|
Mówiło się o nim już ponad tydzień wcześniej. W radiu, w
telewizji. Pierwszy długi ciepły weekend. Ciepły z
założenia, bo to połowa maja i wypadałoby żeby trawa i
drzewa były już zielone, ptaszki śpiewały i słońce
przygrzewało. Według radia, gazet i telewizji wszyscy już w
piątek po południu, najpóźniej w sobotę rano mieli wyruszać
na pikniki, biwaki, ryby, lwyby, w naturę ogólnie rzecz
biorąc. „Victoria Day”, tradycyjnie pierwszy wyjazd
wiosenny, początek sezonu letniego. W Ontario, w Toronto,
Mississauga trzeba było wyjeżdżać albo wcześnie rano, albo w
nocy, bo jeśli nie, to stało się w godzinnych korkach na
H-wy 400. W Calgary, w piątek po południu autostrada „Deer
Foot”, czyli H-wy 2, wiodąca z północy na południe nie była
wcale bardziej ciasna niż normalnie. W sobotę rano to samo.
Samochody śmigały sobie 100 na godzinę.
Od prawie czterech lat mówię calgaryjczykom, że tak
naprawdę to oni nie wiedzą, co to jest prawdziwy „trafic” i
nie będą wiedzieli, dopóki nie dane będzie im wyjeżdżać na
długi weekend z Toronto lub po prostu do pracy z Mississauga
do Toronto czy Markham. To oczywiście jest ogromną zaletą
Calgary i mam nadzieję, że długo się nie zmieni. Pogoda w
Calgary i generalnie w Albercie sprawiła dużą niespodziankę.
W sobotę i w niedzielę miało być prawie 20, PLUS. Nikt w to
nie wierzył, ale tak było. W sobotę pracowałem, chociaż nie
cały dzień i w niedzielę też. Praca w Calgary to choroba
zakaźna i mnie też dopadła, chociaż tyle sobie obiecywałem,
że będę uważał. Skończyłem jednak wcześniej i jechaliśmy
sobie z Beatą do sklepu, gdy zadzwoniła komórka. Dzwonek
komórki w niedzielę to nie jest dobry znak, ale nie tym
razem. Dzwoniła Ella z propozycją by pojechać z nimi nad
jezioro na piknik i ryby. Godzina była ok. 13:00. Długo się
nie zastanawialiśmy, jedziemy. Po zakupach, zrobiliśmy
kanapki, wzięliśmy Kingę, wędkę, kołowrotek, żyłkę, w
„Canadian Tire” wykupiłem po drodze licencję na rybę (Tadek,
mąż Elli jest specjalistą rybnym, więc na pewno ma extra
haczyk). Zanim zapakowane zostało wszystko u Elli (dziecko
Kuba, mama/teściowa…, kolega Witek, fotele, BBQ, jedzenie,
picie itd.. itp. zrobiło się po 14. Jedziemy. „Crowchild”
prawie do Cochrane, w prawo, potem w lewo, znowu w prawo, i
w lewo, w prawo i w lewo na szuter. Jechałem za SUV Tadka i
na szutrze musiałem zostać daleko w tyle, bo w kurzu nic nie
było widać. Potem jeszcze pod skosem w lewo i już jesteśmy
na drodze, którą tylko terenowe samochody przejadą i to te,
których kierowcy wiedzą co robią. Wiem, że nie jest to
dokładny opis dojazdu, chociaż prawdziwy, ale robię to
celowo i z egoistycznych pobudek.

Tam jest tak pięknie i pusto z wodą, lasem, górami jak w
Bieszczadach, że całe szczęście, że niewiele ludzi wie o tym
miejscu. Mijamy małe rozszerzenie gdzie stoją dwa samochody
i widać wędkarzy nad wodą. Jedziemy dalej. Droga teraz to
głębokie koleiny błotne. W niektóre nie da się wjechać, bo
nawet jeep się zawiesi. Trzeba je brać pomiędzy koła ale nie
jest to łatwe, bo z prawej strony stroma skarpa a z lewej
błotnisty spadek. Samochód przechyla się mocno, mówię
dziewczynom by przechylały się na prawo, jak balans na
żaglówce, pomaga. Boją się ale znoszą to dzielnie.
Podstawowa zasada jazdy w terenie to taka, że gdy się już
decydujesz by jechać to nie wolno się zatrzymywać. Wtedy
dopiero można utknąć. A czy wiecie jaka jest różnica
pomiędzy samochodem z napędem na dwa koła a tym z napędem na
cztery? Taka, że tym na cztery dalej się zakopiesz…
 
Tym razem jednak udało się i przejechaliśmy bez szwanku
wszystkie wygibasy wodno-błotne… a potem… wróciliśmy do tego
małego rozszerzenia, bo okazało to jedynym miejscem gdzie
było trochę miejsca na piknik. Tadek przygotował wędkę
synowi, potem dla mnie. Mały Kuba ruszył dzielnie przez
mokradło, by dotrzeć do otwartej wody. On jedyny miał
gumowce.
 
Kolega Witek zdjął buty i poszedł za nim na boso, a potem
ja, z nową nigdy nie używaną wędką i kołowrotkiem i czymś
żółtym na końcu żyłki, co miało haczyk. To co z daleka
wyglądało na trawę z bliska okazało się namoczoną gąbką w
której stopy zapadały się do kostek. Woda była jednak
ciepła, słońce świeciło i migotało w powierzchni jeziora a w
oddali odezwał się loon (po polsku „nur”), którego tak
często słychać na ontaryjskich jeziorach. Ryby żadnej nie
złowiliśmy, ale czas mieliśmy super.
 
Dołączyła do nas Ella z kamerą, złapałem jakiś patyk na mój
żółty haczyk i było to jedyne trofeum tego dnia. Potem
wróciliśmy na miejsce naszego pikniku, Tadek usmażył
hamburgery, do tego różne przekąski i tylko ogniska trochę
brakowało, ale w Albercie teraz zakaz palenia ze względu na
pożary.
 
Ella nie rozstawała się z kamerą i jej cierpliwość została
nagrodzona, bo loony przyleciały blisko i mogła je filmować
do woli, jak by wiedziały, że są na planie. Do tego
niespodziewanie pojawił się koliber, tak, tak,
prawdziwy, wielkości
dużej ważki a potem drugi i piły sok z bazi, bo kwiatów
jeszcze nie było

Mnie udało się sfotografować małego bobra w kanale
prowadzącym od jeziora do brzegu, gdzie bobry ścinały
drzewka. Te kanały są tworzone przez bobry dla spławiania
ściętych konarów. To bardzo przemyślne zwierzątka. Wszystko
to można zobaczyć na filmie zrobionym przez Ellę na stronie
www.ploty.com
(wystarczy kliknąć na ekran). Nie wiadomo kiedy minął czas i
nagle się okazało że już po 19. Powietrze się oziębiło
drastycznie. Prognoza zapowiadała następnego dnia śnieg, w
co nie bardzo się chciało wierzyć przy 20 st. C w ciągu
dnia, ale teraz czuć było mróz w powietrzu. Taka to już
tutaj pogoda. Spakowaliśmy się, włączyliśmy w samochodach
ogrzewanie i… pojechaliśmy do Cochrane na lody.

Te lody są tam produkowane od 1948 roku i są najlepsze w
Albercie. Mimo mroźnego powietrza, kolejka była spora, ale
warto było czekać… W poniedziałek było brzydko i zimno, nad
Sylvan Lake spadł śnieg i nie wiadomo czy w Albercie będzie
w tym roku lato, ale te dwa ciepłe dni dały nam oddech po
tak dłuuugiej tegorocznej mroźnej zimie. To chyba z powodu
tego globalnego ocieplenia zapowiadanego przez Ala Gora i
pana Suzuki tak nam się obniżyła w tym roku temperatura. Ci
co dalej im wierzą niech przyjadą do nas.
Marek Mańkowski
"GONIEC" 29 MAJ - 4 CZERWIEC 2009
|
|