|

Eh, to globalne ocieplenie. Znowu narobiło bałaganu w
Calgary. Pierwsza dekada maja się kończy a tu śnieg,
minusowa temperatura, zimne wiatry i niewiele słońca. Lepiej
żebym nie spotkał pana Suzuki, guru ocieplania globalnego
bo bym mu powiedział parę słów co myślę o nim i jego
teoriach. Spotkałem go 15 lat temu w Toronto na jakiejś
imprezie. Nie wiedziałem wtedy jeszcze (chyba nikt nie
wiedział) co wyniknie z jego działalności, ale już wtedy
sprawił na mnie wrażenie podstępnej łasicy. Dalsze lata
tylko utwierdziły mnie w tym odczuciu. Nie znaczy to, że
globalnego ocieplenia nie będzie , czy nie ma miejsca.
Owszem, wszystkie badania wykazują, że następuje i to
szybciej niż moglibyśmy sobie tego życzyć. Tyle tylko że
udział człowieka w tym procederze jest mniej niż mizerny.
Cała światowa produkcja dwutlenku węgla dokonana przez
człowieka to zaledwie 5% tego co powstaje w naturze.
Gdybyśmy nagle zatrzymali wszystkie samochody, fabryki,
wytwórnie koksu, pociągi, elektrownie, samoloty i co tylko
człowiek stworzył, to i tak nie powstrzymalibyśmy tego co
cyklicznie dzieje się w klimacie Ziemi. Gdy Ziemię ogarnęła
epoka lodowcowa nie było żadnego przemysłu, gdy się
skończyła i nastąpiło udowodnione ponad wszelką wątpliwość
stopnienie lodowców i ocieplenie klimatu też nie było
żadnego przemysłu i niewielu ludzi. Chyba, że uznamy wpływ
tych kilku tysięcy ognisk rozpalanych w jaskiniach epoki
kamiennej. Ostatnia (chyba) teoria „Suzukowców” czy „Gorowców”
głosi, że ogromne zanieczyszczenia powietrza dwutlenkiem
węgla tworzą zwierzęta hodowlane, a zwłaszcza krowy. A to
dlatego że puszczają one bąki i robią kupy. Poza tym krowy w
Albercie to najszczęśliwsze krowy nowoczesnego świata, bo są
chowane w naturalnych warunkach. Cały rok żyją na powietrzu
i przestrzeni, a nie jak bydło w zwierzęcych obozach
koncentracyjnych Europy. Cielaki rodzą się na pastwiskach,
krowy żyją swobodnie na wielkich przestrzeniach i chociaż
przez kilka lat prowadzą normalne życie nie sprowadzone do
kojca w oborze i rzeźni.
Człowiek też puszcza bąki i robi kupy, ale jeszcze się do
tego nie przyczepili. Chyba na ziemi powinny pozostać tylko
roślinki. Tylko jak te roślinki przeżyją gdy do ich rozwoju
potrzebny jest dwutlenek węgla właśnie? Czemu o tym piszę z
Alberty? Otóż ilość krów w Albercie jest większa niż ilość
ludzi i w związku z tym te nasze krowy sprowadzają stopienie
lodów arktycznych i zalew oceanów. Kiedy pisałem artykuł o
„krowie Romana” nie wiedziałem. że mój przyjaciel Roman
Kneblewski przysłużył się całej ludzkości gdy zastrzelił tę
krowę (nie będzie więcej kupała i puszczała bąków). Możecie
państwo o tym przeczytać w dziale „archiwum” na stronie
www.marekmankowski.com
. Właściwie to każdy myśliwy przyczynia się
do ochrony przed globalnym ociepleniem, jak i każdy rzeźnik
a nawet morderca: mniej bąków, mniej kupy, mniej wydechów,
mniej dwutlenku węgla… Wychodzi na to, że każde zabicie to
dobrodziejstwo dla planety Ziemia. Tylko dla kogo ta planeta
wtedy zostanie?
Głupota ludzka nie zna miary. Wykorzystują to ludzie w
rodzaju Davida Suzuki czy Ala Gore. Wykorzystują głupotę
młodych ludzi a starszych też, by nabić sobie kabzę. Nie
zrozumcie mnie źle. Ja nie jestem przeciwko „zielonym”.
Dzięki nim nie przeginamy w drugą stronę i nie zapaskudzimy
Ziemi na sztywno własnymi śmieciami, ale nie dajmy się
zwariować.
I tu następna rzecz dotycząca Alberty, a więc i Calgary-
roponośne piaski. Ostatnio panuje wielka nagonka na
wydobycie ropy z tych piasków właśnie. Alberta posiada
największe na świecie złoża ropy po Arabii Saudyjskiej.
Generalnie „zieloni” zaszczepili opinię, że to jest ‘brudna
ropa” i że powoduje zanieczyszczenie naturalnego środowiska.
Nic bardziej idiotycznego nie słyszałem. Nikt nie zabrudzał
tych „piasków” i ziemi. Te złoża powstały tam naturalnie.
Ich wydobycie nie zanieczyszcza ziemi a wręcz przeciwnie,
oczyszcza ją. Problem jest, że aby tę ropę wydobyć potrzeba
wiele gorącej wody, do której ogrzewania trzeba użyć gazu,
którego spalanie powoduje wytwarzanie dwutlenku węgla. Taka
jest cena tego wydobycia. A jaka może być cena wydobycia
bardziej konwencjonalnego? Mamy właśnie przykład w Zatoce
Meksykańskiej, gdzie uszkodzenie zaworu platformy
wiertniczej powoduje wielotygodniowy wyciek na masową skalę
do wód zatoki, zagrażając wybrzeżom wszystkich południowych
Stanów.
Jak na razie nie zapowiada się na cieplejsze dni, trawy
ledwo, ledwo się zazieleniły, pąki na drzewach zatrzymały
swój rozwój, a o listkach można pomarzyć. Za to ptaki rano
dają piękny majowy koncert, jakby nadeszło lato. Tydzień
temu pojechaliśmy do przyjaciół na rancho i już paręnaście
km na północ od Calgary widać było ogromne zaspy zaległe od
niedawnej burzy zimowej w środku wiosny. Zazdrość mnie
zżerała gdy widziałem urywki filmów z Ontario, gdzie drzewa
mają już normalne liście i zieleń jest wszędzie.
Z polonijnego podwórka to tyle, że odbywa się wiele imprez w
Domu Polskim, jak Dzień Matki organizowany przez
calgaryjskich harcerzy, msza odprawiana przez biskupa z
okazji bierzmowania, wieczór Big Band, koncert Andrzeja
Koryckiego i innych w Domu Polskim, występ Polan w Sali
Parafialnej. W tę niedzielę 16 maja odbędzie się koncert z
okazji roku szopenowskiego, na którym zagra nasz calgaryjski
wirtuoz światowej już sławy Janek Lisiecki. Organizatorzy
tego koncertu, z którego dochód ma być przekazany na cele
charytatywne dla wielu organizacji zadziwili mnie niezwykle,
chociaż myślałem, że niewiele rzeczy mnie już zdziwi. Otóż
występujący w tym koncercie artyści muszą zapłacić za bilety
wstępu, czyli za to by mogli wystąpić. Nie wiem czy wszyscy,
w tym Jan Lisiecki również? Takiego kuriozum jeszcze nie
spotkałem. Zawsze myślałem, że występujący w koncertach
charytatywnych dają swój talent nie biorąc honorarium, by
inni kupując bilety dali swój wkład w zbożny cel. Okazuje
się, że byłem w błędzie. Świat zwariował, wysiadam, na
koncert nie idę…
Marek Mańkowski
|
|