|

Czego się nie robi dla kolegów.
Zostałem ranczerem. Co prawda tylko na dwa dni, ale jaka to frajda.
Mój przyjaciel Roman, o którym już
nie raz pisałem, miał problem. Musiał wyjechać do Seatle w interesach w
tym samym czasie, gdy jego żona Irena musiała być w Vancouver. Przez
krotki w sumie okres, ok. 1.5 roku Roman zdążył mi wyświadczyć 4 tony
przysług, wiec zaproponowałem mu oczywiście ze dopilnuje gospodarstwa w
czasie jego nieobecności. O dziwo, ucieszył się. Hm… Rancho to nie byle
co. To nie jakiś warsztat, który można zamknąć na kłódkę. Tu są
zwierzęta, duże i małe, którym trzeba dać jeść, pić, pogadać z nimi i
ukochać je.
 
Tak wiec we wtorek po pracy, ok.
godz. 15:00 ruszyłem na północ. Rano spadł śnieg, trzymał
kilkunastostopniowy mróz, w radio podawali ze w mieście wydarzyło się
tego dnia 400 (czterysta) wypadków, a ja sobie jadę jeszcze dalej na
północ w stronę bieguna, gdzie mieszka Dziadek Mróz. Na szczęście
autostrada była odśnieżona wiec jechałem sobie prędko licząc na to ze
dojadę jeszcze za dnia i będę mógł zobaczyć to, co będę robił. Po
zjechaniu z autostrady w miasteczku Innisfaille, pozostało mi jeszcze 50
km, ale już na zachód, czyli teoretycznie nie powinno robić się zimniej.
 
Za to było śnieżniej, co na dość
wąskiej dwukierunkowej drodze nie było zbyt wygodne. Ok. 18 km przed
skrętem na rancho jest mała wioska Spring-cos tam. W wiosce jest sklep,
stacja benzynowa, knajpa, dwa domy i nic więcej, acha jest jeszcze
szkoła, a na odcinku kilometra ograniczenie prędkości do 30 km/godz. I
to nie ważne, dzień, noc, święto czy niedziela. 30km i już. Widziałem
tam raz radiowóz, wiec się stosuje, ale śmiesznie to wygląda, gdy o
piątej nad ranem czy o 9 wieczorem samochód z prędkości 100 km/godz.
nagle zwalnia do 30km., chociaż wiadomo ze nie ma tam żywego ducha. No
może kilka jeleni, które już parę razy przebiegły mi drogę w okolicy.
Ale to na pewno nie były dzieci, co jest narysowane dokładnie na znaku
drogowym. No, ale nic, to w sumie niewielka niewygoda ze ktoś nie
dopisał tak jak w Calgary ze znak nie obowiązuje po 17:00 i w dni wolne
od szkoły. Bo samochodów jeździ tam tak niewiele ze szkoda farby na taki
napis. Nic to. Dojeżdżam do bocznej drogi na rancho, skręcam i już widzę
ze jestem jedynym samochodem, który jedzie tam po opadzie śniegu.
Jeszcze parę km i już rancho, tak dobrze znane mi z poprzednich wizyt.
Jadę prosto pod zabudowania gospodarcze. Konie rżą już z daleka widząc
ze ktoś przyjechał. Roman zaopatrzył je w siano na cały swój wyjazd,
oprócz jednej klaczy, która nie zna umiaru i trzeba jej wydzielać. Taka
kłótnica jedna, która odgania inne od jedzenia, wiec stoi za to
oddzielnie i dostaje pasze wydzielona. Tym razem wydzielę jej ja. Widzi
to i wierzcie lub nie, ale uśmiecha się do mnie cala gęba i kokietuje
wygibasami żeby dać jej więcej. Ale nic z tego, Roman mnie przestrzegł
przed tym właśnie. Następny do obsługi jest „mój” Oscar, który tez ma
niezły charakterek i musiał być sam, Chociaż jego wybieg to kilka
hektarów urozmaiconej ziemi, łącznie z małym jeziorkiem. Ostatnio jednak
dostał do towarzystwa piec źrebaków, zabranych od matek by się nauczyły
ogłady i dobrego zachowania od człowieka. Oscar cały szczęśliwy, bo się
może „bossic”, czyli rządzić bezkarnie, Twister mu za to nie przyłoży, a
źrebaki się słuchają. Twister to najstarszy koń w stadzie i nie da sobie
w kasze dmuchać. To zresztą koń szefa. Jeziorko niestety zamarzło, nad
czym najbardziej boleją kaczki i trzeba Oscarowi i źrebakom nalać wody
do wielkiej kadzi. Inne konie maja wodę dostarczaną automatycznie do
podgrzewanych pojemników tak ze nie zamarza nawet w największe mrozy.
Wodę nalewam z kranu, który wygląda jak pompa i kiedyś się nabrałem,
próbując pompować. Woda wtedy leciała i nie leciała, zanim się
domyśliłem ze to po prostu zawór taki dziwny. Sześć wiader wody
zaniosłem i patrzyłem jak Oscar, małpa jedna nie daje się zbliżyć
źrebakom zanim się sam nie napije. Ale ciągnęły te wodę, jak niejeden
pijaczek w poniedziałek rano. Następne do obsługi były lamy. Tylko
trochę siana dla nich, bo one to mogą sobie łazić gdzie chcą i podjadać.
Teraz kury w kurniku i cztery kaczki. Ziarno z beczki, woda w specjalnym
przewróconym wiadrze, z którego się nie wylewa. Za to kaczki na złość za
zamarznięty staw potrafią cala te wodę wychlapać, łobuzy jedne i
codziennie trzeba zanosić nowa. Koty dopadły mnie już wcześniej. Jest
ich chyba 10, nie da się policzyć, bo latają w kolko i coraz nowe
zlatują ze strychu i miauczą i łaszą się i chcą albo pić albo jeść, albo
nie wiem co. Psy (trzy) wielkie białe, do obrony przed wilkami tez się
łaszą, co jest dobre, bo gorzej gdyby chciały bronić gospodarstwa. Nie
wysiadłbym wtedy z samochodu. Tak wiec kotom wody, psom nie, bo latają
sobie nad rzekę, suche jedzenia dla kotów i psów, kości rzucone i do
domu. Teraz ja sobie zjem. Trochę poczytałem i spać, bo o 4:30 rano
trzeba być już na drodze by zdążyć do Calgary do pracy. Pędzę wiec sobie
sam jeden na całej drodze, bo nikt nie wie ze w ogóle jest taka godzina
i wszyscy sobie smacznie śpią. Śnieg zaczyna sypać, zwalniam grzecznie
do 30km/godz. w Spring – cos tam, dojeżdżam do autostrady i gnam sobie
120/godz. trochę z dusza na ramieniu, bo śnieg sypie coraz bardziej.
Autostrada Calgary-Edmonton nigdy nie śpi a teraz lecą nią głównie
pick-upy, których tylko na tym odcinku jest chyba więcej niż w całym
Ontario. Prowadza je „olejowe dzieci”, młodzieńcy, którzy niewielkie
pojecie maja o jeździe poza naciskaniem gazu do dechy w 300 konnym
silniku. Mijają mnie tak jak bym jechał koło szkoły w Sprng – cos tam,
albo wręcz stal, wiec musza mieć co najmniej 150 – 160 km/godz. Wzbijają
przy tym taki tuman śniegu ze widoczność sprowadza się przy mijaniu
prawie do zera. Ja tez minąłem kilku maruderów w osobowych samochodach,
kilka ciężarówek i jedna wieka cysternę z wielka przyczepa, tez
cysterna. Dojechałem do pracy na czas, chociaż z dusza na ramieniu.
Włączyłem radio i nagle słyszę, że na autostradzie, która właśnie
jechałem jakiś pick-up wpadł w poślizg i walna w cysternę z przyczepa. W
sumie kraksa czterech pick-upów i cysterny, są ranni i 5 tys. litrów
oleju napędowego rozlanego na szosie. Autostrada zamknięta. Za pól
godziny wiadomość o kolejnej kraksie dalej na północ, ale ciągle na
odcinku, którym jechałem. Tym razem sześć pick-upów, kilka
przewróconych, autostrada w obie strony koło Olds zamknięta. Jak tak
dalej pójdzie do ilość pic-upów wyrówna się z ilością w Ontario całkiem
szybko. Po południu o 15:00 znowu w drogę na rancho. Tym razem świeci
słonce, śniegu na szosie nie ma, autostrada już otwarta, pick-upów
mniej. Niecałe dwie godziny i byłem na miejscu. Konie rżą i chyba się
cieszą ze mnie widza, koty mnie jeszcze bardziej opadły, Oscar karci
źrebaki, klacz mnie podrywa, lamy zaglądają mi w oczy, a króliki, o
których zapomniałem powiedzieć już się nie chowają. Dzisiaj wybrałem
kurom jajka, chociaż nie były bardzo szczęśliwe z tego powodu, a kogut
się czepiał. Rano, o tej godzinie co jej nie ma, znowu do Calgary, ale
już ostatni raz bo jutro Roman wraca. Pick-upów pewnie będzie mniej,
przynajmniej o te 10, i może nie będzie padał śnieg, w co nie wierze, bo
tu zawsze pada. Podejrzewam ze nawet latem tylko to ukrywają…
Pomimo robienia codziennie 300 km,
lubię być ranczerem. Tu taka cisza i spokój i zwierzaki nikogo nie
obgadują i chyba mógłbym tu żyć…
Marek Mańkowski
|
|