|

Nie, nie prawdziwe
polowanie, tylko takie z kamerą. W Albercie bizony występują
w dość dużej liczbie. Ta liczba to 80 tysięcy. 50% populacji
bizona w Kanadzie. Nie tylko dzikie, ale również w hodowli
na farmach czy ranczach. O bizonach wiedziałem tyle, co
wszyscy. Ze kiedyś w dawnych wiekach przemierzały one preria
w milionowych stadach (ocenia się ze w 17 wieku było ich ok.
60 milionów), ze stanowiły podstawę wyżywienia Indian i ich
zaopatrzenia w surowce do życia (skora, kości, odchody na
opał itp.). Że biali wymordowali stada bizonów by uzależnić
Indian od białych i skierować ich do rezerwatów. Ze na
początku dwudziestego wieku ludzie się ocknęli i zaczęto
odbudowywać populację bizonów. Nie wiedziałem natomiast, że
w pewnym momencie w Albercie pozostały tylko 2 (dwa) byki.
Tak jest napisane w encyklopedii. Jak z dwóch byków
odbudowano stado bez krowy pozostanie tajemnicą, ale się to
jednak udało. Gdy stado liczyło już kilkadziesiąt sztuk rząd
postanowiłby część z nich przewieść z południowej Alberty
dalej na północ. Alberta to kraj bydła i kowbojów. Nie
widziano problemu by po kowbojsku na koniach zagnać stado,
co prawda dzikich, ale jednak krów i byków do podstawionych
wagonów (wagony oczywiście tzw. bydlęce, takie, jakimi
przewożono mnie na ćwiczenia wojskowe w okolice Piły).
Bizony oczywiście nie musiały patrzeć z zazdrością jak
wojsko NRD jedzie sobie w wygodnych salonkach. Nie musiały w
ogóle patrzeć. Nauczyły albertańskich kowbojów że z bydłem
hodowlanym nie mają nic wspólnego. Owszem dały się zapędzić
na rampę (kowboje to kowboje i byle krowie nawet dzikiej nie
dadzą się wodzić za nos), ale potem przeszły po prostu przez
wagony wysiadając z drugiej strony jak by w ogóle nie było
tam ściany z mocnych desek. Zresztą potem tych ścian
faktycznie nie było, bo legły rozbite przy torach, a bizony
poszły w prerie. To nauczyło do nich szacunku i zwiększyło
popyt na stalowe rury, z których zaczęto budować zagrody dla
nich, jeśli była taka potrzeba. Te rury już tak w Albercie
zostały i dzisiaj oprócz bizonich zagród używa się je do
pompowania ropy, której jest coraz więcej i więcej, chociaż
miała się przecież skończyć na świecie już 10 czy 20 lat
temu. Oczywiście człowiek, (co ma podobno brzmieć dumnie)
nie może pozwolić żeby coś od niego nie zależało wiec
pozostawił w spokoju, jakim takim tylko ok. 1000 sztuk
bizonów by sobie przebiegały prerie (oczywiście w
wyznaczonych parkach przyrody), a resztę zaczął hodować w
zagrodach na farmach i ranczach. Na taką farmę postanowiłem
się właśnie przejechać i dowiedzieć trochę więcej o tych
pięknych zwierzętach, tak podobnych do naszego żubra.
Najpierw oczywiście udałem się 150 km na północny zachód do
opisywanego już wcześniej polskiego kowboja, z którym
mięliśmy wyjechać na poszukiwanie bizoniej farmy. Roman
Kneblewski, z którym zaprzyjaźniliśmy się od czasu reportażu
o koniach jest właścicielem pięknego rozległego rancza w
„Bieszczadach” (tak nazywam te tereny ciągnące się od
Cochrane na północ i przypominające do złudzenia nasze
Bieszczady). Po powitaniu, dobrej kawie i jeszcze lepszym
Martini ruszyliśmy w drogę z Romanem szukać bizonów. Już po
kilkunastu km można było zobaczyć w oddali stado a z bliska,
w lusterku radiowóz. Jechał niepokojąco blisko i już chyba
kombinował ze mnie zatrzyma, gdy ukazał się wjazd na bizonią
farmę. Skręciłem z ulgą, radiowóz pojechał dalej a my pod
zabudowania i dom. Nie było niestety nikogo, chociaż dom
otwarty, bramy nie było w ogóle a bizony daaaaaleko.
Ruszyliśmy w dalszą drogę, chociaż niechętnie, bo ci
farmerzy to podobno Polacy. No, ale trudno, w końcu to była
niedziela i nawet farmer może sobie gdzieś wyjechać, np. na
Kółko Niedzielne. Następna farma znowu szeroko otwarta i
nikogo w okolicy (a widać było daleko). Kilkanaście km dalej
przy samej szosie za siatką stoi piękny bizon. Zajeżdżamy na
farmę. Ktoś jest. Drzwi otwiera nam pokaźny farmer.
|

To Gordon Ironside.
Zaprasza nas do środka, ale o bizonach mówić nie chce. Nie
wiem dlaczego, kieruje nas na inna farmę. Zadaję kilka
pytań. O naturę bizonów, o to jak się chowają. Zaczyna się
rozkręcać. Okazuje się, że jego żona Darlene i on są
zakochani w bizonach. Darlene wykarmiła butelką dwa malutkie
bizony. Są one teraz jak domowe kociaki. Ale tylko w
stosunku do niej. Może je nawet prowadzać na smyczy jak
psiaki a one posłusznie idą za nią. Inny zaprzyjaźniony
bawół,gdy Gordon naprawiał cos na skraju lasu i zaczęły się
zbliżać dzikie bizony, ochronił go i pognał tamte. Niestety
musiał go później oddać na inna farmę. Otóż bawół ten
zawziął się na nowy traktor Gordona i próbował go atakować
przy każdej możliwości. Długo udawało się tego uniknąć aż
raz przez zagapienie się Gordona, bawół dopadł ciągnik.
Zaatakował przede wszystkim potężne tylne opony. Na szosie
zaczęły zatrzymywać się samochody, ludzie robili zdjęcia.
Nie było takiej siły by można było odciągnąć łagodnego
normalnie bizona od traktora, dopóki nie poprzebijał
wielkich opon (prawie 10 tys. dolarów każda) i traktor nie
osiadł na obręczach. Dowiedziałem się ze są to bardzo
inteligentne zwierzęta, chowają się praktycznie bez opieki i
dbają o siebie nawzajem. Potrafią obronić się grupowo przed
stadem wilków i nawet przed niedźwiedziem gryzzli.
Są ciepłe i przyjacielskie dla tych,
których znają i niebezpieczne dla obcych. Maja długa pamięć
i zawsze będą pamiętać tego, kto zrobił im krzywdę.

Przykre jest ze w
opracowaniach i sprawozdaniach o bizonach coraz częściej
mówi się o produkcji mięsa bizoniego. Tak jak by to był
produkt na taśmie fabrycznej. Inni z kolei, tzw.
envariomentalisci chcą odbudować wielkie wolne stada na
preriach, ale jak usłyszałem powód to aż mi skora ścierpła.
Otóż ma to być dla Indian z rezerwatów by mogli prowadzić
swoje dawne życie i na nie polować. OK., mogę się z tym
zgodzić, ale jednym z popularniejszych sposobów polowania
Indian na bizony przez wieki było zaganianie je nad
przepaść, płoszenie i wtedy spanikowane zwierzęta
dziesiątkami spadały w przepaść. Mogę to zrozumieć, gdy
bizon był jedynym środkiem do życia dla historycznych
Indian. Ale teraz? Robić to dla tradycji? To sadyzm i masowe
morderstwo. Ciekawe, co jeszcze wymyślą kretyni od
politycznej poprawności. Sam lubię stek z bizona i zajadałem
się kiełbasą, którą dostałem od Gordona, ale hodowanie
dzikich zwierząt po to by je zabijać na masowa przemysłową
skale lub dla sadystycznej rozrywki, bo inaczej nie można
nazwać patrzenia jak spadają w przepaść i rozbijają się o
skały (tradycja czy nie). Udało się Człowiekowi odbudować
piękny gatunek, który przedtem prawie zniszczył a teraz chce
go przerabiać przemysłowo? Mam nadzieje ze do tego nie
dojdzie. Zajechaliśmy z Romanem na jeszcze jedna farmę, ale
znowu nikogo nie było, chociaż były bizony. Zrobiłem zdjęcia
i pojechaliśmy z powrotem na rancho. Roman zaczął myśleć czy
nie kupić kilku bizonów i nie pościć ich u siebie. Po prostu
żeby były. Dowiedziałem się tez od niego ze kowbojskie konie
do pracy z bydłem trenuje się z młodymi bizonami w
zaganianiu. Niziny są bez porównania szybsze od krów i koń
nauczony pracować z nimi radzi sobie doskonale z powolnym
bydłem. To była ciekawa wyprawa i pouczające spotkanie ze
zwierzęciem, o którym czytałem tylko, widziałem z daleka
albo w Zoo. Przestał mi się bizon już kojarzyć z kombajnem.
Stał się czymś znanym. Jeszcze tylko dobry stek przyrządzony
przez Romana na zimowym barbacue, pyszne ciasto jego żony na
deser, spotkanie z bardzo ciekawym człowiekiem, który zna
północ i Indian (jeszcze będę o nim pisał), i odjazd do
domu. To „tyko” 150 km, tym razem w gęstej śnieżycy. W sumie
540 km niedzielna wycieczka okazała się dobrym spędzeniem
czasu. Roman, dziękuje.
Marek Mańkowski
"Goniec" 2.03.2007
r.
|