
Wakacje. Kojarzą się z latem, końcem szkoły,
wyjazdem. W Polsce był to przeważnie wyjazd w góry, nad morze, na
Mazury. Wyjazd z miasta, które znaliśmy od dziecka, zmiana miejsca,
zobaczenie czegoś nowego, innego. Polska to jednak mały kraj
(powierzchniowo) i możliwości zobaczenia nowych miejsc szybko się
kończą. Miałem to szczęście, że byłem w Polsce wszędzie, poza jednym
miejscem (Tatry Wysokie), bo kilkudniowego pobytu w Zakopanym, gdzie
poprzez gęstą mgłę niewiele było widać, nie liczę. Nie mówię tu o
wyjazdach zagranicznych. Na zwiedzenie całego świata może życia nie
starczyć. Mówię o wakacjach w kraju zamieszkania. Ciekawy jestem ilu
ludzi na wieloletniej emigracji żałuje, że gdy mieszkali w Polsce
nie skorzystali z możliwości zobaczenia jej w całości. Dla jak wielu
z nich Gorce, Beskidy, Bieszczady, Kotlina Kłocka, Szczeliniec,
Karkonosze, Bieszczady, Ustka, Ruciane Nida i wiele, wiele innych
wakacyjnych miejsc jest tylko brzmieniem, bez obrazów własnej
pamięci. Niektórzy próbują to nadrobić i jadąc na wakacje do Polski
chcą zobaczyć te miejsca, ale nie jest to łatwe, bo rodzina z Polski
chce mieć nas dla siebie. Nie o Polsce chciałem jednak dzisiaj
pisać, lecz o Kanadzie. Będąc tutaj od lat, żyjąc tu, wychowując
dzieci, pracując, nie popełniajmy tego samego błędu co w Polsce.
Zamiast jeździć do Meksyku, na Hawaje, Kubę czy do USA spróbujmy
poznać Kanadę, kraj, w którym mieszkamy.
I znowu miałem to szczęście, że widziałem ją prawie całą.
Przejechałem samochodem każdą prowincję, oprócz Nowej Szkocji,
Ontario poznałem tak jak tylko myśliwy poznać może i mogę powiedzieć
że Kanada to jeden z piękniejszych krajów na świecie. Jasne, że
egzotycznie brzmiące nazwy, jak Machu Picchu, Hawaje, Bermudy
poruszają wyobraźnię i dają powód do chwalenia się w gronie
znajomych. Jak inaczej brzmi gdy opowiemy, że byliśmy w Costarica,
Bahama, Bali czy Maui, niż że w Calgary, Moose Jaw czy Saskatoon.
Jest jednak takie powiedzenie, że „punkt widzenia zależy od punktu
siedzenia”. Mam przyjaciela w Nowym Yorku. Dla niego wakacje w
Calgary to egzotyka. Do tego stopnia, że wybrał się do nas ze swoją
20-sto letnią córką na tydzień wakacji. Janusz Szlechta był już
tutaj w lutym i pomimo ostrej zimy już wtedy zdecydował, że gdy
córka odwiedzi go latem z Polski, przyjedzie z nią właśnie tutaj.
Tak, tak, Polacy calgaryjczycy. Okazuje się że Calgary, z którego na
wakacje uciekamy, jest naprawdę atrakcyjnym miejscem na spędzenie
wakacji. Przylecieli
w niedzielę o czwartej po południu. Na lotnisku powitaliśmy ich w
piątkę: Beata, Kinga, Małgosia, Adam i ja. Wszyscy, oprócz Adama
(Basia schowała mu kapelusz) byliśmy w kapeluszach kowbojskich jak
przystało na Calgary. Miałem też biały, kowbojski kapelusz dla Tyśki
(Justyny), córki Janusza. Przylatywali tu z San Diego, gdzie
spędzili kilka dni na wielkiej corocznej imprezie komiksowej, którą
Tyśka jest zafascynowana od lat i specjalnie na ten czas uszyła
sobie w Polsce kostium „Jokera”. Janusz występował tam jako
„Walker”. Zostawiając ten wspaniały amerykański show, przyjechali do
Calgary NA WAKACJE
  Wakacje
zaczęły się od rancza Romana. Sto pięćdziesiąt km na północ od
Calgary. Tam Tysia i Kinga (moja stepdaughter) miały super czas
prowadząc na zmianę „muła”, strzelając do butelek z prawdziwej
kowbojskiej broni (my też) i konsumując pieczeń z prawdziwego
bizona, przygotowaną przez Irenkę, żonę Romana. Do domu wróciliśmy
po 22 wieczorem. Następnego dnia ja do pracy, a Adam, najlepszy
znawca Alberty i Gór Skalistych zabrał ich w góry i na lodowiec,
który był niestety zamknięty z powodu konserwacji. Nie wiem na czym
polega konserwacja lodowca, ale taki był powód. Przejechali 850 km.
W środę zwiedzanie miasta. W czwartek znowu w góry z Adamem, tym
razem bardziej na południe, przejechali 650 km. W piątek, odpoczynek
w domu i wizyty znajomych, m.in. Antoniego Wolaka, znanego w
calgaryjskiej polonii, który okazał się wieloletnim kolegą Janusza.
Nie widzieli się 15 lat i dowiedzieli się zupełnym przypadkiem, że
są w tym samym mieście. W tym samym dniu, późnym popołudniem
zwiedziliśmy „Pro Bass”. W sobotę wyjazd do Drummheller, do muzeum
dinozaurów. Tyśka od dzieciństwa zajmowała się dinozaurami i
gromadziła wiedzę o nich. Chyba nie ma lepszego przewodnika po takim
muzeum niż ona.
Zanim
dotarliśmy do Drummheller, zatrzymaliśmy się przy „Horseshoe Canion”,
głębokim wąwozie, który Tysia przetrawersowała biegiem, a my leniwce
patrzyliśmy na to z góry. Po muzeum zajechaliśmy do super sklepiku z
autentycznymi znaleziskami z ery dinozaurów, gdzie Tysia została
zaopatrzona w różne kości.
Potem jeszcze wspięcie się na szczyt największej na świecie figury
Tyranozaurus Rex z którego paszczy rozciąga się piękny widok na całą
okolicę, którą kiedyś pokrywało morze.
Wracając
do Calgary, już na Trans-Canada H-wy dopadła nas burza. Grad o mało
nie wybił przedniej szyby Jeepa, ciężarówka przed nami o mało co nie
została zmieciona z drogi, a czarne chmury zwieszały się tak nisko,
że tylko patrzeć aż zacznie się tornado. Wrażenie było niesamowite i
dość przerażające i na pewno niezła pamiątka. W domu jeszcze tylko
pieczeń z łosia, toasty z szabli z udziałem Tysi i w niedzielę rano
odlot do Nowego Yorku, do domu.
Nie
wiadomo kiedy minął ten tydzień i chyba nasi goście nie żałują
wakacji. Doceńmy miejsce którym mieszkamy. Dla innych to egzotyka,
jak dla nas Maui. Poznajmy je, zanim zaczniemy zwiedzać świat.
Janusz i Justyna jeszcze raz uświadomili mi tę prawdę: „cudze
chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”
Marek Mańkowski
"GONIEC" 7 - 13 lipiec 2009
Marek
Mańkowski
|