
|
|
|
Sześć
lat minęło. Minęło szybko, minęło nie wiadomo kiedy. Był początek
sierpnia roku 2005, gdy opuściłem Ontario szukając życia od nowa i
zapomnienia. Zycie od nowa się udało w dziwnych wydarzeniach.
Zapomnienie nie bardzo. Sześć lat na preriach Alberty, gdzie krów
jest więcej niż ludzi, gdzie kowbojski kapelusz i dżinsy są
naturalnym widokiem, gdzie po trzech dniach ciągle widać ogon psa,
który uciekł. Falujące wzgórza Alberty, przepiękny widok na Góry
Skaliste i dziwna pogoda. Mówią ze, jeśli nie podoba ci się pogoda w
Calgary, to poczekaj piec minut. To prawda. Calgary, największe
miasto zachodniej Kanady położone jest na wysokości 1049 metrów nad
poziomem morza. Tyle samo, co Zakopane. Klimat surowy jak surowe
życie pionierów. Zima zaczynała się na początku listopada, często
wcześniej. Zaczynała się od razu, bez wstępów, bez przymrozków. Od
razu „full blast”. Śnieg, mróz. I tak do końca kwietnia. Wiosna
zaczyna się bardzo nieśmiało, ale jest piękna. Może to po tak długim
okresie białości i szarości się wydaje, że świeża zieleń trawy i
często jeszcze zmarznięte pąki na drzewach to już wymarzone ciepło i
lato. I gdy tak już uwierzymy, że nadeszło, gdy maj już się kończy i
zaraz zaczną się wakacje, budzimy się rano i widzimy biel śniegu
pokrywającego zielona trawę i rozwinięte już liście drzew. Pierwszej
takiej wiosny nie mogłem uwierzyć, że musze wyciągać plastikową
szuflę do śniegu i odgarniać chodnik przed domem. W końcu jednak
lato się zadomawia na dobre, potrafi być nawet +30 stopni Celsjusza.
Siadałem wtedy po pracy w ogrodzie z kieliszkiem czerwonego wina,
czytałem książkę i… gdy tylko słońce zniżyło się nad horyzontem
rozpalałem ognisko, bo zaczynał się chłód. W środku lata. Nigdy, w
ciągu tych sześciu lat nie doświadczyłem ciepłego letniego wieczoru.
W jakiś sposób maja racje ci, którzy twierdza ze w Calgary są tylko
dwie pory roku: lipiec i zima. Wegetacja roślin jest krotka. Może
dlatego w Albercie są głównie pastwiska, a warzywa sprowadza
się z Californii. Najprościej można to ująć przez porównanie z
wegetacją Ontario. Gdy w Calgary wiosną zasadzimy w ogrodzie piękny
rozwinięty krzak kupiony w cieplarni, po kilku tygodniach zostaje
nam suchy patyk, gdy w Ontario wsadzimy wiosną do ziemi suchy patyk,
po kilku tygodniach mamy piękny zielony krzak. Poznałem nowych
przyjaciół, poznałem nawet rodzinę. Starsza pani Mańkowska, kapitan
AK, żołnierz powstania warszawskiego, jej córka Basia i zięć Adam
Gorzkowski. Zajęli się mną serdecznie, spędzaliśmy razem wigilie i
święta. Tadek i jego żona Ela. Dobrzy przyjaciele. Z Elą
prowadziliśmy nawet przez jakiś czas internetowa telewizję. Tadek,
niezastąpiony komputerowiec, właściciel firmy, który niejednokrotnie
ratował mnie i mój komputer od moich niemądrych pomysłów. Gdy przyjechałem do Alberty nie było jeszcze tego głośnego „boomu” gospodarczego, który nastąpił praktycznie rok później. Cztero -sypialniowy dom z dużym ogrodem z widokiem na pole golfowe wynająłem za jedyne 850 dolarów. Zanim to jednak nastąpiło zatrzymałem się u przyjaciela jeszcze z czasów obozu dla uchodźców w Niemczech Zachodnich, Mirka Byczyńskiego. Tak się złożyło, że wyjeżdżał właśnie na wakacje z dziećmi (był to początek sierpnia) i zostawił mi swój apartament na dwa tygodnie.
Znalazłem polski kościół z nieznanego mi powodu zaprojektowanego w
kształcie wigwamu, a w nim proboszcza Stanisława Poszwę. To dzięki
niemu poznałem, rodzinę i pierwszych znajomych. Wśród nich Janeczkę
Aniołczyk, agentkę Real Estate, która pomogła mi znaleźć miejsce do
zamieszkania. Księdza Poszwy nie ma już w Calgary. Zawsze go
zapamiętam. To prawdziwy ksiądz z powołania, mądry. Jeden z
najlepszych, jakich znałem.
Pierwsza praca to własne kontrakty. Potem poznałem Włodka i
Andrzeja, u których znalazłem zatrudnienie na stałe, wykonując
piękne meble dla jednego najlepszych projektantów Calgary. Poznałem
też polskiego ranczera, którego konie znalazły nawet drogę do
Polski. Roman, człowiek, który tak wiele mi pomógł i był szczerym
przyjacielem. Niestety nasze drogi rozeszły się przez dziwne
zrządzenie nieporozumień. Prawdopodobnie najwięcej w tym mojej winy.
Życie. „Boom” w Albercie trwał, życie toczyło się ciekawie i szybko.
Byłem kilka razy w Polsce, wreszcie wróciłem nie sam. „Boom” się
skończył, z praca coraz gorzej. W roku 2009 zmieniałem pracę siedem
razy. Firmy zamykały się, nie mając zamówień. Szczęśliwie ani razu
nie byłem bez pracy dłużej niż dwa dni. Po pewnym czasie życie
zatoczyło koło i znowu pracowałem dla Włodka. Niby wszystko płynęło
właściwie, ale cos mnie ciągnęło, coś nie dawało spokoju. Brakowało
mi wielkiej wody. Ja, urodzony nad morzem, potrzebowałem bezkresnego
widoku, szumu fal. Bezkresny widok miałem, co prawda, ale nie była
to woda. Coraz częściej wracały w pamięci piękne jeziora Ontario,
nieprzebyte puszcze z burzą jesiennych kolorów, jezioro Ontario,
wielkie jak morze. Czułem, że czas wracać do domu. Tak, do domu. W
Mississauga mieszkałem najdłużej w swoim życiu, 17 lat. Czas wracać.
Raz podjęta decyzja wymagała już tylko realizacji. Początek maja
wydawał się najbardziej rozsądną data. Zima powinna już minąć, w
Ontario pewnie już będzie ciepło i zielono. Dobrze rozpoczynać
kolejny etap życia wiosną. Zamówiłem przyczepę w U-haul. Jeden
rozmiar mniejsza od największej, którą jeszcze mógł pociągnąć mój „Intrepid”.
Założyłem hak i czekałem na maj. Śnieg nie puszczał, mróz też nie.
Ta ostatnia zima dała się wyjątkowo we znaki. Chinook, ciepły wiatr
z gór ani razu nie zawitał. Mróz i śnieg trzymały ostro od 2
listopada. Wreszcie przyszedł czas. 29 kwietnia pojechałem po
przyczepę. Oczywiście nie było tej zamówionej. Była tylko ta
największa. Ajent U-haul namówił mnie by ja wziąć. Mówił, że nie
musze lądować do pełna. Hak nieprzystosowany, samochód za słaby,
silnik za słaby, przyczepa za wielka, większa kilka razy od
samochodu… Wziąłem. Pakowanie trwało prawie całą noc. Pomagał niezastąpiony Adam. Zjechałem z przyczepą do podziemnego garażu bloku, w którym tym razem mieszkałem. Tak było wygodniej pakować, ale by zajechać we właściwe miejsce pod drzwiami musiałem spuszczać powietrze z kół przyczepy. Nie mieściła się pod rurami. Zapakowaliśmy ją tak, że z trudnością domknęły się drzwi. Zastanawiałem się czy mój samochód wyciągnie ją pod stromy podjazd garażu. Adam chciał ją wyciągnąć swoim wielkim fordem, ale uparłem się. To miał być test. Udało się. Wyjeżdżałem dobrze po południu. Padał śnieg. Był to ostatni dzień kwietnia. Zamiast dojechać tego dnia do Regina w Saskatchewan, dojechałem tylko do Medicine Hat. Potem okazało się, że dobrze się stało bo w Manitoba spadło ponad stopę śniegu i zamknięto Transcanada H-wy. Dzięki temu w Regina spędziłem tylko dwie noce, zanim otworzono autostradę. Poza tym podróż trwała bez przeszkód, jeśli nie liczyć kłopotów z solą. Z nieznanego mi powodu nigdzie nie było soli. Ani w restauracjach, ani w sklepie. Samochód cały czas jechał na trzecim biegu. Każde przełączenie na „drive” powodowało widoczny wysiłek silnika, więc zrezygnowałem z tego. Z Regina przejechałem jednym ciągiem przez Manitoba. Udało mi się to pomiędzy śnieżycą a powodzią. Za dnia wjechałem do Ontario. Zostało jeszcze tylko… 2000 km.
Wraz z Ontario zaczęły się góry. Jeden z długich stromych podjazdów
o mało nie zakończył całej podróży. Słyszałem jak wysilony silnik
zmienia przełożenia w automatycznej skrzyni. Doszedł do „jedynki”,
gaz „do dechy,” a obroty spadają. Do szczytu jeszcze spory kawałek,
już tylko 1500 obrotów, tysiąc (600- 800 to liczba obrotów na
postoju). Już czuję, że nie da rady, silnik prawie staje, cofanie z
wielką ciężką przyczepą na stromym krętym podjeździe to samobójstwo…
już prawie szczyt…
Czy był to podmuch wiatru, czy siła woli, czy cud, samochód, wolniej
niż pieszy, przekroczył szczyt i ruszył w dół. Od tamtej pory, mimo
że z duszą na ramieniu, bo za mną huczała przeładowana przyczepa,
rozpędzałem auto przed każdym wzniesieniem do dobrze ponad 100
km/godz.
Nocleg w Wawa, w motelu przyjaciela Wacka Wałaszka nad jeziorem
Superior. Nie widzieliśmy się tyle lat… Następnego dnia wyjazd o
świcie prosto do Toronto i Mississauga. To tylko 1050 km. Tak dobrze
znane mi strony… Sault Ste Marie, Sudbury, Perry Sound, Barry. Tyle
wspomnień. Jak dobrze wrócić do domu. Pod blokiem gdzie
telefonicznie wynająłem mieszkanie jestem ok. 21:00. Superintendent
czeka z kluczami i umową. Wnoszę na górę łóżka i trochę rzeczy.
Reszta jutro. Spać…
Żegnajcie rozległe prerie. Przejechałem je w sumie 10 razy. Za
każdym razem było inaczej. Zawiane śniegiem zimą, rozmokłe wiosną,
kolorowe, pachnące niepowtarzalnym nigdzie indziej zapachem latem,
brązowe i żółte od rżyska jesienią, za każdym razem inne. Pamiętam,
gdy w pierwszych latach pobytu w Kanadzie pytałem kolegę
Kanadyjczyka w pracy o prerie, mówił mi, że to sama nuda. Nie
zgadzam się. Myślę, że jeszcze nie raz tam pojadę. Tam, gdzie zorza
polarna i chmury kłębiące, gdzie pola bezkresne i słońce i
zbierające się tornada i gdzie ciągle można jeszcze spotkać dzikie
mustangi i bizony i gdzie cowboy to nie postać z filmu i gdzie można
zobaczyć cały pociąg, a nawet dwa na raz. Żegnajcie przyjaciele.
Żegnajcie na dziś. Na pewno jeszcze się spotkamy.
Marek Mańkowski
|
||||||
| Gazety: Goniec , Nowy dziennik (Nowy York) | ||||||
| ©Marek Mańkowski |