|

Gdy w Toronto,
Mississauga, czy gdziekolwiek w południowym Ontario
przyjeżdżają do nas goście z innych stron świata chcemy im
pokazać najciekawsze miejsca. Na pierwszym miejscu jest
oczywiście Niagara Falls, potem wieża CN Tower, czasem
bardziej poruszający się zabiorą gości nad Georgian Bay, a
czasem nawet do pięknego Algonquin Park, by goście mogli
zobaczyć łosia. Nie mowie tu o wyjeździe na wakacje, ale o
wyskoczeniu na jeden dzień, w sobotę lub w niedziele. Tak
jest w Ontario. A jak jest w Albercie, a konkretnie w
Calgary? W zeszłym tygodniu przyjechał z Ontario mój kolega.
Przyjechał robić zdjęcia dachów dla swojej firmy z Toronto.
Zajęty był od rana do późnego popołudnia, wiec spotykaliśmy
się tylko wieczorami przy ognisku w ogrodzie. Tak, tak, w
Calgary można sobie w ogródku rozpalić ognisko i siedzieć
przy nim bez udawania ze się przyrządza jedzenie. Tak, więc
jednego wieczoru było to ognisko mahoniowe, innego cisowe
(takie odpady drewniane mam ze stolarni gdzie pracuje). No i
oczywiście czerwone wino i dużo wspomnień, bo z Andrzejem
znamy się od wielu lat, a nie widzieliśmy się ponad rok.
Wszystko to było preludium do nadchodzącej soboty. W
czwartek przyleciała z Toronto żona Andrzeja, Maja i w
sobotę mieliśmy się wszyscy wybrać w Góry Skaliste, które
tak kuszą swoim widokiem z miasta. Zanim to nastąpiło
Andrzej zdążył już pojechać trzy razy do Banff późnym
popołudniem i wieczorem. Przyszła wreszcie oczekiwana
sobota. Plany mieliśmy ambitne. Była w nich słynna kawa w
Cochrane, dwugodzinna jazda konna przez góry, wjazd kolejka
linową na szczyt, by zobaczyć panoramę, wykąpać się w
gorących siarkowych źródłach w Banff, zobaczyć kozice,
pojechać do Lake Luise i do Lake Moraine, zjeść stek z
bizona na ranczo i wrócić do Calgary. Cała trasa liczyła 410
km i tylko przejechanie jej może zająć sporo czasu, a my
przecież mieliśmy się jeszcze często zatrzymywać, oglądać i
zwiedzać. Co prawda wyruszając nie wiedzieliśmy jeszcze, że
to będzie tyle kilometrów i może dlatego się udało, ale nie
uprzedzajmy faktów. Tak więc Andrzej zarezerwował dla nas
konie na godzinę dziesiąta w Banff. Ode mnie od domu to ok.
140 km. Umówiliśmy się na wyjazd o 7:15 rano i nawet o tej
właśnie godzinie wyjechaliśmy. Jazda autostradą nie jest
zbyt ekscytująca, wiec pojechaliśmy inną drogą. Jest to
stary szlak do Banff, którym kiedyś jeździły dyliżanse. W
dzisiejszych czasach to oczywiście asfaltowa droga, ale
pięknie wijąca się wśród wzgórz i z widokiem na panoramę
doliny rzeki Bow. O kawie w Cochrane pisałem wcześniej.
Przypomnę, ze jest to jedno z 28 miejsc na świecie gdzie
podawana jest tzw. kawa monsunowa o niepowtarzalnym smaku.
 
Już parę minut przed ósmą byliśmy przy Java Jambore w
Cochrane. Zeszło się dobre pół godziny, bo kawa pyszna i
profanacją by było pić ja z papierowego kubka. W Banff
musieliśmy być o 9:45 by zaliczyć konna wędrówkę, wiec
trzeba się było spieszyć. Andrzej jest dobrym kierowcą. Mimo
wąskiej i krętej drogi udało nam się zdążyć, mimo że
zatrzymaliśmy się jeszcze w Canmore, bo kawa jak piwo
przynosi pewne efekty naturalne. Konie czekały na nas,
typowe mustangi, kowbojskie siodła, a właściwie kulbaki. Nie
jeździłem konno od ponad 5 lat, a rok wcześniej zerwałem
ścięgno w udzie i zastanawiałem się czy w ogóle dam rade
wsiąść na konia, ale obecność dziewczyn zawsze pomaga w
takich sytuacjach i znalazłem się w siodle bez problemu.
Andrzej jechał konno po raz pierwszy w życiu, a Maja
jeździła w Polsce i to nieźle a nawet skakała.
 
Ruszyliśmy na
wyprawę sporą gromadą i z dwoma przewodniczkami. Nie była to
szybka jazda, bo sporo uczestników nie miało wprawy z
obchodzenie się z koniem, co widać było po tym jak konie
przeciągały ich po krzakach. Jechaliśmy wzdłuż rzeki, potem
wspinaczka kozią ścieżką wysoko w góry i zjazd w dół. Przy
tym zjeździe mój koń imieniem Diablo dał plamę. Potknął się
upadając na kolana, co przy zjeździe z góry jest bardzo
nieprzyjemne. Prawie oparłem się stopami w strzemionach o
ziemię, ale udało mi się go poderwać i ruszyć dalej. Chyba
miała tu znaczenie i moja waga, trochę ponad sto kilo, wiec
nie mogłem mieć pretensji do konia, który dźwigał mnie
przecież taki szmat drogi pod stroma górę. Skończyło się
dobrze, trochę pokłusowaliśmy i dotarliśmy do rancza bez
większych kłopotów. Co prawda pół godziny przed końcem
wyprawy kawa znowu dała znać o sobie u Mai i u mnie i mógł
to być poważny kłopot, bo jak tu zsiąść z konia przy takiej
gromadzie, a nóg nie da się zacisnąć by wytrzymać, siedząc
na końskim grzbiecie. Udało się jednak i w wyśmienitych
humorach zachwyceni wspaniałymi widokami przeżytymi dopiero
co z końskiego grzbietu, ruszyliśmy do miasteczka Banff, by
realizować dalsza cześć programu dnia. Pogoda była jak na
zamówienie, słoneczna i ciepła. Najpierw wyprawa do sklepów,
bo okazało się ze zapomniałem szortów do kąpieli w
siarkowych źródłach. Szybko jedna zrezygnowałem, bo
najtańsze były po 40 dolarów. Podobno jednak można było je
wypożyczyć na miejscu przy źródłach. Jeszcze tylko lunch w
przytulnej restauracji i w drogę do kolejki linowej, kawałek
za miasteczkiem. Kolejka nie była duża poruszała się szybko
i już po 5 minutach byliśmy w gondoli.
 
Na szczycie wiatr tak
silny ze kapelusz musiałem trzymać w ręku. W dole przepiękna
panorama z wysokości 2250 metrów, czyli tylko 250 metrów
niżej niż polskie Rysy. Mimo wiatru, pogoda wspaniała i
widoki zapierające dech w piersiach. Jeszcze tylko wyprawa
na sąsiedni jeszcze wyższy szczyt ze starym obserwatorium
(malutka kamienna chatka na samym czubku skały) i z powrotem
do gondoli. Któregoś dnia wybiorę się na szczyt na piechotę,
jest tam piękny szlak pieszy, ale dziś mamy zbyt wiele do
zobaczenia na zbyt dużej przestrzeni. Zrezygnowaliśmy z
kąpieli w siarkowych źródłach, to przecież tylko zasiarczony
basen, chociaż z gorąca wodą. Innym razem. Teraz jedziemy do Lake Luise, ale po drodze jeszcze kozice. Andrzej koniecznie
chciał je zobaczyć a ja wiedziałem gdzie zawsze są.
Przejechaliśmy na druga stronę autostrady pod wiaduktem i
zaczęliśmy się wspinać serpentynami w gore. Po niedługim
czasie na stromym zboczu góry pokazało się małe stadko. Po
obowiązkowych zdjęciach pojechaliśmy jeszcze kilka
kilometrów w gore. Tam zostawiliśmy samochód i zeszliśmy na
rozległa połoninę skąd rozciągał się widok na malutkie z tej
odległości domy Banff, samochodziki jak szpilki i okolice.

Trawa pachniała, nie sposób było się oprzeć by się na niej
nie położyć. Słońce grzało jak latem i miał się ochotę
zostać na zawsze. Andrzej ściągną nawet buty i skarpetki.
Wokoło cisza, nikogo, żadnych barbecue tak wszechobecnych w
parkach Ontario, żadnych długich sutann ani rozwrzeszczanych
dzieci. Cisza, wietrzyk i natura. No i oczywiście gdzieś tam
czający się w gęstwinie grizzly i puma, co zawsze dodaje
smaku takiej wyprawie. Trzeba jednak było jechać dalej.
Pozbieraliśmy się i zjazd w dół do autostrady trans
kanadyjskiej i do słynnego Lake Luise.
 
Dotarliśmy tam późnym
popołudniem. Spacer wzdłuż brzegów zajął trochę czasu,
oczywiście zdjęcia, potem piwo w sławnym na cały świat
hotelu i znowu w drogę, by zdążyć jeszcze zobaczyć Lake
Moraine (to właśnie jezioro znajduje się na
dwudziestodolarówce kanadyjskiej).

To dodatkowe kilkanaście
kilometrów w jedna stronę, ale warto. Dotarliśmy tam, gdy
słońce oświetlało już tylko wierzchołki szczytów. Może,
dlatego jezioro wyglądało tak groźnie. Ludzi prawie nie
było. Było pięknie. I znowu w drogę. Do domu ok. 200 km. A
jeszcze przecież stek z bizona na ranczo. Na ranczo,
położone kilkanaście km za Canmore w stronę Calgary. Było
już ciemno, godzina 21:00.
 
Zjazd z autostrady na SIX RAFTERS
RANCH. Znałem to miejsce, byłem tu kilka razy. Kręcono tu
wiele znanych westernów. Niestety kuchnia była od pól
godziny zamknięta. Maja nie mogła odżałować, ale nic nie
dało się zrobić. Do domu dotarliśmy przed jedenasta, kupując
po drodze pizze. To była szybka wycieczka. Tylko w Banff
można spędzić kilka dni ani razu nie powtarzając atrakcji.
Konno można się wybrać nawet na tydzień. Na szlaki w Lake
Luise i Lake Moraine poświęcić kilka dni. Ale to innym
razem. Teraz mieliśmy tylko jeden dzień. I prawie wszystko
się udało, co zamierzyliśmy. Przyjaciele wrócili do Ontario,
do Oakville z wrażeniami i zdjęciami, a mnie zostało jeszcze
wiele miejsc do zwiedzenia mimo ze mieszkam tu już rok. I
zapraszam w Góry Skaliste. To na pewno niezapomniane
wakacje.
Marek Mańkowski
6 pazdziernik 2006 r.
|
|