|

Po
angielsku mówi się tutaj „rolling hills of Alberta”.
To jedne z piękniejszych
krajobrazów. Jadąc prostą jak strzelił szosą widzi się w
oddali jak schodzi się w jeden punkt na odległym horyzoncie.
Przestrzeń taką w Ontario zobaczyć można tylko na Wielkich
Jeziorach. No właśnie, jeziora. Gdy w sierpniu roku 2005
opuszczałem Ontario nie przypuszczałem, że jezior właśnie
będzie mi brakować najbardziej. To, co w Ontario jest zwykłą
powszedniością tutaj jest wyjątkiem, który z kolei staje się
tylko namiastką. W Ontario, gdziekolwiek się mieszka, nad
jezioro można pójść piechotą, tutaj nad jezioro trzeba
pojechać przynajmniej kilkadziesiąt kilometrów, często
kilkaset. Te jeziora i zalewy też inne. Woda otoczona polami
z niewielką ilością drzew przywodzi na myśl raczej staw czy
kałużę, chociaż często dość sporą, niż prawdziwe jezioro.
Dostęp do tych „kałuż” jest ograniczony prywatnymi terenami,
nie ma tej dzikiej dziewiczości przyrody i tajemniczości
lasu.

Jezioro
Sylvan, Sylvan Lake, jest swojego rodzaju wyjątkiem. Przede
wszystkim ma zalesione brzegi i chociaż cienki to las to
patrząc z daleka jeszcze ujdzie, bo nie ma tej nagości stawu
na łące. Poza tym jest dość spore i jak wieje silny wiatr to
nawet powstają na nim fale. Oryginalnie obszar ten został
skolonizowany w roku 1898 przez mówiących po francusku
osadników z Quebeck i U.S. W początku wieku XX przybyli tu
osadnicy fińscy i wraz z ich przybyciem pojawiły się sklepy,
kuźnia, poczta, cyrulik, restauracje. Miasteczko o tej samej
nazwie co jezioro zaczęło żyć, zwłaszcza gdy w roku 1912
dotarła tu linia kolejowa. W roku 1923 wybudowano tu
elewator zbożowy, który przetrwał do roku 1970. Ostatnia
linia kolejowa przestała być używana w roku 1990. Nawet
kiedy obszar ten był typowo farmerski już w roku 1913
przyjeżdżali tu turyści i dla nich właśnie zwodowano
pierwszą motorową łódź, którą za opłatą można było opłynąć
jezioro. Na początku ludzie przyjeżdżali tu na wypoczynek
tylko z namiotami, ale coraz częściej pojawiały się domki
letniskowe, pomosty dla łodzi, wypożyczalnie sprzętu wodnego
itp. Miasteczko stało się najpierw miejscem letniego
wypoczynku dla niedalekiego miasta Red Deer, a w miarę
rozwoju motoryzacji także dla Calgary i Edmonton. Oryginalne
molo zostało zniszczone przez lód i zostało zastąpione
nasypem ziemnym. Zbudowano tu największą w zachodniej
Kanadzie zjeżdżalnię wodną, miasteczko się rozrosło i od
dziesięciu lat jest najszybciej rosnącym miastem w Albercie,
co chyba nie wróży najlepiej jezioru. Teraz jeszcze są wokół
jeziora przyjemne miejsca biwakowe jak np. Camp Woods. Co
będzie dalej nie wiadomo. Jezioro coraz bardziej opanowują
szybkie, głośne motorówki, których właścicielom nie
wystarcza często huk silnika i dodają do tego głośną muzykę.
Ciągle jednak jest to szeroka przestrzeń wody, gdzie można
popływać i łowić ryby.
 
Jest tam
zatrzęsienie sandaczy i sam widziałem jak Piotr złowił dwa.
Wypuścił je zresztą zaraz z powrotem do wody, bo z jakiegoś
powodu teraz nie sezon na nie. Ja też zarzucałem wędkę,
wydawało mi się, że tak samo jak on, ale moje jedyne
„osiągnięcie” to urwanie gumowego żółtego robaka z
haczykiem, którego dostałem od Tadka. Przyjechałem tam w
sobotę by odebrać żonę i córkę, które spędziły tam tydzień.
Przenocowałem w namiocie i w niedzielę wróciliśmy do domu. W
Camp Woods odbył się również w tym czasie tygodniowy obóz
harcerek i zuchów, o którym pisałem wcześniej.
 
Okazało
się jednak, że kto nie jest uczestnikiem obozu nie może się
zbliżać do dzieci, a przysięga harcerska, którą miały
harcerki to skrzętnie skrywany sekret wiec mam tylko kilka
zdjęć uśmiechniętych zuchów i dwóch harcerek. Pogoda w
weekend dopisała. Było słonecznie i ciepło, komary nie
przeszkadzały, ognisko płonęło i przyjemnie było wyrwać się
w naturę, chociaż na kilkanaście godzin.
 
Mieliśmy
też popływać motorową łodzią Adama, ale niestety zawiódł
system chłodzenia silnika (pękła gumowa rura) i mimo że
spuściliśmy łódź na wodę, musieliśmy ją wciągnąć z powrotem.
Dawno nie spałem pod namiotem i w nocy spadłem z materaca,
ale namiot był rozbity na trawie, więc i na podłodze było
miękko, a materac miał dwa centymetry grubości wiec się przy
spadaniu nie potłukłem i dobrze wyspałem. Rano był marsz do
umywalni oddalonej ok. 1.5 km. To tylko dobrze dla porannej
gimnastyki, a mnie na pewno ona się przyda. Woda z kranu
leciała zimna, co mi nie przeszkadzało, bo pamiętam nie tak
dawne czasy, gdy mycie odbywało się w jeziorze po rozbiciu
cienkiej tafli lodu podczas ontaryjskich polowań. Gdy
skończyłem się golić, okazało się, że ciepła woda była tylko
trzeba było na nią poczekać. Trudno, za późno, za rok będę
wiedział. Oczywiście, jak każdy żonaty facet, nie pomyślałem
by zabrać ze sobą jakieś jedzenie (nigdy mi się to nie
zdarzyło, gdy żyłem sam) i o 14:00 gdy wyjechaliśmy byłem
już dobrze głodny. Na szczęście po drodze, nie daleko
mieszka na rancho Roman z Ireną i tam przy pysznej polędwicy
z łosia przyrządzonej na grillu i winie z dzikiej róży
(symbolu Alberty) zapomniałem, co to głód. Wieczorem byliśmy
w domu. Rano do pracy…
Marek
Mańkowski
"GONIEC" 17-23 lipca 2009)
|
|