mogą jeszcze przyjść…
B.M.
Marek Mańkowski
"Goniec" 10-16 październik 2008
|
|