|

12 wrzesień 2006
roku. Dzień jak każdy. Tak by się wydawało. Tylko ogień
dzisiaj jest inny. Ogień jest mahoniowy właśnie. To chyba
ostatni dzień lata tutaj w Albercie, w Calgary, w Kanadzie.
Jutro temperatura ma spaść do kilku stopni i jesienny deszcz
zaciągnie na przynajmniej tak długo jak sięga prognoza
pogody, czyli co najmniej na tydzień. W wysokich Górach
Skalistych w sobotę ma spaść śnieg. A może przyjdzie i tutaj
do miasta. Dziwne to, bo jeszcze w niedziele była piękna
słoneczna pogoda, jak przez większość tego lata. Krotki
rękaw i krótkie spodnie, dziewczyny jak na plaży. A to
przecież już polowa września i w Calgary to miała być tylko
zima i sierpień. Poniedziałek i wtorek dzisiejszy tez były
cieple i słoneczne. Kupiłem butelkę czerwonego ontaryjskiego
Marlot, rozpaliłem ogień w ogrodzie, polozylem na nim ruszt.
Ogień mahoniowy. Czemu mahoniowy? Bo takie miałem drewno.
Kawałki, niektóre całkiem spore, dobrze wysuszone, dobrze
się paliły. Lubię patrzeć w ogień, patrzeć jak się zmienia i
tańczy, jak zbiera się żar. Patrzyłem w ten ogień i myślałem
o toczących się losach ludzkich, o pamięci, o przyjaźniach
trwających i przemijających, o tych, którzy pomagają i o
tych, którzy o tym zapominają. Jak często wygodnie jest
zapomnieć o ludziach, którzy nam pomogli. Jak łatwo
zbagatelizować i pomniejszyć pomoc, która tak ważna była
wtedy, gdy jej potrzebowaliśmy i jak niewiele znacząca jest
dla nas, gdy już jej nie chcemy...
Marek
Mańkowski |