Jak mogłem
zapomnieć o takiej podstawowej rzeczy. Kiedy tydzień temu
pisałem, że jesieni w tym roku nie będzie, bo przyszła już
zima to nie pomyślałem, o fundamentalnej calgaryjskiej
zasadzie: JAK CI SIĘ NIE PODOBA POGODA W CALGARY TO…
POCZEKAJ 5 MINUT. No może tym razem zajęło to kilka dni, ale
Suzuki i Gore na pewno zacierają ręce z zadowolenia, bo na
weekend przyszła pogoda, jaka rzadko w lecie bywała,
mianowicie + 25 stopni Celsjusza. Do tego liście nagle stały
się żółte, co przy słonecznej pogodzie sprawiało
niepowtarzalne odbicia koloru. W taki właśnie dzień, w
sobotę wybrałem się na Bacówkę Jaśka Strączka – Heliosa.
Pisałem o nim dwa tygodnie temu z okazji góralskiego ogniska,
a tydzień temu przepraszałem za pomyłkowy podpis pod
zdjęciem. Jasiek i jego żona Marysia nie tylko nie obrazili
się i potraktowali to z humorem, ale jeszcze do tego
zaprosili mnie na Bacówkę właśnie. Marysia podała mi namiary.
Miałem minąć Cochrane i Ghost Lake, skręcić w podaną drogę,
serpentynami wyjechać w górę, potem w dół, potem skręcić na
rozwidleniu w lewo, potem po kilku kilometrach na
skrzyżowaniu „T” w prawo, jak zobaczę po lewej bungalow, to
dobrze, a jak potem po prawej czołg, to jeszcze lepiej, bo
to znaczy, że jestem na dobrej drodze. Potem droga się
skończy i tam mam zadzwonić z komórki i poczekać aż podjadą
po mnie jeepem. Mój samochód Intrepid nie nadaje się na
terenowe drogi. W takich momentach żałuję trochę, że oddałem
swojego jeepa, no, ale trudno. Spać poszedłem w piątek jak
zwykle późno (albo wcześnie w sobotę, jak kto woli, bo była
to druga nad ranem), wstałem już o szóstej rano, by
pozałatwiać kilka spraw i ok. 9 rano wyjechałem w drogę. Do
Cochrane nie jest daleko, może 40 km, do Ghost Lake następne
20 km, no i ok. 20 km do Bacówki. W sumie poniżej 80 km, ale
gdy dojechałem do Cochrane to musiałem „podkładać zapałki
pod powieki” by nie zasnąć. Nie było rady. Zjechałem do
miasteczka i zatrzymałem się przy pierwszym punkcie z kawą.
Był to McDonald, brrr… Najgorsza kawa na świecie poza USA,
ale trudno. Podjechałem na parking i… Następny objaw
świadomości pojawił się pół godziny później. Poszedłem po
kawę.
Jadę więc
sobie dalej na zachód, mijam Ghost Lake, mijają kilometry.
Wypatruję podanej drogi, jakiegoś drogowskazu. Mijam
skrzyżowanie, jest drogowskaz, ale tylko dla jadących z
powrotem. Zawracam. To ta droga. Po skręcie, wszystko jest
tak jak mówiła Marysia. Nawet odległości się zgadzają.
Bungalow też jest, taki trochę marny, ale za to czołg po
prawej, pomalowany w kamuflaż siedział sobie przed czyimś
domem bardzo prawdziwy, z armatą, gąsienicami i zamkniętymi
włazami, gotowy do bitwy… chyba… Jak było w opisie, asfalt
wkrótce się skończył i zaczął się szuter. Zatrzymałem się,
sięgnąłem po telefon i tu niespodzianka: nie ma zasięgu. No
i jak mam zadzwonić i powiedzieć, że jestem? Czy mam wrócić
30 km do Cochrane i szukać zasięgu? Intrepid czy nie, jadę
dalej. Szutrowa droga szła w górę i w dół, mijałem kolejne
bramy w kolczastym płocie ciągnącym się wzdłuż drogi. Trochę
zastanawiałem się jak się minę z samochodem z przeciwka. Na
szczęście żaden nie jechał, a nawet gdyby, to pewnie byłby
to samochód terenowy i mógłby zjechać na bok. No i wreszcie
stało się. Droga skończyła się przy zamkniętej bramie.
Trochę wcześniej spotkałem kawalkadę jeźdźców. Wysiadłem i
gdy jadąc skrajem lasu dotarli do mnie, zapytałem ich
przewodnika ubranego w pełny kowbojski rynsztunek, czy nie
wie gdzie mieszka polski ranczer. Wiedział. To druga brama
do tyłu. No fajnie, tylko jak mam teraz zawrócić. Szutrowa
droga jest szerokości samochodu i z obu stron głęboki rów…
Czy mam wracać tyłem kilka kilometrów? Udało się jednak
zawrócić wprowadzając tylne koła do połowy rowu i wyciągając
się przednimi. Druga brama to był piętrowy duży dom, nie
wyglądał mi na bacówkę. Wróciłem do pierwszej. Była
zamknięta na kłódkę. W dole słyszałem pracujący silnik
generatora. Kilka razy nacisnąłem klakson. Ktoś mi
odpowiedział. Czekam. Nagle widzę białego jeepa
nadjeżdżającego z drogi którą wcześniej przejechałem. W
jeepie Jan i Marysia. Pomachałem obcemu człowiekowi, który
szedł do bramy, przeprosiłem. Potem okazało się, że to
sąsiad bacówki. Brama Jaśka była wcześniej. Nie zauważyłem
jej. Zostawiłem swój samochód i przesiadłem się do jeepa.
Droga, która wiodła w dół do bacówki była nieprzejezdna dla
osobowego samochodu, jak i dla większości terenowych. Jeep
nie miał dachu ani drzwi, był to chyba jeden z pierwszych,
ale spisywał się doskonale.

W pewnym
momencie droga przechodziła w strome urwisko. Trzymałem się
ramy przedniej szyby (pasów tam nie było), koleiny były tak
głębokie, że jeep szorował prawie podwoziem, błoto mlaskało
pod kołami i nie tyle zastanawiałem się czy przelecę ponad
szybą ile jak podjedziemy z powrotem. Jednak zarówno Jasiek
jak i Marysia traktowali ten przejazd jak rutynę, więc nie
mogłem przecież pokazać swoich wątpliwości. Gdy zjechaliśmy
na równiejszy teren zobaczyłem pasące się krowy, potężnego
byka i stadko koni w corralu. Dalej kilka przyczep
campingowych, ognisko, w którym płonęły wielkie kloce drewna
i dwa psy: owczarek podhalański Baca i owczarek niemiecki
Bear (Niedźwiedź). Z jednej strony rozległego, częściowo
zalesionego terenu drewniana bariera. Za nią urwisko,
głęboko w dole szumi górski potok. Na barierce wisi w
pokrowcu karabin, który wcześniej był w jeepie. To nie szpan.
Okazuje się, że na terenie są trzy pumy. Psy psami, ale
lepiej mieć coś poważniejszego pod ręką. Poczęstunek herbatą
z prądem. To zawsze dobrze robi. Jasiek musi jeszcze
odnaleźć krowę która się gdzieś zagubiła. Opowiada jak
pokochał tę ziemię, jak dobrze się tu czuje. Planuje
zostawić biznes i przenieść się tu na stałe. Nie dziwię mu
się.
 
To jak mały
zakątek raju. Jasiek i Marysia chcieliby bardziej rozwinąć
działalność Podhalan w Calgary. Mogliby się spotykać na
Bacówce. Po godzinie przychodzi sąsiad, przy którego bramie
stałem poprzednia. To Kanadyjczyk, koniarz i myśliwy,
starszy już bardzo interesujący w swoich opowieściach. Potem
Jan jedzie do bramy po kolejnych gości. Mieszane małżeństwo
Ślązaka i Niemki. Bardzo sympatyczna para. On w moim wieku,
ona wygląda na młodszą. Ma kawiarnię w Canmore (po drodze do
Banff). Przywiozła ciasta własnego wypieku. Pyszne. Jan
siodła konie dla siebie i Marysi, Ślązak uparł się, że
będzie ścinał drzewa piłą łańcuchową, a ja i jego żona
pójdziemy piechotą w miejsce, które Jasiek koniecznie chce
mi pokazać. Konni jadą pierwsi, my trochę z tyłu. Po
dłuższym marszu Jasiek i Marysia zsiadają z koni. Idziemy w
dół bardzo stromego urwiska. Nie widać gdzie się kończy.
Nagle otwiera się wspaniały widok na górską rzekę, w dali
Góry Skaliste. Widok zupełnie przypomina miejsce nad polskim
Dunajcem. Nic dziwnego że Jasiek tak je lubi i tak często tu
przychodzą z Marysią. Zupełnie jak w polskich górach na
Podhalu. Znalazła się piersióweczka. Po góralsku, jeden
kieliszek dla wszystkich, przekazywany kolejno. Wyjście z
powrotem na górę gdzie zostały konie nie jest łatwe. Trzy
razy musiałem przystawać i łapać oddech. Brak kondycji i
stromość zbocza zrobiły swoje. Już na górze jeszcze
poczęstunek i dokończenie piersiówki. Wracamy. Dzień piękny,
pogoda prawie upalna. Czas jednak wracać a szkoda. Mam
nadzieję, że zawitam jeszcze nie raz w to miejsce, które
polski Góral z dziada pradziada tak sobie upodobał i
stworzył własne, tak podobne do Podhala. „Góralu, czy ci nie
żal…” brzmi znana piosenka. Jaśkowi i Marysi nie żal.
Znaleźli tu swoje miejsce, tu urodziły się ich dzieci tutaj
chcą żyć. Ze starego kraju pozostały wspomnienia i opowieści
płynące przy watrze i czasem łza się w oku zakręci przy
gorzałce. Tradycja góralska pozostanie zawsze ta sama i te
same wartości przekazują swoim dzieciom i wnukom.
Najbardziej skonsolidowana grupa na emigracji – PODHALANIE.
Marek
Mańkowski
|
|