|

Narodowym sportem w Kanadzie jest hokej. Wszyscy to wiedzą.
To, że w kraju jest masa lodowisk też. Ale to, że w piątek
27 listopada lodowisko zrobiło się na każdej ulicy w mieście
Calgary to już była przesada. Mieszkając siedemnaście lat w
Mississauga widziałem nie raz tzw. „black ice” i nie raz
przyszło mi po nim jeździć, ale to, co było teraz w Calgary
przerosło wszystko czego doświadczyłem przez swoje 21 lat w
Kanadzie. Zaczęło się bardzo niewinnie. Z pracy wyjechałem
wcześnie, bo już o 15:30. Pracuję teraz za miastem,
kilkanaście km na północ od Calgary, wśród rozległych
falistych prerii, gdzie horyzont z jednej strony zamykają
Góry Skaliste, a z pozostałych stron nie zamyka go nic.
Część drogi dojazdowej to kilka km szutru w jednym miejscu
wiodącego ostro pod górę. Zastanawiałem się parę razy, co
będzie, gdy spadnie więcej śniegu w czasie nadchodzącej
zimy. Czasem za
oknami stolarni pojawiają się krowy, co dziennie wspaniały
wschód słońca. To pierwsza stolarnia, a znam ich wiele,
która ma panoramiczne okna, a dookoła żadnych obiektów w
zasięgu wzroku. Tak więc jak wspomniałem, wyjechałem tego
dnia o 15:30. Kilka płatków śniegu wirowało w powietrzu, ale
nie na tyle by sprawiało to kłopot. Gdy mijałem jeden z
nowych Malls na północnych przedmieściach, skręciłem do TD
Bank by sprawdzić czy zwrócono ukradzione mi z kąta 180
dolarów. Do tej pory tylko w wiadomościach radiowych
słyszałem o przedświątecznych kradzieżach z kont bankowych,
a teraz dotknęło to mnie. Jak złodzieje to robią, nie wiem.
Kartę bankową miałem cały czas przy sobie i to tę nową z „czipem”,
który miał ją chronić przed takimi właśnie kradzieżami. W
którymś ze sklepów musiano skopiować zawarte w niej
elektroniczne informacje, jak i nr PIN i wpisać je na inną
kartę, którą następnie użyto do pobrania pieniędzy z mojego
konta. Zrobiono to bardzo cwano. Najpierw 20 dol., pewnie by
sprawdzić czy działa, a kilka sekund później 160 dol. Takie
sumy mogą umknąć naszej uwadze, zwłaszcza gdy nie sprawdzamy
stanu konta i wydatków każdego dnia. W tym przypadku
zwróciłem uwagę na nietypowe sumy pobrane z maszyny. Było to
22 dol. i 162 dol. Te dwa dolary to opłata gdy używa się
inną maszynę niż własnego Banku. Ponieważ nie robiłem tego
od miesięcy, wiec pojechałem do swojego oddziały TD by
wyjaśnić sprawę. Tam właśnie dowiedziałem się jak to było
zrobione, sprawa została skierowana na policję i teraz
czekam na zwrot. Tak więc sprawdziłem stan konta w maszynie
bankowej na tym Mall-u i ponieważ nie było zwrotu
postanowiłem pojechać do swojego „branch TD”, by dowiedzieć
się czegoś bliższego i wpłacić czek. Kilka minut spędzonych
przy maszynie bankowej zmieniło cały zewnętrzny świat. Szyby
samochodu, czyste, gdy wchodziłem do banku, były pokryte
warstwą śniegu, który sypał gęstą wirującą masą. Śnieg nawet
duży to nie jest coś, co zniechęci mnie do jazdy, nawet gdy
nie jest to już Jeep tylko osobowy Intrepid z napędem na dwa
koła. Dojechałem bez kłopotów do 14 Street N.W. i ruszyłem
na południe wzdłuż Nosowych Wzgórz. Kłopot rozpoczął się
przy długim, kilkukilometrowym zjeździe w dół. Nagle okazało
się, że pod kopnym śniegiem jest „żywy” lód. Samochody
jadące przede mną tańczyły usiłując zahamować przed
czerwonym światłem. Dobrze, że w małej przerwie sypiącego
śniegu udało mi się tę sytuację zauważyć z dość daleka.
Zwolniłem do prędkości pieszego. W tym czasie światła daleko
w dole zmieniły się na zielone, samochody ruszyły. Zanim
pokonałem tę odległość w żółwim tempie, światła znowu
zmieniły się na czerwone. Byłem pierwszym samochodem, który
do nich dojeżdżał. Pomimo żółwiego tempa i ABS w hamulcach,
auto sunęło z góry na zablokowanych kołach. Patrzyłem w
lusterko wsteczne jak daleko za mną jest następny. Z trudem
zatrzymałem się przed światłami. Zostawiłem sobie ok. 20 m
na ewentualną ucieczkę, gdyby samochód za mną nie zdołał się
zatrzymać. Udało się. Jeszcze tylko jedne światła i skręt w
lewo. Ciągle z góry w żółwim tempie, od czasu do czasu,
samochody poniżej jechały bokiem, wskakiwały na krawężnik i
chodnik by zatrzymać się na siatce ogrodzenia. „Jadące” w
przeciwnym kierunku prawie stały w miejscu z kręcącymi się
kołami. Kto wiedział by jechać na małym biegu ledwo ruszając
gaz, trochę się poruszał, kto dodawał gazu stał w miejscu,
lub nawet staczał się do tyłu. Widziałem duży terenowy
samochód którego wszystkie cztery koła kręciły się szybko do
przodu a on spływał po lodzie w tył, póki nie zatrzymał się
na innym samochodzie. Skręciłem wreszcie w lewo z 14 Street
w Northmount i na parking do banku. Nie zajęło mi więcej niż
15 minut i ruszyłem do domu. Teraz musiałem jechać pod górę.
Boczna ulica osiedlowa była zatarasowana przez autobus nie
mogący podjechać pod górę i stojące we wszystkich kierunkach
samochody. Musiałem znowu pojechać 14 Str, tym razem pod
górę. Na szczęście tylko kilkaset metrów, a potem w prawo.
Pomimo że mój samochód posiada „traction control” pokonanie
tych kilkuset metrów zajęło mi ponad godzinę. Wreszcie skręt
w prawo w John Laurie Blvd N.W. Tam stojące rzędy
samochodów. Poruszaliśmy się noga za nogą, a właściwie koło
za kołem. Po kilometrze okazało się dlaczego. Już na
McKnight, od skrzyżowania z 4 Str, N.W. ulica wiodła w dół.

Lód był taki, że samochody pokonywały ją pojedynczo pomimo
dwóch pasów, staczając się przodem, bokiem, czasem tyłem.
Reszta czekała na swoją kolej. W dali widziałem już swój
dom, ale zajęło mi kolejną godzinę nim tam dojechałem, na
szczęcie bez szwanku. Cała droga z banku to cztery km.
Normalnie zajmuje 5 minut by ją przejechać.

Pod domem, na górzystym podjeździe złapany na trawnikowych
głazach pick-up. Zawsze tam się ktoś łapie jadąc za szybko
na pochylonym w odwrotną stronę zakręcie. Tym razem każda
szybkość to było za szybko. Stał tam, a właściwie wisiał
jeszcze dwa dni zanim go ściągnęli. W domu odmówiłem Beacie
kategorycznie zawiezienia jej na próbę chóru do kościoła.
Ok. godz. 22:00 niewiele się zmieniło na ulicach. Wyszliśmy
na spacer. Zadzwonił Antoni Wolak, który wyszedł od nas dwie
godziny wcześniej i właśnie udało mu się dojechać do 16 Ave.
N.W. czyli ok. 2 km. Pozostało mu jeszcze dwa do domu do
śródmieścia. Opowiedział o chaosie na Centre Str. Poszliśmy
to zobaczyć. Ja, Beata i nasz ulubiony gość z Krakowa Regina
Cyganik.

W całym mieście wyły syreny pogotowia, straży pożarnej i
policji. Pod górę McKnight dalej ciąg usiłujących podjechać
samochodów, z góry jechały pojedyncze, a właściwie ślizgały
się i staczały po gołym wyślizganym lodzie. Na Centre Str.
Widać było w dali na szczycie wzgórza łuny świateł
samochodów. W połowie zbocza stojące w poprzek samochody i
kilka autobusów miejskich. Jeden z nich oparty o wiatę
przystanku. Na jego „zadzie” zatrzymało się ok. 10
samochodów. Przekroczyć ulicę na piechotę to była prawdziwa
sztuka, tak było ślisko. W radiu podawano wcześniej, że
autostrada na północ od Calgary została zamknięta w obu
kierunkach. Zderzyło się tam ok. 120 samochodów. Zginął
młody 21 letni chłopak, który próbował uciec z karambolu i
opuścił rozbity samochód. Przejechał go inny. Nie jest to
mądry pomysł opuszczać samochód na autostradzie. W samym
mieście było tego wieczoru w sumie ok. 600 wypadków. Karetki
pogotowia, by dojechać musiały czekać na piaskarki i jechać
za nimi.
A służby miejskie? Chyba czekały jak zwykle na Chinook,
czyli ciepły wiatr z gór. Żadnej soli, żadnego piasku,
żadnej piaskarki. Ruszyły się dopiero na wezwania
ambulansów, które nie mogły dojechać do rannych. Chinook
przyszedł w niedzielę i 12 stopni ciepła oczyściło ulice
miasta z lodu. Gdyby nie piątkowy „perfect storm” powodujący
takie niespodziewane i kompletne oblodzenie, służbom
miejskim znowu by się upiekło. Na szczęście trochę ich to
nauczyło i w poniedziałek, gdy znowu przyszła śnieżyca,
ulice były w czas posypane i przejezdne. To jednak nie
koniec.

Mam nadzieję, że nie stanie się tradycją w Albercie, iż w
każdy piątek pogoda chce nam przykopać. Tydzień wcześniej „perfrct
storm” praktycznie unieruchomił miasto lodową pokrywą ulic,
teraz opady śniegu i zamieć uczyniły to samo. Same opady nie
były aż tak wielkie jak potrafią być w Ontario (niewiele
ponad 20 cm), ale w połączeniu z wichurą wiejącą w poprzek
prerii to „niewiele” potrafiło miejscami utworzyć nawet
trzymetrowe zaspy. Już w czwartek telewizja zapowiadała
wielki problem śnieżny i wszystko sprawdziło się co do joty.
Jak pisałem wcześniej, pracuję teraz na zupełnym wygwizdowie
i już koło południa zaczęło się białe szaleństwo. Wichura
była taka, że trzęsły się ściany budynku i wydawało się że
dach się unosi. Za oknami przewalająca się biel. O 14:00
boss nie wytrzymał i zwolnił nas do domu. Zaspy sięgały
miejscami półtora metra, ale sama droga, poza kilkoma
jęzorami śniegu była wymieciona przez wiatr. Do domu
dotarłem bez przeszkód i wydawałoby się, że weekend mogę
spędzić w ciepłym mieszkanku oglądając w telewizji zmagania
tych, co muszą jeździć. Ponieważ jednak u mnie rzadko bywa
normalnie, więc i tym razem wypadło coś co wygnało mnie z
ciepłego przytulnego miejsca przy kominku…
Kilka miesięcy wcześniej obiecałem, że 5 grudnia pomogę w
serwowaniu obiadu dla ok. 200 ludzi w corocznej imprezie
organizowanej przez CAROLINE ELK na której to imprezie
podawane są m. in. pieczenie z prawie wszystkich gatunków
dzikiej zwierzyny występującej w Albercie. Byłem tam już raz
na dwa lata temu, kolejny rok spędziłem w Polsce i teraz
miałem być znowu. Nie przewidziałem tylko, a właściwie nie
myślałem, że pogoda płata figle. Kto myśli o śniegu i
mrozie, gdy na dworze jest + 20…
Tak więc w radiu i telewizji wieczorem 4 grudnia 2009
powtarzano komunikaty o śnieżycy i zamieci i nakazywano
pozostanie w domu, bo drogi nieprzejezdne i brak widoczności
kompletny i zaspy i mróz… Ale przecież „słowo się rzekło,
kobyłka u płota…”
Muszę przyznać, że moja małżonka Beata i moja przyrodnia
córka Kinga mają znacznie więcej zaufania we mnie niż ja sam
i gdy powiedziałem, że w sobotę rano wyjeżdżamy do Caroline
(170 km na północ) nie protestowały specjalnie mocno. Tym
bardziej ciążyła odpowiedzialność by dojechać i wrócić w
całości. Ciepłe ubranie, ciepłe buty, koce, świeczka,
kanapki, woda. Tym razem to nie Jeep, który przejedzie
wszędzie, ale osobowy Intrepid z wielosezonowymi oponami i
tylko przednim napędem. W środku, owszem, luksusowo i
ciepło, ale nie jest to auto przeznaczone do ekstremalnych
warunków drogowych.

Rano sprawdziłem stan dróg na Internecie. Autostrada do
Edmonton, na odcinku od Calgary do Red Deer była zamknięta.
To właśnie droga, którą mieliśmy jechać. 30 km przed Red
Deer, w Innisville trzeba skręcić na zachód i 70 km dalej
jest Caroline. Inna możliwość to droga nr. 22, będąca
prawdopodobnie w jeszcze gorszym stanie niż główna
autostrada.
Jedyne ustępstwo jakie zrobiłem to późniejszy wyjazd, razem
ze wschodem słońca, czyli o 7:30 rano. Brzask pozwalał
widzieć trochę więcej niż tylko biały tuman. Od domu do
autostrady mam nie więcej niż kilometr. Wyjazd z miasta nie
był taki zły. Beata nie znając dobrze angielskiego nie
słuchała komunikatów z radia o nieprzejezdności drogi, którą
mieliśmy właśnie jechać. Obietnica dana kilka miesięcy
wcześniej siedziała w głowie. Postanowiłem jechać autostradą
tak daleko jak się da, a potem próbować przebić się do drogi
nr 22. Najgorsza była widoczność. Wichura ciągnęła
nieprzerwaną rzekę białego śniegu w poprzek drogi na
wysokości kilkudziesięciu cm. Nierówne oblodzone koleiny nie
pozwalały jechać szybciej niż 80 – 90 km/godz. Co jakiś czas
samochód przebijał nawiane śnieżne jęzory i wtedy tuman
rozbijanego puchu unosił się na kilka metrów w górę.

Co kilkaset metrów, po obu stronach autostrady i pomiędzy
pasmami stały w zaspach samochody osobowe, pick-up-y, małe
ciężarówki i wielkie TIR-y. Zakopane w śniegu, często
powyżej dachu, sprawiały wrażenie jakby jechało się przez
teren gdzie właśnie przeszła wojna. Cały czas słuchałem
komunikatów radiowych. W pewnym momencie przekazano
wiadomości, że autostrada do Red Deer została otwarta.
Zapowiadało się dobrze…

Przed zjazdem na Didsbury, ok. 80 km od Calgary wśród
tumanów śniegu zamajaczyły światła stopu i awaryjne. Udało
mi się wyhamować. Włączyłem natychmiast awaryjne
kierunkowskazy. Droga była zatarasowana kilkunastoma
samochodami. Kilka wielkich ciężarówek stało zakopanych.
Widać było, że rozpaczliwie hamowały. W prześwitach białego
tumanu, daleko z przodu widać było jakiś ruch.
Charakterystyczne światła na wysokich tykach wskazywały na
pracujący pług śnieżny. To była jakaś nadzieja. Już po 15
minutach ruszyło się. Rozpędem przejechałem zbierającą się
zaspę. Pod wiaduktem stała wieka ciężarówka wbita w nawianą
masę śniegu, wysoką może na dwa metry. Pług śnieżny pracował
nad odgarnięciem rampy zjazdowej na drogę do Didsbury. Udało
się. Didsbury było kilka km na zachód od autostrady. Tam
skręciłem na drogę nr. 2A, wiodącą na północ. Dało się
jechać. W Bowden wróciłem na autostradę na kilka kilometrów
przed Innisvile, potem zjazd na drogę nr 54 do Caroline. Na
rancho Romana dojechaliśmy o jedenastej. Dwa razy tyle czasu
co normalnie zajęła nam ta droga, ale udało się. Roman z
samego rana przejechał kilka km drogi dojazdowej do swojego
domu spychaczem, byśmy mogli dojechać. Dziewczyny zostały z
Ireną, jego żoną, a ja pojechałem 15 km dalej do Caroline by
pomóc w krojeniu ziemniaków na nadchodzący obiad. Roman był
tam od rana. Po południu, już Romana dużym pick-upem z
napędem na 4 koła pojechaliśmy znowu do Caroline serwować
doroczny obiad. Szefem kuchni był Ron, na co dzień prawdziwy
szeryf w jednym z miasteczek. Zjawiły się też jego dwie
śliczne córki Heather i Janice, lat 14 i 16 by pomóc w
ustawieniu wszystkiego. Byli też kanadyjscy pionierzy,
zbierający talerze, panie, które kucharzyły, inne
sprzedające bilety (tylko 10 dol.) no i sześciu którzy
kroili mięsiwa (pieczenie z łosia, karibu, kilku gatunków
kozic, bizona, królika, jelenia i wapiti). Pomimo pogody
przyszło sporo ludzi, ale przecież ranczerzy to twardzi
ludzie i jakieś tam zaspy nie zatrzymają ich przed coroczną
imprezą. Na rancho wróciliśmy przed 20:00. Nie było sensu
wracać po ciemku do Calgary. Ciągle wiejący w poprzek drogi
śnieg powodował, że w świetle reflektorów trudno się było
zorientować gdzie droga a gdzie już pole. To był powód, dla
którego tyle setek samochodów siedziało w zaspach na poboczu
autostrady i dróg. By do nich nie dołączyć, zostaliśmy na
noc w gościnie u Romana i Ireny, chociaż rano musiałem być w
Calgary. Wyruszyliśmy tuż przed brzaskiem i już po 60 km
byliśmy na autostradzie, która tym razem była przejezdna i
już bez przygód dojechaliśmy do domu. Zarówno w jedną jak i
w drugą stronę Kinga prawie cały czas spała, a Beata robiła
na drutach. Nie wiem czy mają takie nerwy czy takie zaufanie
doi swojego kierowcy?
Co nam przyniesie ten piątek? Zobaczymy. Na razie
przez tydzień jest tylko w wietrze ok. -42 C ale to nic…
Mała rada dla kierowców, którzy muszą jechać w zimowych
ciężkich warunkach. Oprócz koca, świeczki, i zmiany ciepłego
ubrania, woźcie koniecznie w bagażniku łopatę. Ogromna
większość samochodów, które widziałem po drodze zakopanych
na poboczu szos mogłaby wyjechać z powrotem na drogę o
własnych siłach, gdyby ich kierowcy mieli czym je wykopać ze
śniegu. Kilka lat temu, gdy „udało” mi się kompletnie
zakopać i posadzić na podwoziu ciężki terenowy Tahoe w
śniegu na preriach Saskatchewan, wykopałem go i postawiłem z
powrotem na drodze właśnie za pomocą szpadla, bez niczyjej
pomocy.
Marek Mańkowski
|
|