|

Polonia. Naród
specyficzny. Wszyscy są Polakami, ale nie tylko. Lata pobytu
na obczyźnie siłą rzeczy zmieniły nas, przystosowały do
innych zwyczajów, innych warunków, innych obyczajów.
Najczęściej nie chcemy się do tego przyznać. Uważamy, że nic
się nie zmieniło, że jesteśmy tacy sami jak wtedy, gdy
opuszczaliśmy Polskę. Otóż nie jesteśmy i nawet częste
wyjazdy do Polski tego nie zmienią. Nie czujemy już tamtego
rytmu, tamtej atmosfery spotkań, dyskusji, kawałów. Kabarety
z Polski już nas tak nie bawią i często dziwimy się, z czego
się rodacy w kraju śmieją.
Jednak wbrew temu, co
niektórzy sądzą, Polacy gdziekolwiek by nie mieszkali mieli,
mają i będą mieli poczucie humoru i potrzebę śmiechu. Są w
Toronto – Mississauga dwa rodzime kabarety (tzn. tutejsze,
tu powstałe i tu występujące). Oczywiście nic nie może być
proste, łatwe i zrozumiałe w naszym Narodzie, więc znany od
lat kabaret „To i Owo” nazywa się teraz „O Co Chodzi ?” (to
nie pomyłka, każde słowo w ich nazwie pisze się z dużej
litery), a kabaret „Pod Bańką” żeby było śmieszniej,
występuje właśnie w Polsce. A co? Nie tylko odmieniły się
relacje finansowe, i teraz często to rodzina w Polsce
przysyła pieniądze rodzinie w Kanadzie (znam osobiście kilka
takich przypadków), ale i artystów sceny nie tylko
zapraszamy z Polski, ale i do Polski posyłamy. Jak rodacy w
kraju śmiali się z dowcipów polonijnych dowiemy się po
powrocie (albo się nie dowiemy). Kabaret, który pozostał na
miejscu, też nie pozostał tylko pojechał na występy do USA,
a konkretnie do Nowego Yorku na piąty już Kabareton,
organizowany przez Janusza Szlechtę z Nowego Dziennika,
najstarszej i największej tamtejszej gazety polonijnej. No i
już. Zostaliśmy sami, bez kabaretu, bez śmiechu. Stąd te
ponure miny na Dixie i Bloor i Dundas i Roncesvalles. Ja sam
nie mogłem znieść myśli, że wszyscy zawodowi rozśmieszacze
nas opuszczają. Zdeterminowany by nie dać się zaponurzyć,
zabrałem się z nimi jako kierowca-reporter.
Tak więc w piątek po
pracy, zaczęto zbierać SIEDMIU WSPANIAŁYCH na podbój USA w
ogóle, a Nowego Yorku w szczególności. Nasz pojazd bojowy to
był siedmioosobowy mini van produkcji rodzimej, modelu mi
nieznanego. Pojazd dostarczyła Ilona, zbieranie zaczęła ode
mnie. Zupełnie jak w tym znanym westernie zbieranie
właściwych „siedmiu” odbywało się na przestrzeni wielu,
wielu mil, od wschodniej Mississaugi po zachodni Hamilton.
Zbieranie poszło dość gładko, chociaż Ilona w niczym nie
przypomina Yula Brynera, bo jest ładna i nie łysa. Jedyny
drobny zgrzyt to było zgubienie zasilacza do niezbędnego
GPS, kupienie nowego w Hamilton i znalezienie starego kilka
godzin później.
Nasza grupa bojowa to :
1.
Wódz wyprawy,
Siedmiowspaniała Ilona Girzewska
2.
Wspaniała
Bogusia Adamczewska
3.
Wspaniała
Anna Schellenberg - akompaniatorka
4.
Wspaniały
Darek Sowiński
5.
Wspaniały
Andrzej Bociański
6.
Wspaniały
Andrzej Haliniak
7.
Najmniejwspaniały Marek Mańkowski (nie umie śpiewać, nie
rozmiesza, nie opowiada
sprośnych
kawałów, obrzydliwie trzeźwy)
Ilona jako wódz pierwsza
prowadziła auto, by pokazać jak to się robi. Wichura była
ogromna i tylko dlatego nie zniosło nas z mostów w Hamilton
i St. Catharines, że było nas siedmioro z bagażami (tu też
moja skromna zasługa: 130 kg żywej wagi od zawietrznej).
Przez niecałe sto kilometrów do granicy dyskutowaliśmy, co
powiedzieć amerykańskiemu celnikowi. Siedem osób, w bagażach
stroje dziwne, peruki niespotykane, minifortepian wypadający
przy każdym podniesieniu tylnej klapy, kanapki, kiełbaski,
ogórki kiszone, smalec i urządzenia mikrofonowo-słuchowe. Do
tego nabyte w „duty free” napoje wyskokowe. Miała jeszcze
być gitara, ale już się nie zmieściła. Po wspólnym głębokim
namyśle doszliśmy do wniosku, że najlepiej powiedzieć
prawdę. Na granicy, po stronie USA było przed nami tylko
siedem samochodów, ale szło bardzo opornie. Najwyraźniej
celnik sprawdzał wszystko dokładnie. Najbardziej martwił nas
fortepian, który mógł sięgnąć bruku przy otwarciu klapy, a
był taki ładny, elektryczny i całkiem amerykański. Wszyscy
wiedzą, że jedzenia do USA wwozić nie wolno, owoców też nie
(czy ogórek to owoc?). Gdy zostały już przed nami tylko dwa
samochody, nagle zrobił się ruch, bo otwarto jeszcze jedno
stanowisko. Podjechaliśmy wreszcie do celnika. Na pytania
Ilonka zgodnie z ustaleniami odpowiadała tylko prawdę: gdzie
jedziemy? Do New Jersey. Po co jedziemy? Na Polish Folks
Festiwal. Czy wieziemy żywność lub owoce? Nie. Kiedy
wracamy? W niedzielę. Paszportów było siedem, twarzy w
samochodzie tyle samo, celnik tylko się uśmiechnął do Ilonki
i z życzeniami miłej podróży przepuścił. Nie trwało to nawet
trzech minut, a wszystko dlatego że Ilona, zgodnie z kobiecą
naturą mówiła tylko prawdę. Gdy zaraz za przejściem
granicznym, już na amerykańskiej autostradzie rozpędziliśmy
się do prędkości podróżnej, nagle coś mignęło z lewej
strony, przeleciało na prawą prosto pod wyprzedzającego nas
prawą stroną jeepa. W światłach tego jeepa ujrzeliśmy
pięknego jelonka. Ujrzeliśmy też jak jeep go uderza. Trwało
to moment, przy prędkości ok. 100 km/h zarówno jeep jak i
jelonek pozostali na miejscu. Zatrzymywanie się nie miało
sensu, do przejścia granicznego było może 200 metrów, na
pewno widzieli wypadek i przyjdą z pomocą lepszą niż my
moglibyśmy dać. Skąd się tam wziął ten jeleń? Może chciał do
Kanady? Szkoda go.
Jeszcze przed Syracuse
zmieniłem Ilonę przy kierownicy i ruszyliśmy na południe
przez Appalachy. Jadąc tą drogą zaoszczędza się dobre sto
km, ale jest jeden minus: bardzo niewiele miejsc, w których
się można zatrzymać. Prawdopodobnie za to znienawidzi mnie
jeden z pasażerów, który chciał stawać często z powodów
kilku (potrzeba naturalna, kręgosłup bolący, papieros).
Odmawiałem kategorycznie zatrzymywania się w środku nocy na
autostradzie, bo zdążyłem już ich polubić, a nie wiadomo ilu
z nas by przetrwało, gdyby jakiś usypiający kierowca
ciężarówki zbyt późno zauważył stojący na poboczu mini van.
Tak więc jechaliśmy, w większości pochrapując, przez góry i
doliny, których kompletnie nie było widać w nocnych
ciemnościach. Śnieg nie padał, deszczu nie było, świat
skurczył się do 200 metrowego tunelu drążonego w ciemności
przez światła samochodu i tylko od czasu do czasu wracała
pamięć przejechanego jelenia i świadomość, że one tam są i
mogą skończyć naszą podróż tak jak skończyła się podróż
jeepa.
Do Wallington w New Jersey
dojechaliśmy przed szóstą rano. GPS pokazał nam budynek, w
którym Janusz Szlechta nigdy nie mieszkał, ale Ilona już tam
przedtem była, więc zapukaliśmy we właściwe okno. Janusz
wyglądał jak każdy człowiek, którego zerwą o tej porze na
nogi, ale o dziwo uśmiechał się. Dom, w którym mieliśmy
zakwaterowanie załatwione przez Janusza miał być do
dyspozycji dopiero od dziewiątej, więc towarzystwo pokładło
się gdzie mogło (w większości na podłodze), co było jak
Hilton po nocy spędzonej w siedem osób w siedmioosobowym
vanie, w którym nie powinno jechać więcej niż 4 osoby, by
się poczuć w miarę wygodnie na niezwykle niewygodnych
siedzeniach. Mówią, że „piwo z rana jak śmietana”. Janusz
miał piwo i nie odmówiłem sobie wiedząc, że pory picia
alkoholu to stare przesądy. Potem jeszcze internetowa
konferencja przez Skype z „Forumowcami” (Światowe Forum
Mediów Polonijnych): Tadkiem ze Szwecji i Małgosią ze
Słowacji. To niesamowite na co pozwala dwudziesty pierwszy
wiek. Po kilku godzinach pobudziliśmy rozespane na podłodze
i kanapie towarzystwo i ruszyliśmy do naszej kwatery.
Sobotnie drogi New Jersey były w miarę puste i po kilkunastu
kilometrach dojechaliśmy do uroczego domu z basenem, polską
telewizją i prawdziwymi łóżkami. Właściciel Józef Pałka,
długoletni właściciel studia tanecznego „Josef’s Dance
Studio”, którego wychowankowie zdobyli wiele
międzynarodowych nagród w konkursach tańca towarzyskiego
przyjął nas prawdziwie po staropolsku.

Razem z Januszem Szlechtą
zorganizowali wspaniałe polskie śniadanie (catering z
polskiej restauracji w Wallington).
Ależ to było dobre.

A potem jeszcze próba
kabaretu. Byłem na tej próbie widzem w pierwszym rzędzie. I
obśmiałem się i wzruszyłem. A potem kąpiel i spanie i
pobudka zbyt wczesna i wyjazd do Nowego Yorku na Brooklyn,
gdzie w polskiej dzielnicy Green Point na ulicy Java St. w
Centrum Słowiańskim miał się odbyć ostatni Kabareton. Czy
wszyscy widzieli film pt. „Szczęśliwego Nowego… Jorku”? Tak,
to ta sama dzielnica, z Manhattan Ave. od której odchodzi
Java Str. Znam ten rejon dość dobrze. Miałem tam kiedyś
dziewczynę i przyjeżdżałem prawie co tydzień, ale nie byłem
od sześciu lat, więc gdy kabaret wyładował sprzęt i poszedł
na próbę, ja znalazłem miejsce do parkowania i poszedłem się
przejść po Manhattan Ave. wspominając dawne czasy. Znalazłem
restaurację Manhattan w której tak często jadłem śniadania.
Była odnowiona, ale obsługa ta sama. Pamiętam, że rano
zawsze wpadali tam policjanci na pączki i kawę, jak na
filmie. Wspomnienia, wspomnieniami, czas jednak wracać.
Przygotowania do występu szły pełną parą. Zorientowałem się,
że nie znamy adresu domu, w którym mieszkamy, ani nie mamy
pojęcia jak tam wrócić. Well,
to ja, jako kierowca powinienem
o tym pomyśleć…
Występ rozpoczął się
o czasie, czyli o 18:30 i trwał prawie do drugiej w nocy.
Nie będę go opisywał, bo można przeczytać o tym na łamach
Nowego Dziennika. Powiem tylko skromnie, że występ naszej
kanadyjskiej grupy był najlepszy i prawdziwie kabaretowy.
Publiczność śmiała się i dobrze bawiła i śmiałem się też ja,
chociaż widziałem to już na próbach. Program ten zobaczyć
będzie można w tę sobotę, 10 grudnia w Toronto.
Darek Sowiński jako
lekarz jest niezastąpiony, Andrzej Haliniak jako alkoholik
aż za bardzo przekonujący, Andrzej Bociański pięknie śpiewał
i grał na pożyczonej gitarze, Ilona i Bogusia rewelacyjnie
śpiewają i wyglądają jako pielęgniarki, a Anna bardzo
profesjonalnie akompaniowała im na fortepianie Darka.
Kabareton trwał, występowały różne grupy, m.in. kabaret
Janusza Szlechty, który też dał bardzo dobry program, była
też duża grupa śpiewająca bluesa, ale przyszedł koniec i
czas na pakowanie. Poszedłem po samochód. Wcześniej udało mi
się jakimś cudem zdobyć adres domu Józefa i po niedługim
czasie dzięki GPS byliśmy na kwaterze. Bardzo późna kolacja
była smaczna i obfita i zakrapiana, a potem spać. Jeden z
Andrzejów, nie pamiętam, który, obudził nas o 10 rano
(zgroza), po czym sam poszedł dalej spać. Zanim się wszyscy
zebrali było już po południu i po kolejnej wspaniałej uczcie
przywiezionej nam przez Józefa i pożegnaniu Janusza, który
dokonał cudu organizacyjnego, nie padając przy tym, ale
jeszcze występując na scenie, wyruszyliśmy w drogę powrotną.
Sytuacja się powtórzyła, ale tym razem w dzień (przynajmniej
do Syracuse). Andrzej jeszcze bardziej chciał stawać na
autostradzie, ja jeszcze bardziej się na to nie zgadzałem.
Przez granicę kanadyjską przewoziła nas znowu Ilona, tym
razem mówiąc „prawdę i tylko prawdę”, że „wieziemy alkohol i
papierosy” (w końcu byliśmy za granicą ponad 48 godzin, więc
mogliśmy). I znowu celnik jej uwierzył. Po stu kilku km i
rozwiezieniu wszystkich wylądowałem w domu, we własnym
łóżku.
Uważam, że rolą Polonii
jest przede wszystkim dążenie do zachowania polskiej kultury
i polskiego języka. Nie wtrącanie się w sprawy Polski,
politykowanie o urządzeniu starego kraju według naszych
pomysłów, pouczanie rodaków z Polski. Polska jest teraz
wolna i sama potrafi, chociaż do niektórych to nie dociera
jak do tego japońskiego żołnierza, który wyszedł z puszczy
30 lat po wojnie, myśląc, że wojna ciągle trwa. To kabaret
„O Co Chodzi?”, „Pod Bańką”, grupy folklorystyczne, teatr,
zespoły taneczne i sportowe, polonijna prasa, podtrzymują
naszą polskość i nasze korzenie. Chwała im za to. Nie robią
na tym „kasy”. Robią to bo chcą, bo lubią, bo chcą by coś po
nas zostało.
W sobotę pójdę jeszcze raz
na występ „O Co Chodzi?” Pójdę z przyjemnością. Nie da się
tam nudzić, a śmiechu co niemiara. Zapraszam. Po informacje
jak dostać bilety i gdzie jest występ można dzwonić: 416
540-2611.
Marek Mańkowski
|
|