|

„…Na grzyby - w
aromatów pełen las
Na grzyby - przed wyjazdem słuchaj sprawdźmy gaz
Weźmy czegoś parę kropel
A na drzwiach wywieśmy o tem
Że ruszyliśmy w sobotę, bo powzięliśmy ochotę…”
Tak śpiewali w
„Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy
Wasowski.
Po całym tygodniu
deszczu pomyślałem sobie, że może grzyby się już pokazały.
Problem tylko w tym, że nie wiedziałem gdzie. Znam wspaniałe
miejsca na grzyby w okolicach Barry, Perry Sound, Sault Ste.
Marie, a nawet Wawa, ale to wszystko jest w Ontario i z
Calgary jest to trochę za daleko jak na sobotni wyjazd.
Słyszałem już wcześniej, a jakże, że w okolicy Calgary jest
tzw. „Polski Las”. Nazwa nieoficjalna, wzięła się stąd, że
Polacy jeżdżą tam na grzyby. Tyle, że nikt nie chciał
powiedzieć gdzie to dokładnie jest, a ja przedtem zbyt
natarczywie nie pytałem. Tym razem jednak się uparłem.
Informacje od wielu osób to zbliżały się, to rozjeżdżały w
terenie. Wreszcie zaczęły się konkretyzować w okolicy
Cremona, na skrzyżowaniu dróg nr. 22 i 580, ok. 37 km na
północ od Cochrane. To jednak tylko jeden z punktów
orientacyjnych. Uparłem się na dokładniejszą informację i
udało mi się. Otóż trzeba pojechać dalej na północ szosą nr
22 i bardzo uważać na mały drogowskaz w lewo wskazujący
drogę do rafinerii Shella i tam skręcić. Po ok. 30 km
pięknej drogi wijącej się miejscami wśród wzgórz dojedziemy
do rafinerii.
Tam
szosa się kończy i w prawo odchodzi szutrowa droga do
państwowego lasu. Jest tam niewielki placyk gdzie można
zostawić samochód i od razu pójść w las…
W Polsce na grzyby
jechało się zawsze bardzo rano by na miejscu być razem ze
świtem. Tutaj kolega przekonywał mnie, że nikt rano nie
jeździ i nie ma co wstawać wcześnie. Nie posłuchałem go i
uparłem się by wyjechać o piątej rano, co udało mi się na
tyle, że już o 5:30 byliśmy z Beatą w drodze. A droga to
piękna, wijąca się wśród wzgórz lub kilometrami prosta jak
strzelił. Na rozległych pastwiskach pasą się konie lub stada
krów, od czasu do czasu zabudowania jakiegoś rancza lub
farmy. W Albercie w sierpniu przed godziną szóstą rano już
jest całkiem jasno. Na szosę nr 22 najłatwiej się dostać
jadąc na zachód Crowchild Trail NW do Cochrane
i tam skręcić w prawo w Hwy 22, a potem już cały czas
prosto, mijając Cremonę aż do wspomnianego drogowskazu do
Shella. Ja polecam jednak inną drogę, która zapewni
wspaniałe widoki. Jadąc na północ Deerfoot Trail trzeba
zjechać na Beddington Trail NW. Potem cały czas prosto.
Miasto w pewnym momencie się kończy i jedziemy wśród
zielonych wzgórz wijącą się wąską szosą. Tak dojedziemy do
drogi nr. 567 która nazywa się Big Hill Spring Rd., w którą
trzeba skręcić w lewo. Jadąc cały czas prosto dojedziemy do
H-wy 22 gdzie skręcamy w prawo do Cremony. Po drodze jest
wielka dolina niewielkiej rzeki i widok wspaniały. Na
skrzyżowaniu z H-wy 22 jest stacja benzynowa z kawą i
kanapkami gdzie można się zaopatrzyć w te produkty, jeśli
ktoś zapomniał ich z domu. Gdy dojechaliśmy na miejsce była
już siódma. Razem z nami dojechali znajomi, chociaż nie
wiedzieliśmy, że to oni ani się nie umawialiśmy. Okazało się
jednak, że nieprawdą jest, iż Polacy tutaj nie jeżdżą na
grzyby wczesnym rankiem. Gdy po kilkudziesięciu minutach
wyszliśmy z lasu było już sporo samochodów. Nie znaleźliśmy
wiele, ale napełniliśmy dwie plastikowe reklamówki.
Postanowiliśmy pojechać jeszcze dalej drogą, którą pokazali
nam spotkani znajomi. Podobno dalej w tym kierunku są
najlepsze grzyby, ale też są niedźwiedzie i dlatego mało kto
tam jeździ. Kilka km dalej ruszyliśmy znowu w las i tym
razem grzybów było więcej, a właściwie to cała masa
koźlaków.
Misia
nie spotkaliśmy, ale okazało się później, że spotkała go w
tej okolicy dzień wcześniej Ella Rysz i sfilmowała
wstawiając to na swoją stronę
www.ploty.com . Można go tam obejrzeć jak chodzi sobie
beztrosko i chyba w dobrym humorze, bo się nikogo nie
czepiał. Z tego filmu Ella przekazała mi jedną „klatkę”,
którą zamieszczam na dowód, że w Polskim Lesie niedźwiedzie
są
 
. Reszta
zdjęć jest już moja i dowodzą one, że grzyby są tam też i to
w sporych ilościach i rozmiarach. W ten weekend wybieramy
się znowu. Mniaaaamy.
„GONIEC” NR.33 14 – 20
lipiec 2009
Ps.
W następny weekend
wybraliśmy się znowu, ale tym razem w niedzielę. Ludzi rano
nie było wcale, grzybów jakby mniej, za to śladów uczty
więcej.
 
Nie, nie uczty
grzybiarzy ale uczty drapieżnika. Kości kręgosłupa z
ogryzionymi, poszarpanymi żebrami, kości łopatki, z
resztkami surowego mięsa, kości kończyn jelenia. To musiał
być duży drapieżnik, ale przecież grizły nie spotyka się tam
gdzie są czarne niedźwiedzie, a raczej odwrotnie, a czarny
niedźwiedź na jelenie nie poluje, więc co te jelenie jadło?
Odpowiedź przyszła gdy pojechaliśmy trochę dalej w knieje, w
miejsca gdzie chyba mało kto dojeżdża ze względu na ciężki
teren. Kątem oka zobaczyłem płowy cień. Szybki jak
błyskawica, mgnienie wśród młodych choinek. Gdy zobaczyłem
go znowu po chwili, był może 50 metrów za Beatą. To już nie
żarty, sięgnąłem po karabin. Cień jednak zniknął, rozwiał
się jakby go nigdy nie było i może uznałbym to za zjawę czy
wytwór wyobraźni, gdyby nie tłumaczyłoby to pozostawionych
śladów uczty drapieżnika.

To była puma, nazywana
inaczej kuguarem lub lwem górskim. To wielki i niebezpieczny
kot.

Przestałem się czuć
trochę głupio ze sztucerem przy plecaku, na grzybach. Nie
dajmy się jednak zwariować. Gdy las zapełnia się
grzybiarzami, zwierzyna odchodzi i nie ma się co obawiać. To
tylko wczesny czas świtu, gdy las jest cichy, bez gwaru
ludzkich głosów…
Marek Mańkowski
|
|