
No i stało się. Lato minęło. Chyba mieliśmy dużo szczęścia w
tym roku, bo chociaż w czerwcu jeszcze spadł śnieg to jednak
lato było piękne, w miarę ciepłe, a czasem nawet gorące i
nic nie nawiązywało do calgaryjskiej tradycji, że tu tylko
dwie pory roku: lipiec i zima. Wrzesień to w tym roku
kontynuacja lata. Dzisiaj było 27 stopni Celsjusza a jutro
ma być 31. Ponieważ w zeszłym roku jesień też była
nadspodziewanie ciepła, wiec wszystko wskazuje na to, że
tegoroczna zima znowu nam przyłoży. Nie wiem czy czytelnicy
moi pamiętają, że zeszłej zimy dwa razy zamarzł mi 40%
alkohol. Wbrew jednak przepowiedniom Ala Gore i nawiedzonego
(na zbieranie kasy) Davida Suzuki pogoda jest na dłuższą
metę nieprzewidywalna. Był sobie pewien gość, który
koniecznie chciał zostać szamanem indiańskim. Rozmowy jego
ze starszyzną plemienną Czarnych Stóp trwały długo i w końcu
dla świętego spokoju wodzowie powiedzieli mu, że jeśli
przepowie im, jaka będzie zima tego roku to go przyjmą do
szczepu. Facet, nazwijmy go Al, niewiele myśląc powiedział,
że zima będzie ostra i długa. Indianie zaczęli więc zbierać
wcześnie drewno na opał. Al Jednak chciał się upewnić i gdy
zawitał do Calgary, udał się do swojego przyjaciela
meteorologa. Na pytanie o nadchodzącą zimę przyjaciel mu
powiedział, że wszelkie dane wskazują na to, że zima będzie
bardzo łagodna. Wziął go jednak na stronę i tak by nikt nie
słyszał, powiedział: „to są dane oficjalne, ale prywatnie ci
powiem, że wierz w to. Indianie Czarne Stopy zbierają na
potęgę drewno na opał na zimę jak nigdy przedtem a to
znaczy, że zima będzie długa i ostra…”

Panie Davidzie Suzuki, odwal się pan od Kanady, a od Alberty
w szczególności. Kanada to najczyściejszy kraj na Ziemi.
Zajmij się Chinami, Rosją, wieloma krajami europejskimi.
Tylko, że tam nie tylko nie dadzą ci kasy, ale jeszcze mogą
cie wsadzić do więzienia, więc idziesz na łatwiznę. Poznałem
pana Suzuki osobiście w Toronto. To nie jest człowiek
nawiedzony, to biznesmen. Jest też taki jeden w Polsce. Mają
wspólny cel: inżynieria dusz, kasa i władza.
Wracając do minionego dzisiaj lata. Minęło nie wiadomo
kiedy. Nie wyjeżdżałem nigdzie, nie miałem urlopu, a jednak
wrzesień przyszedł tak szybko… Pisałem o naszych gościach z
Nowego Yorku, dla których Calgary i okolice były najlepszymi
wakacjami. To nie był wyjątek.
 
Byli też goście z Polski. Zadzwoniła do mnie Krystyna
Piotrowska z torontońskiego radia Polonia, czy nie zająłbym
się parą turystów z Polski. Oczywiście, że tak. Para okazała
się absolutnie samowystarczalna. Spotkałem ich na lotnisku,
pomogłem wynająć samochód i wedle ich życzenia pokazałem
drogę wyjazdową z Calgary na zachód. Spotkaliśmy się znowu
po tygodniu. Następnego dnia mieli autobus do Vancouver.
Chcieli nocować w hotelu, ale przekonaliśmy ich, że lepiej
będzie jak przenocują u nas. Dr Andrzej Frydrychowski i jego
żona dr Ewa Frydrychowska. Wspaniali ludzie. Nasza znajomość
trwała krótko, ale wystarczająco by poznać, że nie są to
ludzie zwykłego formatu. Mam nadzieję, że jeszcze ich kiedyś
spotkamy, chociażby w Polsce, gdzie zapraszali nas
serdecznie do siebie.
 
O grzybach pisałem już wcześniej, ale o rydzach jeszcze nie.
Otóż nie daleko, bo w Bragg Creek, rydzów było zatrzęsienie.
Odwiedziliśmy moich przyjaciół, Marka i Iwonę, którzy
otworzyli tam „Bed & brekfest”. Najwięcej rydzów było koło
naszego samochodu, na parkingu przed ich domem. Mniammy…
W Toronto jest wiele instytucji i organizacji pomagających
emigrantom w zaadoptowaniu się w nowych warunkach. W Calgary
jest ich dużo mniej. Jest jednak taki ośrodek, Calgary
Multicultural Centre, gdzie kilka osób zaangażowało się
naprawdę w pomoc adaptacyjną dla nowoprzybyłych.

Sinela Jurkowa i Ella Rysz
Zwłaszcza
pani Sinela Jurkowa, sama emigrantka. Poświęciła ogromną
energię i czas by zorganizować tego lata występ artystów
emigrantów z różnych części świata. Dowiedziałem się o tym
od „Dobrego Ducha” polskiej emigracji w Calgary, Elli Rysz,
której strona internetowa www.ploty.com podaje zawsze
najnowsze wydarzenia w calgaryjskim świecie polonijnym i nie
tylko (może trochę za dużo po angielsku). Zorganizowany był
konkurs dla emigrantów. Zaryzykowałem i napisałem swoje
pierwsze opowiadanie po angielsku. Miesiąc temu zostałem
zaproszony na oficjale spotkanie i odczytanie swojej pracy.
Była to duża satysfakcja, bo jednak co innego po prostu
mówienie po angielsku, a co innego odtwarzanie swoich myśli
na papierze w obcym przecież języku. Na spotkaniu tym można
też było poznać malarstwo i poezję z różnych krajów Świata.
Było to niezwykle interesujące, a co najważniejsze według
mnie, nie próbowano lansować innych sposobów życia jako
lepsze i najistotniejsze (co próbują nam wmówić muzułmanie),
ale wręcz przeciwnie, asymilacja z zachowaniem swoich
kultur, ale bez narzucania ich innym. W Calgary coraz
częściej można spotkać ludzi którzy chcą forsować swój
sposób życia przywieziony najczęściej z Bliskiego Wschodu
czy z Chin. Nie mam nic przeciwko temu gdy robią to między
sobą, ale gdy próbują zmieniać ten kraj na swoją modłe, to
zaczynam się burzyć. Kanada wyrosła z tradycji
chrześcijańskiej, ludzie, którzy tu emigrują mogą sobie o
tym przeczytać czy dowiedzieć się z innych źródeł. Jeśli im
to nie pasuje, to niech tu nie przyjeżdżają i nie niszczą
nam naszych tradycji. I chociaż Calgary daleko jeszcze pod
tym względem do Toronto, to jednak i tutaj zaczynają się
początki „Bramadesz”
Marek Mańkowski
|
|